#3qdEA

Jakiś czas temu zmarła moja ukochana babcia. Kilka tygodni męczyła się w szpitalu, a gdy zmarła poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Nie umiałam się otrząsnąć. Wieczorem, gdy ciało babci było w prosektorium, leżałam na łóżku pogrążona w żałobie. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zaczęłam oglądać w internecie, co się dzieje z ciałem po śmierci. Oglądałam zdjęcia ludzkich zwłok – w jaki sposób rozkładają się dzień po dniu i tydzień po tygodniu. Oglądałam wywiad z balsamistą, który powiedział, że po jakimś czasie ciało wygląda jak breja.
Podczas pogrzebu pożegnałam się z babcią, ucałowałam ją, było mi niesamowicie ciężko, ale starałam się trzymać kupy. Gdy wróciłam do domu, znowu czytałam o procesie gnilnym ciała. To wszystko tak mocno na mnie wpłynęło, że miałam w głowie myśli o odkopaniu trumny, aby jeszcze raz zobaczyć babcię. Wiem, że to absurdalne i nawet gdybym się odważyła na taki czyn, to zdaję sobie sprawę z tego, że to, co bym zobaczyła, przeraziłoby mnie.

#RYJG0

Nie pamiętam, ile mogłam mieć lat – 7, 8, nie więcej niż 9. Pewnego zimowego ranka rodzice wyszli gdzieś z domu, często zostawiali mnie samą, nie miałam z tym problemu. Tego dnia nie było ich około trzech godzin. W tym czasie zaczął bardzo intensywnie padać śnieg. W przeciągu krótkiego czasu napadało go bardzo dużo, chyba najwięcej ile widziałam w swoim wówczas krótkim życiu. Mieszkaliśmy w bloku, mieliśmy balkon. W pewnym momencie spojrzałam na ten balkon i się przeraziłam. Mój mały móżdżek ubzdurał sobie, że balkon nie jest w stanie utrzymać takiej dużej ilości śniegu. W mojej głowie zaczął się szybko rysować scenariusz walącego się balkonu wraz z kawałkiem mieszkania pod ciężarem śniegu. Wymyśliłam, że przeniosę śnieg do wanny i tam on się rozpuści. Nie znalazłam żadnego wiaderka, więc pod presją czasu (śnieg nadal mocno padał, dodając ciężaru balkonowi) zaczęłam swoimi rączkami przenosić ten nieszczęsny, biały śnieg.
Szybko się zmęczyłam, a odmarznięte ręce zaczęły boleć. Rodzice zastali mnie płaczącą nad wanną ze śniegiem. Wydukałam tylko: „Bałam się, że balkon runie w dóóół...”. :D

#UYhOj

Ubieram się dość alternatywnie. Czasem moje stylizacje są mroczne, czasem przesadnie dziewczęce, czasem wszystko naraz. Jestem również wierząca, co niedzielę chodzę do kościoła, jako jedyna z rodziny zresztą. Na msze ubieram się normalnie, bo rozumiem, że mój codzienny ubiór może budzić kontrowersje. Najczęściej zakładam jeansy lub jakąś prostszą sukienkę, całkowicie rezygnuję z makijażu i biżuterii, mam też kilka ubrań, które noszę tylko do kościoła.

W zeszłym roku, gdy zdałam już ustne matury, a pisemne poszły mi na tyle dobrze, że byłam pewna, że zdam, postanowiłam to jakoś uczcić. Od dawna marzyły mi się kolorowe włosy, więc przefarbowałam się na dość intensywny błękit. W następną niedzielę, szykując się do kościoła, obawiałam się reakcji ludzi, ale trudno, kolorowymi włosami przecież nie grzeszę. Nawet związałam je w ciasny warkocz, żeby zbyt nimi nie epatować. Myślałam, że byłam gotowa na wszystko, jednak tego, co mnie spotkało, zupełnie się nie spodziewałam.

Podczas mszy chciałam przyjąć komunię świętą, jednak gdy nadeszła moja kolej, ksiądz zabrał rękę i zaczął się wydzierać. Stwierdził, że takiego czegoś jak ja nie powinno się nawet wpuszczać do kościoła, ale postanowił mi już zrobić tę łaskę, jednak to, że żądam sakramentu, to już kpina. Zaczął dywagować na temat mojej moralności, na koniec zwyzywał mnie od satanistek i feministek (?!). Wszyscy się na mnie patrzyli, a ja po prostu wyszłam. Nie zrezygnowałam jednak ani z Boga, ani z chodzenia do kościoła. Religia jest dla mnie bardzo ważna, nie miałam zamiaru jej porzucać tylko dlatego, że spotkałam księdza idiotę. W następną niedzielę poszłam do sąsiedniej parafii, tamtejszy ksiądz uczył mnie religii w gimnazjum, więc wiedziałam, że jest fajny. Po mszy na wszelki wypadek poszłam do zakrystii spytać go o zdanie. Gdy mu powiedziałam, co mnie spotkało tydzień wcześniej, złapał się za głowę. Dla niego to nie był żaden problem.

Dziś nie mam już niebieskich włosów, a jedynie czerwone ombre, jednak do tej pory uczęszczam do innej parafii. W święta moja rodzina jeździ ze mną. Wolę przejść te trzy kilometry lub podjechać autobusem niż mieć do czynienia z księdzem, który sam naszej wiary nie rozumie.

#x58Lf

Każdy się pewnie zetknął z historią rodzin, gdzie jest masa dzieci, rodzice nie pracują, a kaska leci od państwa szerokim strumieniem.

Mam koleżankę. Znamy się od dawna. Dziewczyna mało pracowała, głównie przez kolejne wpadki. Samotna matka kilkorga dzieci, niepracująca. Obecnie dostaje 800+ na wszystkie dzieci, dodatki dla samotnej matki, ciuchy i zabawki oraz dofinansowania. W tym roku otrzyma mieszkanie od miasta (oczywiście za darmo).
Po każdym spotkaniu wracam do swojego wynajmowanego z narzeczonym i jego kolegą mieszkania. Pieniądze za wynajem byśmy woleli przeznaczyć na kredyt, ale nie mamy wkładu własnego. Chcemy dziecka, ale boimy się, za co je utrzymamy (no i co to za dom w wynajmowanym na spółę mieszkaniu?).

Gdzie popełniliśmy błąd? Oboje pracujemy i zarabiamy powyżej najniższej krajowej. Tak więc z racji naszej „zaradności” figa nam się należy. Jestem sfrustrowana.

#VOWYn

Dość często jeżdżę ze średniej miejscowości do innej średniej miejscowości, zwykle z tym samym kierowcą. Owym kierowcą jest w każdej sytuacji uprzejma i opanowana pani o beznamiętnym wyrazie twarzy i równie beznamiętnym głosie.

Ostatnim razem, gdy wracałem do domu, w połowie drogi jakiś idiota, wyprzedzając, wyjechał nam na czołowe. Pani kierowca odbiła w prawo, minęliśmy się o włos. Jednak przez ten manewr podskoczyliśmy na wyboju, coś zagrzechotało i po chwili zaczęło dziwnie świszczeć. Kierowca jak gdyby nic się nie wydarzyło, jechała dalej i zatrzymała się dopiero na najbliższym przystanku, zgasiła silnik, bez słowa wyszła z auta i otworzyła maskę. Oględziny zajęły jej tylko chwilkę, po czym wróciła do busa i zbierając rękawice, szmatę i jakieś narzędzia poinformowała nas, że: „Opóźnienie wyniesie nie więcej jak kilka minut, bardzo przepraszam za niedogodności”. Po czym zajęła się naprawą.

Po jakiejś półtorej minuty jeden ze starszych pasażerów zapytał, ile to jeszcze potrwa. Usłyszeliśmy wypowiedziane grobowym głosem, enigmatyczne: „Dziewięćdziesiąt sekund”. Za moment: „Sześćdziesiąt”, po chwili: „Trzydzieści”. Słuchałem dalej, spoglądając na zegarek. „Dwadzieścia” – zatrzasnęła maskę. Już nic nie mówiąc, wsiadła do busa, odłożyła sprzęty na miejsce i zasiadła za kierownicą. Odpaliła auto jakieś trzy sekundy przed końcem wyznaczonego przez siebie czasu.

Na przystanek końcowy rzeczywiście dojechaliśmy ze spóźnieniem nieprzekraczającym 5 minut.

Chyba się wtedy zauroczyłem. Od tamtej pory jeżdżę tą trasą dwa razy częściej i zawsze z nią. Mam tylko szczerą nadzieję, że tego nie zauważyła. Właściwie to nawet gdyby zauważyła, to pewnie nie dałoby się tego po niej poznać.

#DMJFd

Pewien koleś w bloku na 6 piętrze wychodził na klatkę jarać i wyrzucał pety przez okno. Zwracanie uwagi nic nie dawało, oczywiście otwarte okno, sąsiedzi + monitoring na klatce to nic w porównaniu z jego: „To nie ja”.

Znajomy wychodził z kilkumiesięczną córką w foteliko-nosidełku do samochodu. Nagle córka zaczęła mocno płakać. Dopiero jak zapinał ją pasami, poczuł smród i zobaczył, że mała ma peta za kołnierzem. Koleś tak niefortunnie wyrzucił peta, że wleciał dziecku za kołnierz, wypalając kark. Znajomy tylko zobaczył, które okno było otwarte (jedyne zresztą) i od razu do szpitala. Co się dokładnie działo z córką nie wiem, bo brat mi to opowiadał kilka lat później, na pewno ma znamię.

Co do kolesia, to dobrze, że znajomy poszedł do niego z moim bratem, który jest oazą spokoju, gdyż koleś po pierwszym: „Nie wiem, o co chodzi, to na pewno nie ja” miał złamany nos. Potem dostał alternatywę: albo policja, albo odwet. Koleś wybrał, że zgaszą całą paczkę na jego twarzy (bo wiedział, że jest monitoring, zresztą nie raz go sąsiedzi zgłaszali), ale po trzecim wymiękł. I tak ma dożywotnią karę w postaci blizn na twarzy. Oczywiście dodatkowo miał sprawę na policji, ale dokładnie nie pamiętam, co dostał.

P.S. Przed „główną” akcją znajomy zabezpieczył się w postaci filmiku, gdzie koleś oświadczył, że jest winny tego i tego i poddaje się dobrowolnie karze gaszenia petów na twarzy, dlatego tamten nic mu nie mógł zrobić, a i sprawa szybko przebiegła.

#tPzBw

Mam znajomą. Nazwijmy ją Paula. Paula ma 23 lata i jest bardzo ładną dziewczyną, co mocno wykorzystuje. W jaki sposób? „Poluje” na kilku aplikacjach randkowych na panów, którzy będą za nią płacić. Za wyjazdy, wycieczki, drogie hotele i kolacje. Nie ma tu znaczenia to, czy pan jest programistą, pracownikiem stacji benzynowej czy nauczycielem. Dopóki chętnie sięga do portfela, to taki „związek” trwa. Paula udaje bowiem, że szuka związku, jest zaangażowana, miła i się stara. Nie przyznaje się do tego, że chodzi jej przede wszystkim o te kolacje, hotele, SPA i wyjazdy. Oczywiście pan musi mieć samochód, bo przecież ona pociągiem czy autobusem nie pojedzie.

Jej ostatni „związek” skończył się, gdy pojawiły się problemy finansowe. Pan, z którym się spotykała, powiedział jej wprost, że nie bardzo ma teraz pieniądze i żeby ograniczyli liczbę wyjść. Jej reakcja? Oświadczyła mu, że ona nie jest emerytką, by siedzieć w domu i zakończyła znajomość.

Takie „związki” miała na razie trzy. Tłumaczę jej, że to, co robi, jest mocno nie fair, że ci panowie się angażują, że liczą na szczerą relację i równie szczere zaangażowanie. Nie dociera to do niej. Moje uwagi najczęściej kwituje słowami: „Jak chcą panią, to niech płacą na nią”. Pewnie zakończę z nią znajomość, bo to, jak traktuje tych mężczyzn, sprawia, że tracę do niej sympatię i szacunek.

Tak, musiałam gdzieś wyrzucić swoją frustrację.

#XcD5F

Jak miałam 10 lat, to często wałęsałam się po podwórku z moją przyjaciółką, Zosią. Mieszkałyśmy na Śląsku. Była tam zamknięta fabryka, a z fabryki wychodziła taka szeroka rura, która ciągnęła się przez dobre kilkadziesiąt metrów. Łatwo było na nią wejść i z niej zejść, bo nie było wysoko, ale jeden jej odcinek prowadził nad (na oko) pięciometrową „przepaścią”. 
Jedną z zabaw było przełażenie od początku tej rury do jej końca (nieraz zbierając ochrzan od osób, które nas widziały). No i sobie pewnego dnia przechodziłyśmy, rura szeroka, spaść trudno, idziemy nad „przepaścią”, a tu nagle Zośka odwraca się i skacze. Upadła jakoś dziwnie, z dołu woła o pomoc. No więc poleciałam na pomoc. Skacząc zaraz za nią...

W ten sposób obie zdobyłyśmy nasze pierwsze złamania. Ale warto było. Dlaczego? Bo Zosia skoczyła, kiedy z góry wypatrzyła pięć złotych leżące na ziemi. Miałyśmy za to dwie paczki czipsów, dwie puszki coli i szacunek na dzielni.

#H8izt

Niedawno obcięłam ponad 40 cm włosów, które sprzedałam. Większość znajomych tłumaczyła mi, że nie wypada ich sprzedać, że powinnam za darmo oddać na fundację, bo tyle kobiet traci włosy przez chorobę i marzy o peruce. Usłyszałam też, że takie zachowanie jest samolubne. Kuzynka powiedziała mi nawet, że to zahacza o zarabianie na cudzej krzywdzie, bo jak mogę brać pieniądze za coś, co po prostu dostałam od losu, gdy inni tego nie mogą mieć. Ale wiecie co? Ja tych włosów nie dostałam od losu. Codziennie rano i wieczorem musiałam je rozczesać, ułożyć, myć trzy razy w tygodniu, suszyć, kupować szampony, oleje, odżywki… Jeśli czas spędzony na pielęgnacji tak długich włosów przeliczymy na godziny pracy, to pieniądze, które otrzymałam, nie zwrócą mi nawet trzech miesięcy opieki nad nimi. A ja robiłam to przez wiele lat.
Ciekawe jest też to, że tylko kobiety miały z tym problem, mężczyźni stawali po mojej stronie.

#wBwiF

Moja mama ma obsesję na punkcie frekwencji szkolnej. Oznacza to, że musi być ona 100%, bo inaczej wszyscy umrzemy. I to nie jest tak, że chodzę do szkoły, bo nie ma się mną kto zająć, babcia cały czas jest w domu, a ja mam już 16 lat i chyba dam sobie radę sama. Mimo to nawet gdy jestem chora, muszę iść do szkoły. W podstawówce miałam nudności, ale z polecenia mamy poszłam do szkoły. Zarzygałam inne dzieci podczas zabawy i przez dwa lata byłam dla wszystkich „zarażona”. Teraz jestem w liceum i muszę wagarować poza domem, gdy jestem chora, a potem podrabiać podpisy pod usprawiedliwieniami. Choruję rzadko, ale mam traumę po podstawówce i boję się panicznie choroby. Ze strachu łykam minimum dwie tabletki na odporność dziennie. Strach przed każdą wywiadówką czuję nie dlatego, że mam słabe oceny, ale dlatego, że mama może dowiedzieć się o moich chorobowych przekrętach.
Czy naprawdę nie mogę przeleżeć tydzień w domu?
Dodaj anonimowe wyznanie