Opowiem Wam coś, co ciągle robię i jest mi z tego powodu jednocześnie źle i dobrze.
Kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z naprawdę świetnym chłopakiem. Chudy, delikatny, miły, taka puchata kulka. Jednak im dłużej z nim przebywałem, tym bardziej coś mi nie grało. Niby zawsze się uśmiechał, wychodził z naszą paczką znajomych na miasto, ale kiedy zadzwoniłem do niego wieczorem, słyszałem, jak płacze. Od tamtej pory zacząłem spędzać z nim więcej czasu na rozmowie i po około pół roku powiedział mi wszystko. Próbował zakończyć swoje życie. Matka miała do niego pretensje, że w ogóle próbował i ubzdurał sobie całą tę depresję. Zacytuję jej słowa: „Nie ośmieszaj mojej rodziny takimi błahostkami”. Tak mu powiedziała. Depresja syna i jego chęć zniknięcia ze świata były dla niej niczym.
Po tym, jak mi to powiedział, starałem się mu pomagać, tłumaczyć wszystko, odbierać telefony nawet o trzeciej nad ranem, bo dzwonił często, kiedy śniły mu się koszmary. Wielokrotnie namawiałem go na terapię, jednak zawsze kategorycznie odmawiał i tutaj właśnie zacząłem robić to, co robię do dziś... Zaszantażowałem go, że powiem o jego problemach jego znajomym, czego najbardziej chciał uniknąć. Nigdy nie chciał, żeby wiedzieli co go dręczy i myślę, że gdyby się dowiedzieli, dla niego byłby to koniec świata. I wierzcie mi lub nie, ale po tym, co zrobiłem, pozwolił zapisać się na terapię.
Od tamtej pory minął już rok, on czuje się już lepiej, dostał leki, nadal widuje się z psychiatrą. I wierzcie mi lub nie, ale wygląda o wiele lepiej. Czuje się lepiej i to po nim widać. Nie dzwoni w nocy, nie ma koszmarów, sam z siebie zaczął wychodzić do ludzi. Czasami kiedy nie chce mu się iść na sesję z lekarzem, nadal muszę go zaszantażować. Wiem, że zrobiłem i robię źle, ale jest mi dobrze z tym, jak na niego teraz patrzę... Wydaje się szczęśliwszy, nie jest jednym wielkim kłębkiem nerwów.
Wracając do domu, zawsze bałem się przechodzić koło dużego drzewa rosnącego przy chodniku. Od kilku lat krążyła plotka, że ktoś się na tym drzewie powiesił. Gdy to usłyszałem, pierwszego dnia przechodząc koło tego drzewa, poczułem, jak ktoś mnie ciągnie do tyłu. Strach był nie do opisania, a sytuacja powtórzyła się kilka razy.
Wczoraj zauważyłem, że to co mnie ciągnie do tyłu, to stercząca gałąź, o którą zahaczałem plecakiem. :D
Już teraz wiem, dlaczego ludzie tak dziwnie reagowali, gdy widzieli moje głupie i przerażone miny.
Mój starszy brat od dwóch lat jest strażakiem. Jednym z tych ludzi, którzy są bohaterami, dla wielu ludzi, szczególnie dla dzieci. Kiedy wyje syrena, nieważne, czy jest w pracy (w tej samej miejscowości i luźne godziny pracy), w domu, czy jest środek nocy – zawsze bieganie do straży i jest jedną z pierwszych osób, jeździ na większość akcji. Często niebezpiecznych. Jest też najgorszym bratem na świcie. Kiedy byłam w wieku od 8-14 lat molestował mnie, jest 4 lata starszy, więc on już wiedział, o co chodzi. Pamiętam, jak w wieku 11 lat nie miałam jeszcze okresu, ale martwiłam się, że będę w ciąży, więc biłam się w brzuch, próbując „zabić” to dziecko. Potem jakoś samo z siebie się to skończyło, ale zaczęło się wyżywanie się na mnie. Rodzice uważali to za normalne, kiedy się im skarżyłam, bo rodzeństwo zawsze się kłóci, samej mi wydaje mi się, że byłam nieco nadwrażliwa, ale byłam też w wieku dojrzewania i naprawdę mnie to bolało. Wyzwiska typu szmata, pies, idiotka i tym podobne były na porządku dziennym, często też mnie bił, nie było żadnych złamań, jedynie siniaki i raz mocno stłuczona ręka, ale bez interwencji lekarza. Były chwile, kiedy uważałam się za największe gówno na świecie, napiszę wam kilka cytatów z mojego pamiętnika: „nienawidzę go, przez niego coraz częściej myślę o samobójstwie”, „czy naprawdę tak powinna wyglądać rodzina?”, „oni mnie nienawidzą”, „na myśl, że umrze wcale nie jest mi przykro”, „ktoś taki jak ja nie powinien żyć, powinnam już dawno wisieć na drzewie, ale jestem tak żałosna, że nie potrafię nawet ze sobą skończyć”, „Mama: są z tobą same problemy, dlaczego nie możesz być normalna?”, „tak, wiem, jestem nikim” itp. Potem były okresy, kiedy próbowałam być silna i pisałam o tym, że muszę pozbyć się wszystkich uczuć. Może brzmi to melodramatycznie, ale czytając ten pamiętnik, widzę jak bardzo byłam zagubionym dzieckiem, bo to wszystko pisałam w wieku 13-15 lat.
Teraz mam 17 lat, a on 21. Mieszkamy na piętrze, a rodzice na dole. Nie mamy praktycznie kontaktu, mijamy się tylko w domu, czasem tylko rzuci wyzwiskiem dla zasady. Jak to wszystko na mnie wpłynęło? Stresuję się, kiedy mam siedzieć obok niego albo jechać z nim sama samochodem, kiedy przechodzi obok instynktownie napinam się i przygotowuję się do obrony.
Tak wygląda historia jednej z milinów normalnych rodzin. Brata strażaka, lubianego, mającego wielu znajomych i jego młodszej, nikomu nieznanej siostry.
O agresji w szkole będzie, ale z trochę innej strony.
Mam o 4 lata młodszego brata, dajmy na to Wojtka, z którym od zawsze byłam mocno związana. Rzecz działa się w czasach głębokiej komuny, gdy nauczyciel w oczach ucznia to był ktoś. Otóż w naszej szkole pojawił się nowy chłopak, załóżmy Dawid, niewiele starszy od Wojtka. Chłopak chciał się chyba popisać przed kolegami i znalazł sobie ofiarę w moim bracie, który wtedy był taką małą, nieśmiałą kluską, która nie do końca potrafiła sama się obronić. Dawid był bardzo agresywny, wyzywał i bił (potrafił robić to w taki sposób, że Wojtek choć dostawał naprawdę mocno, praktycznie nie miał śladów). „Ustawienie go” drogą pokojową w ogóle nie przynosiło rezultatów, wpadłam więc na „genialny” pomysł.
W szkole było tak, że podczas przerwy nauczyciele przechadzali się po korytarzach, pilnując uczniów, wśród nich był też nasz fizyk – postrach szkoły. Kazałam Wojtkowi trzymać się blisko miejsca, gdzie dyżuruje fizyk, a ja cierpliwie czekałam, aż Dawid znowu zaatakuje. Gdy w końcu nadszedł ten moment, podeszłam do niego i powiedziałam, żeby dał mojemu bratu spokój albo pożałuje. Ten zaczął mnie wyzywać i szarpać, a ja sprzedałam mu plaskacza. Chłopak chyba był zaskoczony, bo momentalnie mi oddał. Mocno, aż się zatoczyłam. I tutaj do akcji wkroczył nauczyciel, który widział tylko, jak Dawid mnie uderzył.
Od tego czasu Wojtek miał spokój. Numer przeszedł, bo byłam uważana za osobę, która nie wpadłaby na takie pomysły. Uderzyłam młodszego od siebie chłopaka, z czego dumna nie jestem, może był jakiś inny sposób, żeby Dawid dał spokój, nie wiem.
PS Wojtek szybko przestał być „nieśmiałą kluską” i potrafił już sam się o siebie zatroszczyć.
Często na anonimowych pojawiają się wyznania o ludziach, którzy przeszli za dzieciaka piekło z winy swoich rodziców. Często cieszą się, że wyszli na prostą i urwali z takimi „rodzicami” kontakt. Chwali się, ale często też ludzie nie wiedzą jednej ważnej rzeczy o alimentach. Nie mówię tutaj o alimentach względem rodzica na dziecko... ale o sytuacji odwrotnej. Nie musicie mi wierzyć na słowo – wystarczy, że wygooglujecie odpowiednie hasła, jak np. dziecko i obowiązek alimentacyjny wobec rodzica.
Można się z tego wybronić i przed tym zabezpieczyć – tylko to trzeba działać z wyprzedzeniem. Generalnie dobrym pomysłem jest dokumentowanie zachowań, jak np. zdjęcia masy butelek po wódce (a w rodzinie bieda), w razie pobić itp. obdukcja lekarska – na przyszłość, żeby była. Metod jest oczywiście więcej, ale to są te najprostsze.
Zanim ktoś napisze „Ale moi rodzice to pijacy i nawet nie ogarną, że mogliby, skoro ja się dowiedziałem/dowiedziałam o tym z tego wyznania, a nie jestem patologią” –spokojnie, panie z MOPS-u podpowiedzą i będą wtórować: „Pozywać, pozywać!” (znam taki przypadek).
Tak czy inaczej, gdy uda się zabezpieczyć tego typu dowody, wtedy śmiało podczas ewentualnej rozprawy można powoływać się na przepis prawa cywilnego dotyczący naruszenie prawa podmiotowego. W tej sytuacji dziecko może podnosić, że roszczenie rodzica o alimenty stanowi nadużycie przysługującego mu uprawnienia. Domaganie się bowiem przez niego alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.
Dlatego działajcie już teraz, żeby za kilkanaście lat nie musieć wydawać na „rodziców” jakichkolwiek pieniędzy!
Lenimy się z moim wybrankiem, gdy na jego twarzy ni stąd, ni zowąd pojawiają się oznaki intensywnego myślenia. Pytam więc, co mu chodzi po głowie.
– Chciałbym mieć tak półtora centymetra wzrostu więcej...
– Dlaczego? – dziwię się, bo chłopak do niskich bynajmniej nie należy.
– Bo wtedy byłbym od ciebie wyższy idealnie o długość mojego penisa!
No tak.
Kiedyś w kolejce stał przede mną facet (typowy Seba), który kupował jakieś mleko dla niemowląt, tabletki antykoncepcyjne i prezerwatywy...
Na odchodne rzucił ściszonym głosem: „Pier*olę, więcej nie robię”.
Gdy mój brat był mały, lubił udawać spadochroniarza, skacząc z komody z reklamówką nad głową.
Po kilku latach szliśmy razem na zakupy. Zabrałem mu torebkę i postanowiłem sparodiować, skacząc ze schodów. Widział to sąsiad. Wyobraźcie sobie jego minę. Mam 20 lat.
Najbardziej anonimowy temat dla mnie – fantazje w trakcie robienia sobie sami-wiecie-czego z wibrującym kumplem. Z chłopakiem mamy bardzo otwarte podejście w tego typu sprawach, a nawet jemu nigdy nie powiem, o czym wtedy zdarza mi się myśleć.
BDSM w totalnie hardkorowej formie – amputowanie kończyn (robienie takiego bezradnego kadłubka), masakryczne tortury z lejącą się krwią, zostawianie kogoś na pewną śmierć, przypalanie rozżarzonymi prętami, rażenie prądem... i inne w tym klimacie.
Klimaty bardziej „średniowieczne” – trzymanie kogoś w metalowej klatce, która utrzymuje go w cholernie niewygodnej pozycji, zakopywanie w ziemi z samą wystającą głową i zwabianie mrówek. Przywiązywanie nago do drzewa i smarowanie miodem (pszczoły, wiadomo). Karanie za przewinienia publicznym, wielokrotnym gwałtem.
Klimaty SF – używanie ludzi do posranych publicznych eksperymentów, np. podłączanie nago do odpowiedniej aparatury i sprawdzanie, jak długo wytrzyma psychika w stanie maksymalnego podniecenia bez możliwości osiągnięcia orgazmu. Albo ostatnio jeszcze świeża – trzymanie ludzi w takich dużych akwariach, również nago, z podłączonym tylko powietrzem do ust i żywieniem dożołądkowym, skrępowanymi kończynami, również oczywiście publicznie. Jak wiadomo, załatwiać potrzeby fizjologiczne muszą, więc robią to w tę wodę przy tłumach gapiów. Woda jest filtrowana, ale nie od razu...
Jeszcze fantazje, gdy mam doła – wtedy dochodzę w trakcie wyobrażania sobie, jak umieram z ręki ukochanej osoby. On mi np. rozcina żyły i czeka, aż się wykrwawię, przytulając mnie i mówiąc, że mnie kocha. I takie tam.
Tak poza tym mam normalne, udane życie łóżkowe. Nic z tych fantazji nie chciałabym za nic w świecie nigdy realizować... Zwykle po wszystkim jest takie WTF... o czym ja myślę...
Jestem w związku już pięć lat. Właśnie leci szósty rok. Oświadczył mi się dwa lata temu. Na początku wszystko było świetnie. Dogadywaliśmy się, super spędzaliśmy czas ze sobą, często wychodziliśmy. Jednak od pewnego czasu jest inaczej.
Od początku wiedziałam, że komputer jest jego światem. W końcu jest programistą, lubi gry, ale chyba nie dostrzegałam tego, jak bardzo. Ostatnie miesiące (nie chcę przyznać, że lata) wyglądają tak, że on siedzi przed kompem – najpierw praca, później odpoczynek, a ja pracuję od rana do wieczora, a gdy mam wolne, to ogarnę chatę i siedzę przed telefonem lub oglądam Netflixa. Co jakiś czas spotykamy się ze znajomymi, a niestety mamy ich garstkę. Jednak nie mam co marzyć o jakimś spacerze, chyba że odbędę z nim rozmowę, w trakcie której albo się popłaczę, albo huknę na niego i wtedy coś zatrybi. Na moment. Zawsze gdy pytam, czy pójdziemy na spacer, czy gdzieś wyjdziemy, żeby się poszlajać, to nie, bo albo bolą go zatoki, albo mięśnie... I tak cały rok. Powoli mam tego dosyć. Mamy piękną zimę, właśnie spadło tyle śniegu, że ulice są zasypane. Spytałam się go, czy pójdziemy może jutro do lasu, pooddychać powietrzem. W głosie słyszałam, że nie, ale stwierdził, że „zobaczy, jak się będzie jutro czuł” (bo ma zakwasy po treningu).
Czuję, że dłużej tego nie wytrzymam, jestem jak ptak w klatce, duszę się. Nie jestem typem jakiejś ekstrawertyczki, ale mam też swoje granice. Bardzo go kocham, ale boję się, że my nie jesteśmy razem, tylko obok siebie, a nie o to chodzi chyba w związku. Powoli zaczynam się chyba nudzić tą zabawą w klatkę, jestem bardzo osowiała. On wysyła mnie do psychologa (mam swoje traumy i problemy), ale powoli zastanawiam się, czy problem nie jest we mnie, a w NAS.
Na jesień mamy wyjechać z kraju. Jednak wiem, że gdy wyjadę, będę zdana na niego z powodu języka i braku znajomości miasta. Czyli siedzenie w domu (+praca) w obcym kraju. Boję się, że nie dam rady. Zdziczeję jak lis. Zeświruję. Szybko wrócę, ale nie wiem, czy wtedy będzie miejsce dla niego i jego introwertyzmu. Nie wiem, co mam dalej robić.
Dodaj anonimowe wyznanie