#Tlqwk

Mój ojciec bardzo kiepsko czyta (nie dlatego, że ma coś ze wzrokiem). Czytanie czegokolwiek ogranicza do minimum, a przeczytanie jakiejkolwiek bardzo krótkiej treści zajmuje mu dobre kilka minut.

Ostatnio po kąpieli podchodzi do mnie na pełnym wk*rwie i z pretensjami, dlaczego wydaję bezsensownie pieniądze na jakieś małe szamponiki, które w ogóle nie chcą się pienić. Kazałam mu pokazać buteleczkę.

Okazało się, że mój tata wypeelingował sobie głowę. :D

#niaG5

Jestem szczęśliwą i spełnioną mamą cudownego szkraba. Ale jako kobieta i matka nie mogłabym patrzeć na cierpienie mojego dziecka. Może poleje się fala hejtu, ale to wyrok. Na dziecko i rodziców. W bliskiej rodzinie mam przypadek bardzo chorego dziecka. Nigdy nie będzie samodzielne, nigdy nie wypowie słowa, na które tak czekają rodzice, również nigdy nie zobaczą, jak chodzi. Nie będą się cieszyć z pierwszego dnia w szkole ani płakać razem z nim z powodu jego niepowodzeń. Reasumując, jestem przeciw ustawie antyaborcyjnej, ponieważ to w pewnym stopniu miłość i poświęcenie nie skazywać swojego dziecka na cierpienie.

#uLKyT

Z moją przyjaciółką M. i przyjacielem A. znaliśmy się od przedszkola. Przez całą podstawówkę, gimnazjum, aż do liceum byliśmy nierozłączni. Jestem bardzo ambitną dziewczyną, zawsze byłam najlepsza w klasie, brałam udział we wszystkich konkursach i odnosiłam liczne sukcesy w sporcie. Każdą grę z przyjaciółmi traktowałam bardzo poważnie. Rzadko ponosiłam porażkę. M. jest inna, nigdy nie przejmowała się stopniami, nie radziła sobie w sporcie i w każdej grze była ostatnia.
W liceum dostrzegłam, że A. wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę. Uświadomiłam sobie, że nie kocham go już tylko jak brata. Po kilku miesiącach postanowiłam wyznać mu, co czuję. Zaprosiłam go do siebie. Przyszedł z M. – nie było w tym nic dziwnego, przecież przyjaźniłyśmy się od tylu lat, że mogła wpadać bez zapowiedzi. Jednak od progu widziałam, że na ich twarzy gości uśmiech inny niż zwykle... a chwilę później radośnie oznajmili mi, że są razem.
Cóż, chyba tym razem przegrałam.

#8bZ0d

Ciężkie są związki na odległość. Przekonałem się o tym dość niedawno.
Mam 27 lat, jestem inżynierem w elektrowni, a moja dziewczyna jest fotografem. Ja ze względu na pracę mieszkam na Śląsku, a dziewczyna w stolicy. Żyjemy już tak od ponad roku. Spotykamy się co weekend czasem, w tygodniu każdy ma swoją pracę, ona sesje i dodatkowo obróbkę zdjęć, ja często siedzę w pracy nawet 15 godzin. Jak jesteśmy razem, wszystko jest super fajnie. Chodzimy na spacery, zakupy, normalnie cudowne życie. Gdy dłużej się nie widzimy, zaczyna się dramat, ciągłe kłótnie, jakieś żale i idziemy spać w złych nastrojach. Czasem nawet na naszych „randkach” moja dziewczyna siedzi pół dnia na telefonie i ugaduje sesje i inne pierdoły. Ja tylko raz byłem wzywany do pracy w weekend, gdy się widzieliśmy, ale mniejsza o to.

Najgorsze jest to, że ja chcę, żeby ona wprowadziła się do mnie i odwrotnie. Oczywiście ja mam swoją pracę, która mnie nawet uszczęśliwia i mam dobre pieniądze, ona też ma większość klientów ze stolicy, więc nie możemy dojść do porozumienia. Próbowałem pracować nad kompromisem, ale niestety. Kocham ją, ale ostatnio nie rozmawiamy tyle, co kiedyś, tylko SMS z życzeniem miłego dnia. Nie chcę się z nią rozstawać, bo dobrze się z nią czuję. Próbowałem gadać z jej rodzicami co myślą, ale szkoda znaków. Ogólnie ja powinienem zmienić swoje życie, bo w stolicy mogę znaleźć pracę (nieważne, że gorzej płatną i na śmieciówce), bo przed nią stoi wielka kariera. Sytuacja jest patowa.

Moi kochani, jeżeli jesteście w podobnych relacjach, życzę wam odwagi, żeby zrobić jakiś krok ku zakończeniu tego wszystkiego.
W ten weekend zamierzam porozmawiać z dziewczyną i dojść do jakiegoś kompromisu.
Może podzielę się z wami wynikiem.

#vKqPt

Mam taki zwyczaj, że zawsze przed snem jem jogurt owocowy. Z racji tego, że prowadzę zaawansowane nocne życie i moje godziny ostatniego posiłku są bardzo późne, wymyśliłam patent, że zamiast budzić domowników moimi nocnymi pielgrzymkami do lodówki, wcześniej wezmę ten nieszczęsny jogurt i go wystawię na parapet za okno. Zimno jest, temperatura niska, więc na jedno wyjdzie (jem tylko schłodzone, bo w temperaturze pokojowej są jakieś ble).

Wczoraj, jak co noc, otwieram okno, aby wziąć mój ostatni posiłek i co widzę? Zamiast mojego jogurtu leży sobie kamień, pod nim złożona kartka, a na niej napis: „Dziękuję, pyszny był”.

Aha?
Nie ma za co, kolego.

#SCXK4

Jeszcze rok temu miałam ogromne kompleksy związane z moją nadwagą, więc za namową przyjaciółki poszłam do psychologa na specjalną terapię, dzięki której miałam nabrać pewności siebie. Po kilku spotkaniach dostałam od niego koszulkę z napisem „MOJE CIAŁO JEST PIĘKNE!” do noszenia w domu. Za każdym razem, gdy przechodziłam koło lustra, miałam zatrzymać się i głośno przeczytać tę sentencję. I pewnie nawet i bym spróbowała tej „techniki”, gdyby nie to, że koszulka okazała się o dwa numery za mała i zwyczajnie się w nią nie mieściłam...
Nie wiem, czy taki był cel tej „terapii”, ale zdesperowana przeszłam na dietę i zaczęłam regularnie biegać. W ciągu roku zgubiłam prawie 25 kg. Teraz wchodzę w tę koszulkę bez żadnego problemu i patrząc w lustro, mogę powiedzieć „Moje ciało jest piękne!”, wierząc w prawdziwość tych słów!

#PFEJy

Trudno mi samej w to uwierzyć, ale...

Jestem po trzydziestce i wiem, jak działa poczta, jak adresować listy, wysyłać paczki, czy też odbierać awizo. Wiem, że czasami nastolatki tego nie wiedzą, bo większość jest już elektroniczna (listy, nie nastolatki), więc listy wydają się im archaiczne.

Zazwyczaj jak miałam coś załatwić, to szłam na pocztę i wszystko szło sprawnie. Mieszkałam blisko poczty, więc nie miałam problemów.

Jakiś czas temu szłam z moim mężczyzną załatwić kilka spraw na mieście (innym niż moje rodzinne), w tym wysłać list. Już miałam iść w stronę poczty, kiedy on zauważył skrzynkę na listy. Znaczek jest, adres wpisany, a ja patrzę jak cielę na malowane wrota i dopytuję, czy to zadziała, przecież ja zawsze na pocztę chodzę... On na to, że tak, tak działają te czerwone skrzynki, wrzucasz i gotowe. Ja jeszcze przez kilka minut upewniałam się, czy wszystko jest dobrze, bo nie było kolejki, pani w okienku, tylko wrzucić i gotowe.

Już przestanę się śmiać z dzieci, które nie wiedzą co to VHS.

#Y2MiC

Dwa lata temu oświadczyłem się mojej obecnej narzeczonej. Jakiś czas temu zaczęliśmy przygotowania do ślubu. Iza nie zgodziła się na ślub kościelny (czego bardzo chciałem, ale ona uczciwie od początku związku mówiła, że nigdy w życiu nie zdecyduje się na coś takiego), na większe wesele (jedynie rodzice, bracia – którzy są też świadkami – i kilka osób z najbliższej rodziny), a ostatnio kiedy zapytałem ją, czy wybrała już sobie suknię ślubną, zapowiedziała mi, że idzie do ślubu... w spodniach. Na początku uznałem to za żart, ale moja śmiertelnie poważna narzeczona powiedziała, że jedzie na pobranie miary do babci (która jest krawcową) i babcia uszyje jej jednoczęściowy komplet, w którym pójdzie do ślubu. Zacząłem spokojnie ją przekonywać, że nie musi iść w koronkowej sukni do ziemi (moja kobieta nienawidzi koronek, kupiłem jej kiedyś piękną koronkową bieliznę, nie ubrała jej ani razu, bo twierdzi, że koronka jest dobra na firankę albo obrus), ale chociaż w jakiejś krótkiej sukience, do tego ładne szpilki i byłbym najszczęśliwszy na świecie. Ona stwierdziła, że nie będzie ubierać sukienki tylko dla mojej przyjemności... i że dobrze wiem, że ona kiecek nienawidzi i się w nich męczy, więc mogę zapomnieć.

Czy to takie dziwne, że chcę, żeby w tym wyjątkowym dniu moja kobieta wyglądała kobieco? Raz w życiu widziałem ją w sukience i wyglądała prześlicznie, a ślub to taki dzień, kiedy kobieta powinna mieć na sobie sukienkę. Nie wiem, jak ją przekonać, coraz częściej myślę o jakimś podstępie.

#q8kDk

Kilka lat temu jechałem sobie na urlop do Polski, pełen wakacyjnej euforii, machając głową do radiowego hitu. Dojechałem do bramek w Katowicach w stronę Krakowa, a tam korek. Śpiewam sobie w najlepsze, fałszując jak nikt, gdy nagle w aucie przede mną włączają się awaryjne. Wysiada z niego młoda brunetka, taka, że aż mi się głos zawiesił w połowie refrenu. Podchodzi, uśmiech jak z reklamy pasty do zębów, i pyta: „Hej, poratujesz paroma złotymi na bramki? Zapomniałam portfela”. Ja grzebię w kieszeni i znajduję tylko wymięty banknot 20-złotowy. Myślę: „Dobra, to nie fortuna, dam jej”. Wręczam, czując się jak rycerz na białym koniu, choć mój koń to raczej zwykły opel. Ona na to: „Daj numer, oddam ci później!”. I tu zaczyna się mój popis – jak prawdziwy geniusz mówię: „Eee, nie pamiętam swojego numeru, ha, ha”. Wiem, że to żenujące, ale serio, zapomniałem swojego numeru! Ona patrzy na mnie jak na kosmitę, a ja tylko wzruszam ramionami z miną: „No zdarza się”. Chce oddać te 20 zł, ale macham ręką, żeby je sobie wzięła. Odjeżdża, ale widzę, jak pokazuje, że zatrzyma się za bramką, żeby pogadać. Myślę: „Oho, to będzie historia na lata!”. Ale los miał inne plany. Pani w okienku na bramce szukała reszty chyba od czasów PRL-u, a ja stałem jak kołek, patrząc, jak czarny ford focus na krakowskich blachach znika w oddali. Moja szansa na romantyczną przygodę roku odjechała szybciej niż pendolino.

Najgorsze? W głowie już układałem scenariusz, jak ta dziewczyna opowiada wnukom o tajemniczym wybawcy z bramek, a ja… no cóż, zapomniałem numeru telefonu. Brawo, ja! Teraz czasem wracam do tej chwili, śmiejąc się z własnego nieogarnięcia. Może kiedyś wpadnę na nią w korku i powiem: „Hej, pamiętasz tego kolesia, co dał ci kasę i zgubił szansę na love story?”. Ale znając moje szczęście, znów zapomnę numeru. 😅

Mam tylko nadzieję, że ona też kiedyś komuś rzuci te 20 zł w potrzebie. I może, gdzieś tam, wspomni faceta, który był rycerzem na pięć minut… zanim nie zepsuł wszystkiego swoją pamięcią do bani.
Dodaj anonimowe wyznanie