Kiedy byłam młodsza, jeszcze w czasach podstawówki, ktoś powiedział mi, że nasionka papryki zjedzone w większych ilościach mogą być trujące. Do dzisiaj nie wiem, czy to prawda, ale... od tamtej pory zbierałam nasiona papryki. Po kilku latach znalazłam w szufladzie całkiem niezłą kolekcję.
Nie wiem tylko, czy chciałam otruć siebie, czy kogoś.
Gdy miałam około 8-9 lat, zostałam na noc w domu tylko z tatą.
Gdy dochodziła 21, grzecznie położyłam się spać, ale usnąć nie mogłam. Zauważyłam światło, więc tata jeszcze nie spał. Stwierdziłam, że pójdę zobaczyć co robi, a co tam, i tak oboje nie śpimy.
Gdy weszłam do salonu, oczywiście cichuteńko, coby ojczulek za szybko nie nakrzyczał czemu nie śpię, moim oczom ukazał się obraz Murzyna dymającego cycatą blondynę oraz mojego ojca wpatrzonego w ekran i bawiącego się wężem.
Uciekłam. Długo zastanawiałam się co zobaczyłam i dlaczego nigdy wcześniej tego nie widziałam. Bardzo w pamięci utkwił mi obraz tej blondyny. Zawsze marzyłam o byciu aktorką i wtedy postanowiłam, że chcę grać w takich filmach oraz że będę się upodabniać do tej pani, bo moim zdaniem była bardzo ładna.
PS Nie spełniłam marzenia.
PPS Nie jestem ani blondynką, ani nie mam cycków.
Po raz drugi w swoim życiu weszłam w związek, w który tak naprawdę nie chciałam wejść. Proponowałam chłopakowi przyjaźń, ale on „sposobem” wyczarował związek. Za pierwszym razem było to samo i się rozpadło. Teraz będę zmuszona rozstać się z nim albo prowokować do rozstania. Czuję się z tym źle, ponieważ na jutro mam umówione spotkanie z facetem, który faktycznie mnie interesuje, a tu w międzyczasie będę w związku i nie wiem co robić. Nie chcę łamać mu serca, ale też nie chcę z nim być. Jestem ciekawa tego nowego chłopaka. Tylko jak z nim nie wyjdzie, to będę sama, ale już trudno. Lepiej być samej niż z kimś na siłę, jak wyszło mi teraz.
Mam 23 lata, ten rok zaczął się dla mnie dosyć zaskakująco. Okres spóźnia mi się pół miesiąca, wiec postanowiłam zrobić test. Wszystkie trzy wyszły pozytywne.
Z racji tej, że mieszkam poza granicami Polski, decyzja była prosta – usuwam. Posypie się fala hejtu, ale co może zaoferować dziecku dziewczyna w tak młodym wieku, bez znajomości języka i z kredytem prawie na MILION ZŁOTYCH? Kupiłam ostatnio mieszkanie, a gdyby mój pracodawca dowiedział się o ciąży, mogłabym spodziewać się wypowiedzenia zaraz po urlopie macierzyńskim.
Zabieg mam już zaplanowany. Jedyny plus tego wszystkiego jest taki, że od trzech dni nie palę. Sam zapach odrzuca mnie tak bardzo, że kilka razy nie zdążyłam do toalety.
Końcówka lat 80., przedszkole w jednej z podwarszawskich miejscowości. Miałam w grupie chłopca, którego mama uważana była za wariatkę – bardzo młoda kobieta, która często dziwnie zachowywała się na ulicy. Z perspektywy czasu, może to była choroba, upośledzenie czy zażywanie czegoś, dokładnie nie wiem.
Z racji zachowań matki chłopcu przypięto łatkę nienormalnego, choć nie pamiętam, aby jego niegrzeczne zachowanie czymś szczególnie się wyróżniało na tle innych dzieci. Za to doskonale pamiętam sytuację, kiedy panie, które w przedszkolu pracowały jako pomoc – wydawanie posiłków, sprzątanie, karmienie itp., czasem też pomagały przy dzieciach – postanowiły go ukarać. Ubrały go w sukienkę, zrobiły kucyki (mimo krótkich włosów), posadziły przed grupą dzieciaków i zachęcały do śmiania się z niego, rzucając teksty w stylu: „Zobaczcie, jaka ładna dziewczynka z niego”. On tak siedział, chyba niewiele rozumiał, co się odwala, bo sam też się czasem uśmiechał.
Konsekwencji nie było, chyba nawet nikt z nas 6-latków nie powiedział swoim rodzicom, a może i byli tacy, ale rodzice również uznali to za żart. Chłopaka nie znam obecnie, od tamtego okresu nigdy nie spotkałam. Mam nadzieję tylko, że dobrze skończył.
Taka sytuacja z dzisiaj.
Rynek, środek dnia, ludzi w opór, przekupki, baby z torbami, handlarze sprzedający baterie i maszynki do golenia, bezpański pies grzebiący w stercie śmieci... Stoją sobie dwie panie i plotkują, jedna w ręce trzyma siatkę z zakupami, spośród których wyraźnie wybija się pokaźna bagietka, druga dama dzierży zaś dłoń swojego czteroletniego synka. Młody co chwila pociąga nosem albo chyłkiem wyciera kichawę w rękaw. Jego mama tego nie widzi, no bo jak, skoro zajęta gorączkową dyskusją z koleżanką?
W końcu dzieciak nieśmiało ciągnie maminą kiecę i usiłuje coś powiedzieć. Pewnie liczy na chusteczkę. Rodzicielka nie zwraca uwagi na szczyla z glutem do pasa. Młody nie ustępuje i po chwili znowu podejmuje próbę. „Mamo, katar...”. Jak grochem o ścianę. Kobiety wyraźnie popłynęły w ploteczkach i właśnie zbaczają z tematu ostatniej kreacji Anny Lewandowskiej, kierując się w stronę fatalnej cery znanej prezenterki telewizyjnej.
Dzieciak próbuje jeszcze parę razy. Bez efektu. W końcu westchnąwszy ciężko, chwyta skrawek sukni swojej mamy i głośno wydmuchuje swój zakatarzony nos w materiał. Patrzy na swoje dzieło z mieszanką podziwu i lekkiego obrzydzenia, po czym lekko znudzony zajmuje się pilną obserwacją kalarepy na jednym ze straganów. Mama nawet nie zauważyła, że część jej garderoby stała się chusteczką do nosa.
Cóż, młody chyba wyrośnie na ludzi. Trzeba sobie jakoś radzić...
Jestem ratownikiem medycznym.
W prima aprilis poprzedniego roku mieliśmy wezwanie do klubu. Odbywał się tam jakiś koncert punkowy. Młoda dziewczyna zraniła się szklaną butelką. Zabraliśmy ją do szpitala. W karetce chwilę gadaliśmy, wydała mi się sympatyczna, potem zadzwoniła do chłopaka i próbowała go przekonać, że to nie żart i naprawdę jedzie do szpitala. W szpitalu ją pozszywali.
Jakoś miesiąc później mamy wezwanie do tego samego klubu. Kolejny koncert. Ta sama dziewczyna. Tym razem ktoś ją dźgnął. Zabraliśmy ją przytomną. Była w szoku, więc zacząłem luźną rozmowę o muzyce. Coraz bardziej mi się zaczęła podobać. Umówiliśmy się, że jak kolejny raz ją zgarnę karetką, to zabiera mnie na kawę.
Wstyd przyznać, ale modlę się o to do tej pory... Jestem złym człowiekiem.
Jakieś 20 lat temu (mniej więcej), kiedy były modne dyskoteki w remizach (nie wiem, może nadal są...), pojechaliśmy z kilkoma znajomymi na taką. Trzy auta wypchane młodzieżą w przedziale wiekowym 16-21 lat.
Koleżanka niedawno zerwała z chłopakiem i mieliśmy wszyscy wrażenie, że na siłę szuka pocieszenia. Dostawiał się do niej jakiś chłopak, kilka lat od niej starszy. Na początku niezbyt reagowaliśmy, bo wyglądało, że dobrze się bawią. Po jakichś dwóch godzinach koleżanka zginęła nam z oczu. Impreza była spora, przynajmniej ze dwie setki ludzi. Skrzyknęłam dwie inne znajome i zaczęłyśmy dziewczyny szukać. Wszędzie – w lożach, w łazience, przy barze i na parkiecie. Nigdzie jej nie było. Coraz bardziej zaniepokojone poszłyśmy po chłopaków. Ci przeszukali męską łazienkę. W końcu wyszliśmy grupą 10-11 osób przed remizę, przeszukać parking. W oddalonym, ciemnym kącie parkingu jeden z chłopaków znalazł zgubę. Totalnie niekontaktującą. Bez jednego buta. Bez kurtki. To była zima, taka prawdziwa, śnieg i mróz kilkanaście stopni. Dziewczyna była półprzytomna i sina z zimna, ale poza tym wyglądało, że cała. Dopiero kiedy próbował ją podnieść, okazało się, że coś jest nie tak. Miała zakrwawione nogi i cały dół... Od razu wezwaliśmy pogotowie i policję. Na szczęście kolega miał komórkę, które wówczas jeszcze nie były tak powszechne. Otuliliśmy dziewczynę kurtkami. Pogotowie przyjechało, koleżanka trafiła do szpitala i cudem ją odratowali. Zimno było jej sprzymierzeńcem.
Jak się okazało, ktoś ją wykorzystał... Prawdopodobnie najpierw podając jej w drinku pigułkę gwałtu, zmieszaną z czymś jeszcze. Koleżanka nic nie pamiętała. Przesłuchania świadków i portret pamięciowy chłopaka, z którym się bawiła, nic nie dały. Nie wiadomo, kto jej to zrobił.
Nie przestaliśmy jeździć na dyskoteki, mimo strachu czającego się gdzieś z tyłu głowy. Jednak od tamtej pory wychodząc gdziekolwiek, pilnowaliśmy siebie nawzajem o wiele bardziej i po pięć razy upewnialiśmy się, że nikt nam nie zniknął z oczu w czasie zabawy.
Mój kolega czasem sobie żartował, że nie ma rodziców, bo jest synem Boga Słońca i w dniu swoich osiemnastych urodzin spotka się ze swoim ojcem. Może nawet nie czasem, bo dość często to mówił.
Tydzień po jego osiemnastych urodzinach byliśmy na jego pogrzebie. Jak powiedział, tak zrobił. Wypił truciznę, położył się w trawie i poszedł do ojca.
Proszę Was, nigdy nie lekceważcie takich znaków i bardzo uważajcie tego, co mówią Wasi znajomi. Szczególnie młodzi i „z problemami”. Pewnie mogliśmy uratować mu życie.
Niedługo będę kończyć 25 lat, a nadal boję się lekarzy. Wizyty są dla mnie tak stresujące, że robi mi się słabo, jak tylko zbliżam się do gabinetu. Mdleję przy każdym pobieraniu krwi i bardzo wiele samozaparcia kosztuje mnie utrzymanie świadomości nawet przy wizycie u okulisty. Ostatnio mało brakowało, a zemdlałabym, gdy poszłam do przychodni tylko po to, by odebrać wyniki mojej mamy... Nie pomogły nawet 2 lata terapii, na której swoją drogą prawie zemdlałam, gdy opowiadałam psycholożce o problemie.
I weź tu człowieku próbuj chociaż udawać dorosłego ;)
Dodaj anonimowe wyznanie