Zacznę od tego, że mam chłopaka. Jest dwa lata młodszy ode mnie. Poznaliśmy się przez wspólną znajomą w grudniu zeszłego roku, jednak aż do maja byliśmy tylko znajomymi. Potem zaczęły się wiadomości po nocach, rozmowy, śmiechy, żarty, idealne początki związku. Dzieli nas spora odległość, jednak on przyjechał do mnie na wakacje. Spędził u nas trochę czasu, poznał moją mamę, mojego brata i część „przyszywanej” rodziny. Potem sytuacja się odwróciła i to on gościł mnie. Podczas obu odwiedzin było nam razem dobrze, spędziliśmy razem czas na rozmowach, filmach, przytulaniu i nie tylko... Ideał, prawda? Jedynym problemem jest to, że obaj jesteśmy facetami. Żeby było zabawniej, ja jestem Bi, on do momentu spotkania mnie uważał się za heteroseksualną osobę, nie miał wcześniej nikogo poza jedną dziewczyną i jak sam twierdzi – zawróciłem mu w głowie (pozytywnie oczywiście).
Moja bardzo konserwatywna rodzina nie sprawia, że mam ochotę powiedzieć im o swojej orientacji oraz o tym, że „kolega”, który do nas wpadł w odwiedziny, to mój chłopak. Podobnie sprawa wygląda u niego.
I tak sobie żyjemy, ciesząc się sobą i licząc na to, że kiedyś wszystko się ułoży.
Pozdrawiam Anonimowych. Życzcie nam szczęścia.
Sytuacja miała miejsce dzisiaj. Wracałam z pracy tramwajem i pochłonęła mnie książka, ale na pewnym przystanku podniosłam wzrok i zobaczyłam starszą kobietę, która ledwo co mogła wejść. Ludzie pomogli jej, ja wstałam, zeszłam schodek niżej i ustąpiłam jej miejsca. Niestety, jak się potem okazało, staruszka ma stwardnienie rozsiane, nie może chodzić po schodach.
W końcu ktoś poprosił inną kobietę, żeby ustąpiła miejsca i kobieta usiadła sobie, zaczynając mówić o swoich problemach… Praktycznie miałam łzy w oczach, kiedy powiedziała, że pomagał jej jedynie wózek, który jacyś gówniarze ukradli na złom (nie wiem co ludzie mają w głowach, naprawdę). Jak już praktycznie wysiadałam, dodała jeszcze: „Najważniejsze jest to, że nie przytrafiło się to mojej córce i wnuczce. Tego bym już przeżyć nie mogła...”.
Życzę tym gnojom, żeby kiedyś to im ktoś zabrał coś, bez czego nie mogliby normalnie funkcjonować.
Krótko mówiąc: mój mąż po ulubionym obiadowym daniu składającym się z chrupiącego schabowego, pysznych ziemniaczków i wyborowej surówki... dostaje erekcji! Zauważyliśmy to już nie pierwszy raz.
Spokojnie... na mój widok też tak reaguje, więc nie wyżalam się tu :P
Na weekendzie może jakaś restauracja... Zobaczymy, czy też mu tam posmakuje... :D
Jestem strażakiem w pewnym dużym mieście na terenie Śląska. Niejednokrotnie jeździłem do pożarów, ale ten był chyba najbardziej komiczny w mojej „karierze”.
Pewnego poniedziałkowego ranka około godziny 8.30 dostajemy wezwanie. Syrena wyje, ja ledwo dobiegam i jakoś załapałem się na wyjazd. Jedziemy, ze zgłoszenia dowiedzieliśmy się, że mamy styczność z pożarem lasu. Dojeżdżamy do miejscowości 20 km dalej, na miejscu 30 zastępów i 2 cysterny + kilka samolotów.
Walka była trudna, ale w końcu pożar zażegnany. Zbieramy się do wozu, ale ZARAZ! Z lasu słychać jakiś krzyk! Bierzemy torbę medyczną i biegiem na miejsce. Dobiegamy, i co zastajemy? Parkę, która postanowiła zabawić się w lesie...
Nie wiem kto miał większego buraka na twarzy. My czy zabawiająca się na kocyku parka...
Mój dziadek przez całe życie idzie z niesamowicie pozytywnym nastawieniem do ludzi, z życzliwością i pogodą ducha. Do tego można dołączyć poczucie humoru i dystans do samego siebie. Równe 10 lat przepracował w pałacu młodzieży, zajmując się teatrem, ale też organizacją zajęć i opieką nad dziećmi w różnym wieku. Jak sam przyznaje, dzisiaj to pewnie by się jakieś babsko do niego przyczepiło i jeszcze by w pierdlu wylądował, bo kto to widział, żeby dorosły facet bawił się w kółeczku z dzieciakami? A dziadek swoją pracę kochał, znał wszystkie przyśpiewki, zabawy, umiał najbardziej podzieloną grupę zorganizować tak, że dzieciaki nie chciały wracać z rodzicami do domu. Podobno jeszcze długo po skończeniu tej pracy, jak już dziewczynki wyrosły na pannice, to rzucały mu się na szyję na ulicy z okrzykiem: „WUJCIU!”. Jak się już żyje prawie 90 lat, to i historii ma się sporo w zanadrzu.
Spory kawał czasu spędził w harcerstwie i zdarzały się najróżniejsze sytuacje.
1) Mieli na obozie dziewczynę w wieku podstawówkowym, która, jeśli tylko ją coś zdenerwowało albo zestresowało, to dostawała histerii. Takiej z krzykiem, piskiem, płaczem, rzucaniem się po ziemi. Nikogo nie atakowała, a i koleżankom zazwyczaj szybko udawało się ją uspokoić. Jednak któregoś dnia dziewczyny przybiegły do dziadka jako opiekuna grupy poinformować, że koleżanka za nic nie daje się uspokoić, leży w namiocie, wrzeszczy w poduszkę i chyba powoli zaczyna się zapowietrzać. Dziadek w te pędy poleciał do namiotu i oceniwszy sytuacje jako złą... Zasadził siarczystego, pięciopalczastego klapsa prosto w tyłek histeryczki. Efekt? Zaraz się uspokoiła, wysapała: „Dziękuję”, a dalej już zajęły się nią koleżanki. Dziadek potem doszedł do wniosku, że w sumie głupio mu – po pierwsze był przeciwnikiem używania bicia jako metody wychowawczej, po drugie to w końcu obce dziecko, jakaś kontrola mogłaby się przyczepić... Poszedł ją przeprosić i zapytać, czy żywi urazę. Uścisnęli sobie ręce na zgodę, kiedy dziewczyna stwierdziła, że nie. Przez resztę obozu było spokojnie, nikt nie robił problemów. Dzisiaj byłby kryminał ;)
2) Grupie chłopców nie chciało się przechodzić przez cały obóz, więc potrzeby fizjologiczne załatwiali pod lasem. Jak któregoś na tym opiekunowie złapali, to dostawał różne mało lubiane zajęcia za karę, no ale ciężko było non stop za nimi ganiać. Aż tu któregoś dnia miała być kontrola. Podczas gdy reszta obozu była zajęta ogarnianiem obozu, dziadek zorganizował wyżej wspomnianą grupkę na tzw. zbieranie kaktusów. Dość powiedzieć, że podobno była z tego kupa śmiechu, ale nikt nie protestował, ba, słowem nie pisnął nawet synalek jakiegoś kuratora, który zazwyczaj się chwalił, co to on nie jest. Porządek był, grupa zadowolona, kontrola zadowolona, wszystko cacy. Takie rzeczy tylko za PRL-u :P
Niedawno wyszłam za mąż za wpływowego człowieka. Jest między nami 15 lat różnicy, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Mąż ma znajomych, których żony zazwyczaj dopiero skończyły 20 lat i należą do tych niezbyt rozgarniętych życiowo, jeżeli wiecie, co mam na myśli. Mój mąż bardzo mnie kocha, jest to bardzo ważne w tym wyznaniu, ponieważ chciałabym uniknąć nieprzychylnych komentarzy na jego temat. Nie oceniajcie go po tej jednej sytuacji.
Mój małżonek wstydzi się inteligentnej kobiety. No dobra, może nie do końca wstydzi, raczej boi się, że nie odnajdę się w towarzystwie reszty żon, które zazwyczaj spędzają ze sobą dużo czasu, kiedy ich mężowie spotykają się na drinka, dlatego prosi mnie, abym była cierpliwa, bo one już tak mają. Na początku nie miałam nic przeciwko, przecież nie musimy od razu się przyjaźnić. Z czasem jednak coraz bardziej zaczęło mi przeszkadzać, że mój mąż rozmawia o poważnych sprawach, podczas gdy ja muszę słuchać o kolorach, psach, kwiatach i takich pierdołach. Prosiłam męża, aby pozwolił mi chociaż trochę spędzić czas z jego znajomymi, jednak on był bardzo niepewny i w końcu się nie zgodził. Wtedy naprawdę się zdenerwowałam. Stwierdziłam, że skoro wstydzi się mądrej, pracującej żony, to nie będzie takiej miał wcale. Zbliżał się wieczór pokera u nas w domu, więc była to idealna okazja do pokazania mężowi, co myślę o tych jego zasadach.
Znajomi się zebrali, wpakowali do salonu i rozpoczęli grę. Odstawiłam się jak stróż w Boże Ciało, wychyliłam się zza drzwi i spytałam delikatnie, czy byłby problem, gdybym popatrzyła na grę. Mąż już chciał mnie odprawić, ale jeden z nich zaproponował mi miejsce przy stole. Podczas całego spotkania śmiałam się dosłownie ze wszystkich żartów, robiłam głupie miny, uśmiechałam się nawet podczas poruszania poważnych tematów. Nazywałam męża PIMPUSIEM! Kulminacja nadeszła, gdy przyjaciel męża spytał, czy będziemy kupowali żywą choinkę na święta. Przysięgam, idę po Oscara w przyszłym roku za tę rolę: „AHAHAHA! GŁUPIŚ! Żywa choinka! Przecież choinka nie ma nóg!”. Ta cisza, te miny, to przerażenie mojego męża. Nie musiałam specjalnie udawać histerycznego śmiechu, bo ich miny były dodatkowym czynnikiem, przez który nie mogłam się uspokoić. Koniec końców wyszłam z salonu, odczekałam chwilę, weszłam ubrana już normalnie i wytłumaczyłam swoje zachowanie. Od tamtej pory znajomi męża mają do mnie zupełnie inne nastawienie, a i mąż nie boi się mnie wprowadzić w poważniejsze rozmowy. Pozostałe kobiety myślą, że owinęłam sobie wszystkich wokół palca. Żadna nie wie :)
Dawno temu, w liceum, miałam paczkę znajomych, dwoje z nich było dla mnie takimi prawdziwymi przyjaciółmi. Lata mijały, paczka się rozpadła, i tylko nasza trójka trwała.
Piotrek był przyjacielem wspaniałym, zawsze był dla mnie i vice versa. Leczyliśmy razem złamane serca i zacieszaliśmy z nowych zauroczeń. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy poznałam mojego męża. Nasz kontakt osłabł, Patka (przyjaciółka) też czasu mieć za dużo nie miała – dzieci, dom, praca. Tym bardziej zastanawiało mnie, dlaczego Piotrek nie ma dla mnie czasu. Ciągle wymawiał się szkoleniami, pracą, urlopem. Rozumiałam, nie mieliśmy po 16 lat.
Kiedy zamieszkałam z moim chłopakiem (teraz mąż), Piotrek nagle się pojawił, bez zapowiedzi. Chciał pogadać. No i wyznał mi po wielu latach, że mnie kocha. Że widzi, że za późno, że jestem szczęśliwa, i dlatego stara się układać sobie życie beze mnie.
Przez kilka dni bardzo to przeżywałam, wmawiałam sobie, że to moja wina, że Piotrek jest nieszczęśliwy przeze mnie. Mąż oczywiście znał mnie dobrze, więc po naciskach z jego strony, powiedziałam prawdę. Mąż wie, że nigdy bym Piotrka nie pokochała, był dla mnie jak brat, tym bardziej że moje serce było już zajęte. Piotrek wyjechał, nie utrzymujemy kontaktu. Ja nie pisałam, nie zrobiłam żadnego ruchu w jego stronę, choć do tej pory bardzo mi go brakuje. Czasem Patka powtórzy o nim jakieś plotki i tyle.
Czytam tu czasem wyznania o friendzonie itp. Nie czekajcie chłopaki/dziewczyny tyle czasu. Nie warto. Jeśli ma coś być, to będzie, jeśli nie, to skończy się, trudno, zostaną wspomnienia. Piotrek czekał wiele lat, a może gdyby powiedział wcześniej, to byłabym z nim. Nikt tego nie wie. Ale happy endu z takiego kiszenia tajemnicy nigdy nie ma.
U mojej mamy wykryto nowotwór. Ostatnie stadium. Mimo to rzuciła się do walki i początkowo wygrywała. Z czasem jednak ten drań uodpornił się na chemię i skończyły się możliwości. Stan paliatywny. Szukaliśmy jakiejkolwiek pomocy. Jakiegoś promyka nadziei. I nagle jest! Klinika, która zajmuje się leczeniem za pomocą witaminy C i różnych dziwactw. Poszliśmy, co nam pozostało? Płaciliśmy grubą kasę za nadzieję, którą wlała w nasze serca „pani doktor”: „Wyciągniemy z tego panią”.
Wydawało się, że jest lepiej. Mama miała lepszy apetyt, lepiej wyglądała. Do czasu.
Któregoś dnia po „zabiegach” zrobiło jej się słabo. Pogotowie, szpital – płyn w płucach, jedna nerka padła, druga ledwo daje radę. Jakoś jeszcze ją odratowali. Męczyła się jeszcze przez miesiąc. Podłączona do tlenu, z założoną stomią, w pełni świadoma powolnego duszenia się i zatruwania organizmu, gdy druga nerka też się poddała.
Po tym wszystkim gnębiło mnie przeczucie i znalazłam w internecie informację, że duże dawki witaminy C mogą doprowadzić do niewydolności nerek (jedna z nich i tak była zaatakowana przez nowotwór). Gdybym wiedziała to wcześniej, to nigdy bym nie pozwoliła na takie „leczenie”. Przyczyniłam się do jej śmierci i to moja wina, że tyle się wycierpiała.
Nie lubię zupy mlecznej. Tylko pomyślę o niej, to wykręca mi twarz. Nie pamiętam, czy zawsze jej nie lubiłam, czy od tej przygody, która spotkała mnie w przedszkolu.
Godzina 9:00, czas drugiego śniadania. W ofercie była tylko zupa mleczna. Wszystkie dzieci usadzone, „Proszę, macie zjeść wszystko, smacznego”. No to zaczynam. Skoro kazali, to staram się, bo niejadek był ze mnie znany. Chyba przedobrzyłam z jedzeniem, bo całą zupę, którą zjadłam, zwróciłam z powrotem do talerza. Pamiętam obrzydzenie dziecka obok. Kolor zupy się nie zmienił, na moje nieszczęście...
Powiedziałam pani, co się stało, a ona mi na to, że znów wymyślam! Że ona widzi, że mi nic nie ubyło! Że jak tak mogę kłamać! Że mam jeść, bo nigdy nie urosnę!
Co miałam zrobić? Tak mnie zakrzyczała, że zjadłam...
Opowiem Wam coś, co ciągle robię i jest mi z tego powodu jednocześnie źle i dobrze.
Kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z naprawdę świetnym chłopakiem. Chudy, delikatny, miły, taka puchata kulka. Jednak im dłużej z nim przebywałem, tym bardziej coś mi nie grało. Niby zawsze się uśmiechał, wychodził z naszą paczką znajomych na miasto, ale kiedy zadzwoniłem do niego wieczorem, słyszałem, jak płacze. Od tamtej pory zacząłem spędzać z nim więcej czasu na rozmowie i po około pół roku powiedział mi wszystko. Próbował zakończyć swoje życie. Matka miała do niego pretensje, że w ogóle próbował i ubzdurał sobie całą tę depresję. Zacytuję jej słowa: „Nie ośmieszaj mojej rodziny takimi błahostkami”. Tak mu powiedziała. Depresja syna i jego chęć zniknięcia ze świata były dla niej niczym.
Po tym, jak mi to powiedział, starałem się mu pomagać, tłumaczyć wszystko, odbierać telefony nawet o trzeciej nad ranem, bo dzwonił często, kiedy śniły mu się koszmary. Wielokrotnie namawiałem go na terapię, jednak zawsze kategorycznie odmawiał i tutaj właśnie zacząłem robić to, co robię do dziś... Zaszantażowałem go, że powiem o jego problemach jego znajomym, czego najbardziej chciał uniknąć. Nigdy nie chciał, żeby wiedzieli co go dręczy i myślę, że gdyby się dowiedzieli, dla niego byłby to koniec świata. I wierzcie mi lub nie, ale po tym, co zrobiłem, pozwolił zapisać się na terapię.
Od tamtej pory minął już rok, on czuje się już lepiej, dostał leki, nadal widuje się z psychiatrą. I wierzcie mi lub nie, ale wygląda o wiele lepiej. Czuje się lepiej i to po nim widać. Nie dzwoni w nocy, nie ma koszmarów, sam z siebie zaczął wychodzić do ludzi. Czasami kiedy nie chce mu się iść na sesję z lekarzem, nadal muszę go zaszantażować. Wiem, że zrobiłem i robię źle, ale jest mi dobrze z tym, jak na niego teraz patrzę... Wydaje się szczęśliwszy, nie jest jednym wielkim kłębkiem nerwów.
Dodaj anonimowe wyznanie