Mam 19 lat. Kiedy byłam w podstawówce, był to przedział 4-6 klasa, mieliśmy na lekcji historii temat o drugiej wojnie światowej, a dokładniej o ofiarach obozów koncentracyjnych. Moja prababcia brała udział w marszu śmierci (Stutthof).
Nie byłam jakoś lubiana w klasie, a dokładniej miałam miano kozła ofiarnego. Jednak kiedy wspomniałam na lekcji o tym, iż moja prababcia przeżyła mękę w obozie, jeden ze „śmieszków”, a zarazem najbardziej dokuczający mi chłopak, powiedział słowa, które w tamtym czasie nie za bardzo wywarły na mnie wpływ. Byłam małolatą i bardziej przejmowałam się tym, żeby wzbudzić u nich jakąś sympatię wobec mnie niż tym, co mówili o mojej rodzinie.
Powiedział mniej więcej coś takiego: „Szkoda, że twoja babcia wtedy nie zginęła. Wtedy by cię na świecie przynajmniej nie było”.
Nie powiem, smutno mi się zrobiło, ale żeby się nie wyróżniać, zaczęłam śmiać się wraz z nimi.
W drugiej klasie technikum wzięłam udział w konkursie związanym z drugą wojną światową. Popytałam się dziadka, jak wtedy było. Zaczął mi opowiadać o prababci, która już nie żyła, i jej zmaganiach, kiedy przyjechali Niemcy szukać u nich partyzantów. „Zawiązali jej na szyi pętlę i podwieszali na jabłonce, żeby wydała tych biednych ludzi”. Oprócz tego usłyszałam jej historię, kiedy naziści wyprowadzali ich z obozów i prowadzili na śmierć.
Wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy.
Życzę Wam nigdy nie doświadczać smutku w oczach waszych dziadków, kiedy pytacie się o wojnę. I lepiej uważajcie na to, co mówicie innym, bez względu, czy kogoś lubicie czy nie. Szanujmy się wzajemnie.
Mam nadzieję, babciu, że teraz masz tam w niebie spokój. Amen.
Sytuacja miała miejsce bodajże w 3 klasie podstawówki. Jako ten „ładnie piszący” mogłem już pisać w zeszycie w linie, z czego zresztą byłem bardzo dumny. Uchodziłem też za dobrego ucznia i śpiewałem na małych akademiach w szkole (przez co pani nazywała mnie Elvis, ha, ha), dlatego czasami niektóre sprawy uchodziły mi na sucho.
Raz na lekcji polskiego pani dała nam polecenie „Opisz ogród wiosną”. Jako bystry, ale leniwy uczeń napisałem: „Ogród wiosną jest tak piękny, że nie da się go opisać”.
O dziwo, mimo że wypowiedź była mało rozbudowana, dostałem 5- :D
Lata temu, w gimnazjum, nadeszła ta najbardziej uwielbiana przez większość lekcja – WF. Już kiedy się przebierałam poczułam, że coś niepokojącego dzieje się z moim brzuchem. Postanowiłam jednak to zignorować. Gotowa do zajęć poszłam na salę gimnastyczną i wtedy nadszedł ten moment... Puściłam bąka i stałam jak gdyby nigdy nic. Po chwili jednak poczułam, co stworzyłam. Szybko uciekłam z terenu minowego z powrotem do szatni.
Siedziałam tam sobie, czekając, aż zapach się ulotni. Nagle wpadły koleżanki i oznajmiły, że chyba szambo na sali wybiło. Wracam na salę, a tam wielkie poruszenie. Wszyscy biegli w stronę wyjścia. Jedynie nauczyciele pośpiesznie otwierali okna. Smród był znajomy. Okazało się, że to wszystko przez mojego bąka...
Tak oto ja i mój bąk ewakuowaliśmy salę gimnastyczną.
Do dziś nikt nie wie, że to byłam ja.
Miałam 17 lat, od pół roku pierwszego partnera i nagle brak okresu... Panika, lament, bo młoda i szkoła... Wizyta u ginekologa – wszystko OK, stres itd. Zaproponował antykoncepcję w postaci spirali. Na początku go zlałam, chciałam tylko wyjść z gabinetu ciesząc się, że nie będę młodą mamą. Kiedy emocje opadły, wróciłam i wyszłam zabezpieczona po szyję.
Po 3 latach czas na wyciągnięcie owej spirali. Nie było wtedy netu, aby poczytać, dowiedzieć się co i jak. Z opowieści koleżanek wiedziałam tylko, że będzie boleć.
Jestem w gabinecie, zaproszenie na fotel, wziernik, doktor mówi, że zrobi znieczulenie. Po chwili odchodzi mówiąc: „Już po strachu, dziękuję”. Wtedy ja podziękowałam, nóżki razem i hop z fotela. Dwa kroki do parawanu, a wtedy doktor mówi: „JESZCZE TYLKO WZIERNIK WYCIĄGNĘ!!!”. On w śmiech, a ja czerwona wróciłam na fotel, no bo jak można nie czuć w sobie wziernika?!
Od jakiegoś czasu próbuję znaleźć pracę. Nie szło mi najlepiej, ale nie poddawałem się.
Dziś, gdy usiadłem przed kompem, on nagle sam „zdecydował”, że się uruchomi ponownie, aby zainstalować aktualizacje... nie pytając mnie o zdanie.
Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że w chwili gdy się wyłączał, byłem na rozmowie kwalifikacyjnej na Skype...
Nigdy nie narzekałam na to, że starsi ludzie wykonują pewne czynności wolniej. Wolniej odliczają pieniądze przy kasie, wolniej wchodzą czy wychodzą z autobusu itd. Rozumiałam to, w końcu wiek robi swoje, nie ma się co dziwić. Byłam cierpliwa, często nawet spoglądałam z ukosa na sapiących z niezadowoleniem ludzi, którzy swoim zachowaniem ostentacyjnie dawali do zrozumienia, że starzec powinien się pospieszyć. Nie jego wina, prawda? Jednak któregoś razu oniemiałam.
Miałam jechać do innego miasta w pewnej sprawie. Nie mam prawa jazdy, więc zdana byłam na autobus. Wyszłam wcześniej, by wstąpić do sklepu po coś do picia na drogę. Weszłam do środka, stanęłam za pewnym starszym panem. Staruszek poprosił o wodę, po czym zamyślił się głęboko, bo nie pamiętał, co miał jeszcze kupić. „No nic, mam jeszcze całe dziesięć minut, zdążę” – pomyślałam. Stoję w tej kolejce, za mną była jedynie kobieta na oko 40 lat. Dziadek nadal myśli, o coś jeszcze poprosił, dalej myśli, zastanawia się, drapie po głowie, pogrąża się w zadumie. Spoglądam za zegarek – coraz mniej czasu, ale trudno, szkoda mi dziadka, poczekam, na pewno zdążę. W końcu starszy pan dostał wszystko, co chciał. Myślałam, że najpierw zapłaci, by ekspedientka mogła się zaraz zająć innymi klientami, ale nie. Dziadek zaczął pakować zakupy. Najpierw wodę, potem chleb. Coś mu nie pasowało, więc chleb wyjął, wpakował coś innego, następnie znów coś innego, po czym znów wyjął zawartość torby i zaczął pakować od nowa. Nieco mnie to zirytowało, bo gdyby zapłacił najpierw, to sklepowa mogłaby zająć się innymi klientami, a dziadek mógłby spokojnie pakować zakupy, nikt by go za to nie skarcił. I tak pakuje, pakuje, przepakowuje i tak w nieskończoność. Parzę na zegarek – zaraz będzie autobus, następny dopiero za dwie godziny. Pomyślałam, że może zwrócę dziadkowi delikatnie uwagę, by zapłacił, bo w kolejce stoją jeszcze inni. Dziadek mnie uprzedził. Wyprostował się, spojrzał na mnie i na kobietę stojącą za mną i zjadliwym tonem rzekł:
– Młode są, to sobie w kolejce poczekają!
Po czym zamiast zapłacić, po raz któryś zaczął przepakowywać torbę. Krew mnie zalała, powiedziałam półgębkiem, dość nieprzyjemnym tonem:
– Ale autobus nie poczeka…
Dziadka to nie ruszyło, zajął się ponownym pakowaniem zakupów. Na szczęście ekspedientka, słysząc moje słowa, podbiegła szybko do kasy obok (była chyba sama na zmianie, bo nikogo prócz niej nie było), spytała, co chcę kupić, szybko skasowała mi ten jeden napój. Na autobus zdążyłam w ostatniej chwili. Gdyby sklepowa nie podeszła ze mną do innej kasy, musiałabym stać na mrozie, bo mieszkam o tyle daleko od przystanku, że nim bym doszła do domu, musiałabym się już wracać.
Czy słusznie odczuwam dyskomfort?
Powiedziałbym, że nienawidzę mojej siostry, choć nie wiem, czy nie przesadzę tak radykalnym określeniem. Nie lubię jej, czuję do niej niechęć, nie mam z nią wspólnych tematów, jedynie część życia. Jest moim dosłownym przeciwieństwem, w dodatku wykazuje cechy, których nie toleruję, nie trawię i przez które ciężko mi ją szanować. Oboje jesteśmy już teoretycznie dojrzałymi ludźmi przed trzydziestką, a jednak mam wrażenie, że ona pod względem kultury, zorganizowania, ogłady zatrzymała się gdzieś w gimnazjum. Jest wulgarna, niepunktualna, pali zioło, chleje alkohol, spotyka się ze znajomymi o ciekawych godzinach typu 2-3 w nocy 100 kilometrów od domu, jednocześnie obraża się na ojca, gdy ten nie da jej pieniędzy na takie wyjście – zwykle prosi o nie mniej niż kilkaset złotych. Niedawno zerwała ze swoim chłopakiem, który dostał wyrok za bardzo poważne pobicie. Minęły dwa dni, ma już kolejnego, planują ślub (znali się od dawna, po prostu od niedawna są bliżej, ale i tak dla mnie to śmieszne). Niezależnie, czy wyjdzie za tego, czy za jeszcze innego, ja wiem, że gdy dostanę zaproszenie, zwyczajnie nie pójdę.
Niedawno mój szef szukał pracownicy na stanowisko biurowe. Wiedział, że moja siostra jest po studiach administracyjnych, mnie ocenił jako świetnego, bezproblemowego pracownika i zapytał, czy może ona by się nie nadała. Myślałem długo co odpowiedzieć, był zdziwiony moim brakiem zdecydowania. Ostatecznie powiedziałem, że nie, nie uważam, by była dobrym kandydatem na to stanowisko. I mimo że jestem przekonany, że powiedziałem prawdę i postąpiłem słusznie, no, jednak piszę to wyznanie, a więc jakaś część mnie nie jest do końca przekonana.
Czuję, że jakieś wewnętrzne poczucie lojalności wobec stada okłada mnie kijem ilekroć podejmę decyzję nie na rękę osobie, której nie trawię, nie lubię, nie szanuję i w której nie widzę dużej wartości, ale z którą mimo wszystko łączą mnie więzi rodzinne. Nieprzyjemnych dla mnie sytuacji wynikających z jej kilku negatywnych cech, które przytoczyłem, było naprawdę wiele, jednak nie chcę Was zanudzać. Zwyczajnie czuję się dziwnie z tym, że osoba, z którą dorastałem, jest tak odmienna ode mnie, tak obrzydliwa, że nie potrafię jej nawet choć trochę lubić. Nie uważam, że ja jestem idealny, mam wady, ale pracuję nad nimi. U niej tego nie ma, wręcz przeciwnie, z wiekiem wad przybywa. Nie ma pracy, za to ma nałogi, wiecznie sieje ferment w rodzinie, nie może być chwili spokoju. Zero odpowiedzialności za siebie, za własne finanse, za własną karierę, nawet za atmosferę dookoła niej. Najchętniej bym się od niej odciął i czuję, że tak się to skończy. Po prostu przestanie dla mnie istnieć, przestanę odbierać telefon, odpowiadać na pytania o podwózki, pożyczki, przysługi, w zamian dostając jedynie nerwy i rozczarowanie.
Zawsze śmiałem się, czytając wyznania o osobach, które zostały oszukane przez dupę.
Już się nie śmieję. Mam nauczkę.
Przeglądając ostatnio swoje zdjęcia ze chrztu, zauważyłem coś bardzo ciekawego.
Mój chrzestny, który mnie trzymał, ustawił mi tak palce, że pokazywałem księdzu środkowy palec.
Takie tam trochę anonimowe wyznanie.
Zacznę od tego, że mam chłopaka. Jest dwa lata młodszy ode mnie. Poznaliśmy się przez wspólną znajomą w grudniu zeszłego roku, jednak aż do maja byliśmy tylko znajomymi. Potem zaczęły się wiadomości po nocach, rozmowy, śmiechy, żarty, idealne początki związku. Dzieli nas spora odległość, jednak on przyjechał do mnie na wakacje. Spędził u nas trochę czasu, poznał moją mamę, mojego brata i część „przyszywanej” rodziny. Potem sytuacja się odwróciła i to on gościł mnie. Podczas obu odwiedzin było nam razem dobrze, spędziliśmy razem czas na rozmowach, filmach, przytulaniu i nie tylko... Ideał, prawda? Jedynym problemem jest to, że obaj jesteśmy facetami. Żeby było zabawniej, ja jestem Bi, on do momentu spotkania mnie uważał się za heteroseksualną osobę, nie miał wcześniej nikogo poza jedną dziewczyną i jak sam twierdzi – zawróciłem mu w głowie (pozytywnie oczywiście).
Moja bardzo konserwatywna rodzina nie sprawia, że mam ochotę powiedzieć im o swojej orientacji oraz o tym, że „kolega”, który do nas wpadł w odwiedziny, to mój chłopak. Podobnie sprawa wygląda u niego.
I tak sobie żyjemy, ciesząc się sobą i licząc na to, że kiedyś wszystko się ułoży.
Pozdrawiam Anonimowych. Życzcie nam szczęścia.
Dodaj anonimowe wyznanie