#mceSi

Od zawsze wiedziałam, że chcę być na profilu humanistycznym i tam właśnie się dostałam. Sprawdziany z lektur i ortografia to nie były moje mocne strony, ale też żadne wyzwanie, jednak najlepsza byłam z przemówień. Dostawałam temat, zaczynałam nawijać i od razu piąteczka. Nie wiedziałam nawet, jak to się dzieje, bo zawsze jak zaczynałam mówić, to mój mózg się wyłączał, po czym nagle powracałam do rzeczywistości i nawet nie pamiętałam, co mówiłam.
Problem jednak w tym, że nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Powiedzieć przemówienie przed setką ludzi? Nic trudnego, ale rozmowa z rówieśnikami? Okropne. Podejrzewam, że problem zaczął się jeszcze na spotkaniach rodzinnych, kiedy zauważyłam, że zawsze jeżeli coś mówię, to nikt mnie nie słucha. Byłam zawsze najmłodsza z rodzeństwa, a dla babć, mimo że byłam ich wnuczką, byłam w wieku ich prawnuków. Zawsze byłam gdzieś pomiędzy i jeżeli byłam w jakkolwiek większej grupie ludzi, to wiedziałam, że nadszedł czas, żeby się zamknąć. Do dzisiaj mam ten problem. Kiedy rozmawiam ze znajomymi, jest dobrze, ale jak tylko podejdzie jakaś obca osoba (może być nawet w moim wieku), wtedy potrzebuję więcej czasu, żeby ułożyć zdanie i nie wyjść na dziwaka, zawsze w tym czasie zdąży ktoś inny odpowiedzieć.
Najgorzej jest z chłopakami. Kiedy tylko zobaczę kogoś, kto jest płci przeciwnej i próbuje coś do mnie powiedzieć, to nie potrafię wykrztusić słowa. I to nawet nie tak, że jakiś chłopak mi się podoba i tak reaguję, tak jest z każdym. Przykładowo jak do brata przychodzi kolega, to nie mogę na niego nawet spojrzeć, żebym mogła chociaż się przywitać.

#4aXmJ

Lubię cybersex, ale nie przez kamerkę. Wolę starsze metody, czyli bawienie się w opisy sytuacji, wymyślanie scenariuszy, moja bogata wyobraźnia wtedy szaleje. Mimo iż jestem w 100% hetero, nie podniecają mnie na co dzień kobiety, to uwielbiam cybersex właśnie z kobietami.  Lubię opisywać, co robię z daną osobą i podnieca mnie czytanie, co ona zrobi ze mną. Dzięki temu spełniam swoje fantazje, a że na chwilę obecną jestem sama, to nikomu nie robię krzywdy. Takie moje anonimowe wyznanie, o którym nie wie nikt z moich bliższych znajomych.

#2EYVh

Ostatnio moja narzeczona powiedziała coś, co trapi mnie do teraz.
Planujemy ślub w sierpniu. Jestem zdania, że naklejki na butelki, wystawne zaproszenia czy droga kapela albo suknia ślubna za kilka tysięcy to zbędne wydatki. Po co to? Jak tylko do ozdoby, to bez sensu. Zamiast na te pierdoły, wolę wydać i zaprosić jeszcze kogoś znajomego (mamy póki co 98 osób). Nie chcę napędzać bez sensu rynku ślubnego i całego tego cyrku z ozdóbkami, świeczkami itp. Jednak moja przyszła żona nie zgadza się ze mną. Targuje się o każdy bilecik, kwiatek czy bukieciki dla druhen. Twierdzi, że woli ograniczyć gości niż zrezygnować z dekoracji. Ostatnio podczas kolejnej kłótni o te pierdoły wybuchła płaczem i wykrzyczała, że po co tyle czekała na ślub i wesele, skoro nie ma z tego żadnej przyjemności?

Nie mam do kogo pójść z tym problemem. Wolałbym anonimowe odpowiedzi kobiet. O co takie zamieszanie z tym weselem? Aż się odechciewa. Czy naprawdę ładne kwiatki lub suknia na miarę są ważniejsze niż zobowiązanie, miłość i chęć spędzenia reszty życia razem?

#zKrur

Mam PCOS, Hashimoto i ogólnie niezbyt ciekawą sytuację hormonalną. Dzięki diecie udało mi się odzyskać okres, którego potrafiłam nie mieć i dwa lata. Po kilku latach starań zaszłam w upragnioną ciążę. Radość przeogromna. W szóstym tygodniu poroniłam samoistnie. Podobna historia powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Wszystkie trzy ciąże straciłam na bardzo wczesnym etapie, kiedy serce jeszcze nie biło. Strata tych ciąż jest dla mnie na tyle bolesna, że boję się starać o czwartą. Czekają mnie kosztowne badania w celu poszukiwania przyczyny poronień, ale najbardziej boli mnie reakcja bliskich mi osób na moje cierpienie.
Moja siostra stwierdziła, że to jeszcze nie było dziecko i ona potraktowałaby to poronienie jako spóźniony okres i nie robiła „dramy”. Teściowa stwierdziła: „Gdybyś straciła późną ciążę, to mogłabyś rozpaczać. Teraz nie ma po czym płakać”.

Rozumiem, że dla niektórych osób ciąża na tym etapie to tylko „zlepek komórek”, ale dla mnie to były moje dzieci. Większość kobiet starających się o dziecko skacze z radości, widząc te dwie kreski na teście i słysząc słowa ginekologa potwierdzające ciążę. Miałam się wtedy nie cieszyć? Bo to tylko jakieś tam komórki? Jeżeli jednak miałam prawo do radości, to czy nie mam prawa do smutku? Naprawdę staram się być tolerancyjna. Nie porównuję też swojego bólu do bólu matek, które tracą dzieci zaraz po urodzeniu. Ale czy naprawdę nie mogę odczuwać bólu tylko dlatego, że było „za wcześnie”?

Piszę to wyznanie tylko po to, aby powiedzieć, że strata wczesnych ciąż TEŻ BOLI. Dlatego jeśli Wasza siostra, partnerka czy przyjaciółka traci wczesną ciążę, nie odmawiajcie jej prawa do przeżycia żałoby. Dla Was to może być tylko zarodek, ale dla tej kobiety to może być już dziecko. Dziękuję wszystkim za przeczytanie.

#KNwRp

Kiedyś moja mama kupiła kilka wiaderek szpinaku od zaprzyjaźnionej sprzedawczyni. Było tego mnóstwo. Siedziałam więc z bratem i płukałam ten szpinak z ziemi, żeby nadawał się do jedzenia. Mama w tym czasie pojechała do ciężko chorego dziadka. I tak sobie myliśmy te liście, gdy zadzwonił telefon. To była mama. Dziadek umarł. Brat momentalnie zaczął płakać, uciekł do pokoju, zamknął się w nim i krzyczał na cały głos. Potrzebował mnie, a ja? Nadal siedziałam i płukałam ten cholerny szpinak. Łzy skapywały mi z twarzy i wpadały do miski pełnej zielonych liści. Ale nie przestałam.

Możecie powiedzieć, że to nie było aż tak traumatyczne wydarzenie. Ale ja, gdy widzę szpinak, momentalnie sobie o tym przypominam i ryczę bez powodu. Nienawidzę szpinaku. A znajomi pukają się w czoło. Bo to tylko szpinak.

#IScQY

Jeszcze w szkole zaczęłam chodzić z takim trochę klasowym nieśmiałym grubaskiem, że tak to bezpośrednio nazwę. Żeby nabrał trochę pewności siebie, namówiłam go na to, żeby chodził ze mną na siłownię. Mocno się poprawił fizycznie i laski, które wcześniej nawet na niego nie spojrzały, teraz zaczęły się za nim oglądać.
Finał tej historii jest taki, że zostawił mnie dla największego pustaka w okolicy.

#i1tdx

Miałam chłopaka od roku, było nam razem naprawdę dobrze, jednak był czasem zazdrosny o innych. Od pół roku mam konia, ogier jest wymagający i z dość ciężkim charakterem. Przy czyszczeniu, gdy się schylałam, ugryzł mnie parę razy w pupę, zostawiając naprawdę duże, soczyste siniaki. Znajomi śmiali się, że robi mi malinki, i w sumie mieli trochę rację — mam sinoczerwone dupsko :')
Mój chłopak stwierdził, że go zdradzam (z koniem???) i ze mną zerwał.

Tak że pozdrawiam wszystkich właścicieli koni, uważajcie na swoje tyłki i inne części ciała, teraz mam dosłownie fioletowe siniaki xD.

#nVD5e

W podstawówce chodziłam z koleżanką na angielski, na język jechałyśmy zazwyczaj same, autobus, tramwaj, bo jeszcze jasno, a odbierali nas jej rodzice albo moi. Rodzice od małego uczyli mnie, że z obcymi się nie rozmawia, nie idzie itp. No, ale cóż, raz ich nie posłuchałam. 
Ostatnie zajęcia przed świętami miały  trwać godzinę dłużej – jakiś film oglądaliśmy, świąteczne ciasteczka, i te sprawy. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że akurat tego dnia koleżanka jechała z rodzicami do galerii, a do moich rodziców przyszli znajomi i musiałam wracać sama (o zgrozo...) Moja słaba orientacja w terenie sprawiła, że kompletnie zapomniałam, gdzie jest przystanek, zapytałam więc jakiegoś przechodnia. Typek szczerze mi odpowiedział, że nie jest stąd, przyjechał do żony i mam z nim pójść, żona pomoże. Poszłam... Szliśmy, dla mnie dość długo, po drodze zwątpiłam i chciałam jednak odejść, ale pan stwierdził, że to już niedaleko. W końcu doszliśmy na parking, poziom przerażenia lvl 2000 i podchodzi mój wybawiciel do malucha, pokazuje mnie palcem, mówi, żebym wsiadła do auta. Wsiadłam... Żona zapytała, gdzie mieszkam i mnie zawieźli do domu. Przy okazji mówiąc, że jestem odważna.

Rodzicom nigdy się nie przyznałam...

#23Vco

Jak co dzień, zaparkowałem pod firmą i spędziłem osiem godzin przy biurku. Po pracy zobaczyłem swoje auto – maska zgnieciona, bok porysowany. Byłem pewien, że to zemsta kolegi z pracy, z którym pokłóciłem się ostro dwa dni wcześniej. Wezwałem policję, opisując, jak to „ten typek” musiał się na mnie uwziąć. Policjanci przyjechali, poszli do ochrony i poprosili o włączenie nagrania z monitoringu. I co się okazało? Z krzaków wyskoczył dzik i z impetem rozwalił mi auto... 
Policjanci próbowali być poważni, ale ich uśmieszki mówiły wszystko. Ja zaś paliłem się ze wstydu, wiedząc, że moje oskarżenia były kompletną bzdurą, a policja pewnie uznała mnie za paranoika. Wstyd jak diabli, bo nie dość, że oskarżyłem Bogu ducha winnego kolegę, to jeszcze cała firma następnego dnia plotkowała o mojej „detektywistycznej” wpadce.
Dodaj anonimowe wyznanie