Jak byłem mały, to chciałem sobie urządzić ucztę życia. Wziąłem najbardziej luksusowy widelec, nóż i łyżkę z jakichś tam szafek rodziców.
Co zjadłem? Świeczkę zapachową rodziców...
Ostatnio czekałam na wizytę u lekarza, przyszła też kobieta z mamą i synkiem na oko 6-letnim. Kolejka była długa, małemu zaczęło się nudzić, więc zaczął biegać po korytarzu, a że korytarz długi, to echo się roznosiło. Mnie osobiście to nie przeszkadzało, wiadomo, że dzieciakom w takich miejscach się nudzi, a nic złego nie robił. Ale jego matka wraz z babcią ciągle „uspokajały” go słowami w stylu: „Nie biegaj!”, „Chodź tu!”. Ciągle go strofowały. Mały na chwilę się uspokoił, ale zaraz znów zaczął biegać, choć starał się to robić trochę ciszej. Potem matka zaczęła go szarpać za ręce i coraz to głośniejszym tonem uspokajać. Mały trochę się wystraszył, zaczął po prostu sobie chodzić, ale matce nadal to nie pasowało. Zaczęła więc go straszyć: „Zaraz przyjdzie lekarz i da ci szczepionkę w dupę”, „Zaraz przyjdzie pielęgniarka i wbije ci igłę w tyłek”. Ostatecznie dała mu telefon, żeby mieć spokój, jakby nie można było inaczej dziecku wytłumaczyć oprócz krzyku i gróźb.
Tak się składa, że mam tę kobietę w znajomych na fejsie. Dziś dodała zdjęcie z rodzinnej sesji z opisem, jaka to jest szczęśliwa, posiadając takie wspaniałe dziecko.
Wychowuję się w bardzo nadopiekuńczej rodzinie. Mam piętnaście lat i rodzice oraz babcia, z którą mieszkamy, ingerują w każdy mój krok. Ale do rzeczy.
Przeglądałem sobie kiedyś anonimowe na telefonie i nie wiem kiedy, ale babcia zajrzała mi przez ramię i zobaczyła nazwę strony. Nie wiedziałem o tym, dopóki moi rodzice nie zaczęli ze mną rozmowy o moich problemach emocjonalnych. Myślę sobie, o co chodzi. Okazało się, że babcia widząc nazwę "anonimowe", stwierdziła, że to jakaś strona dla osób z problemami albo nawet dla przyszłych samobójców i przerażona poszła na skargę do rodziców.
Wytłumaczyłem im, na czym polega idea tej strony. Nie byli do końca przekonani i kazali pokazać te całe anonimowe. No i pokazałem.
Pierwsze wyznanie, jakie przeczytali, dodała jakaś dziewczyna z depresją i myślami samobójczymi.
I tak skończyłem z tygodniowym szlabanem na komputer, internet i w ogóle cokolwiek, z czego mógłbym czerpać wiedzę na temat tego, jak się zabić. Dodatkowo moja mama usilnie namawia mnie na wyznanie jej moich problemów i wizytę u psychologa.
Pamiętacie wyznanie o pół-Japończyku, który nie ma zbyt wielkiego szczęścia do ludzi (#B4bXU)? To znowu ja! Wyznanie dodałem nie zakładając konta, dlatego chcę podziękować Wam wszystkim za ciepłe słowa właśnie tutaj. Dziękuję! Jednocześnie chcę przeprosić fanów mang i anime - nie chciałem, żeby to wyglądało, jakbym oceniał Was na podstawie Waszych zainteresowań. Wierzę, że istnieją mili ludzie wśród otaku.
Oprócz tego, pragnę podzielić się z Wami kolejną opowiastką.
Postanowiłem posłuchać Waszych rad i dałem ludziom kolejną szansę. Otworzyłem się, poznałem kilka osób. Jedna z nich (nazwijmy ją Anna) była mną aż za bardzo zainteresowana, ale wyjaśniłem jej moją sytuację i od tamtej pory stała się wyrozumiałą, bardzo miłą osobą. Nie powiem, niezwykle mnie to ucieszyło. Po pewnym czasie spotkaliśmy się w moim domu, żeby pogadać, pograć... No, ogólnie porobić rzeczy, które robią ze sobą koledzy. Wszystko szło pięknie!
W pewnej chwili poszedłem za potrzebą do toalety. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Anka wparowała jak oparzona do mojej świątyni dumania i po złapaniu oddechu krzyknęła "czyli jednak nie jest taki mały jak u Japończyków!". Wielu dziwnych ludzi w życiu spotkałem, ale ona przeszła ich wszystkich razem wziętych. Oczywiście, ciekawska dziewczyna została zbesztana i zapisana na mojej czarnej liście, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że kontakty zerwała ze mną sama. Jak sama to ujęła "co chciała wiedzieć, to już wie".
Nie martwcie się jednak! Anką się nie przejmuję, właściwie to śmieję się z zaistniałej sytuacji. Poznałem też innych ludzi (głównie przez internet), którzy są naprawdę w porządku i mam nadzieję, że się na nich nie zawiodę (:
Mam 21 lat.
Pamiętam, że jak miałam 13 lat, dowiedziałam się na czym polega masturbowanie się.
Zaczęłam o tym rozmyślać i doszłam do wniosku, że moja mama, jako że była samotną matką, też musiała się zaspokajać w ten sposób w nocy.
A rano wstając z łóżka nie myła rąk, tylko od razu robiła nam śniadanie.
Tak mnie to obrzydziło i utkwiło w pamięci, że od tamtej pory wszystkie śniadania i kolacje robiłam sobie sama...
#j7ulv
Zawsze jak oglądam nowy odcinek TWD mam nadzieję, że żyjesz i też to robisz w tym czasie.
Wiecie, czego najbardziej nienawidzę? Jak własny ojciec wypiera się płacenia na swoje dzieci.
Człowiek, który mnie spłodził miał zasądzone 200 złotych alimentów, których zazwyczaj nie płacił. Mój bilet miesięczny do szkoły kosztował ponad 300, do tego dwoje młodszego rodzeństwa... I mama, która tyrała od świtu do nocy za psie pieniądze, żebyśmy mieli co do garnka włożyć. Nie zawsze się udawało... czasem moczyliśmy stary chleb w wodzie i delektowaliśmy się tym jak najpyszniejszym daniem na świecie. Czasem pomogła babcia - ze strony ojca, bo mama była wychowywana w Domu Dziecka. On tymczasem mieszkał 2 domy dalej. Utrzymywał kolejne kochanki i ich dzieci. Co dwa lata zmieniał samochód. I przy ludziach próbował zgrywać cudownego ojca.
Pamiętam jak dziś, jak dał mi 70 złotych na święta. To było jakieś 15 lat temu, więc kwota niebagatelna, można było za to zrobić porządne zakupy... Kupiłam produkty pierwszej potrzeby i cztery drożdżówki, dużo pieniążków jeszcze zostało. Wychodząc ze sklepu spotkałam ojca, zajrzał mi w reklamówki i zaczął gonić mnie z kijem... bo to miało być tylko dla mnie, jako dla pierworodnej... Po jakimś czasie wyprowadziliśmy się ze wsi, bo było coraz gorzej z pracą i naprawdę nie mieliśmy za co żyć. Pomogła nam jakaś mamy koleżanka z sezonówki, pożyczyła pieniądze na wynajem mieszkania, potem wszystko jakoś poszło.
Mama poznała innego mężczyznę i tak sobie żyją do dziś. Ja jestem już dorosłą kobietą, moje rodzeństwo też. Kilka lat temu wyjechałam do Niemiec, tu poznałam mojego męża, był polskim pośrednikiem w agencji pracy, do której przyszłam. Tu urodziłam dziecko. Po wielu rozmowach z mężem doszłam do wniosku, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam napisać do ojca list. Opisałam w nim wszystko - jak się czułam, kiedy udawał, że nie poznaje mnie na ulicy, jak przy kolegach zgrywał idealnego ojca, napisałam, że go potrzebowałam, że tęskniłam, że wybaczam, że ułożyłam sobie życie i że chciałabym się z nim spotkać, żeby poznał swojego wnuka. To było w lipcu, w dniu, w którym mój syn skończył roczek...
Odpowiedź dostałam w grudniu, pięknie zapakowaną kartkę z wizerunkiem Mikołaja... Serce biło jak oszalałe, kiedy ją otwierałam... A tam jedno zdanie: "Pocałuj mnie w dupę".
Aha...
Nie mogę znieść dźwięków, jakie wydaje z siebie mój chłopak podczas orgazmu.
Uwielbiam dominujących, stanowczych mężczyzn, jednak mój chłopak znacznie odbiega od tego opisu. Nie byłoby to problemem, łóżko nie jest dla mnie najważniejszym wyznacznikiem relacji, niemniej powoli ogarnia mnie frustracja. Nie dość, że on ma dużo kompleksów i mimo całej mojej czułości ma tendencję do nadmiernego przejmowania się tym, jak mu idzie w łóżku, co paradoksalnie odbiera całą frajdę, to jeszcze gdy dochodzi, wydaje z siebie wysokie, kobiece jęki, takie podszyte uległością i/lub rozkoszą płynącą z bólu. Mam awersję do uległych mężczyzn, po prostu niezależnie od mojej woli odrzuca mnie to (on o tym wie, chyba tylko nie zdaje sobie sprawy, jak ja odbieram jego dźwięki). To wszystko sprawia, że ciężko mi spojrzeć na niego poważnie i powoli tracę zainteresowanie seksem z nim, bo wiem, że znów będzie krzyczał jak niewinna panienka. To nie jest oczywiście cały obraz tego problemu, bo nie sposób krótko to ująć, dochodzi do tego wiele innych aspektów.
Zanim zaczniecie w komentarzach krzyczeć, że muszę z nim porozmawiać, to zastanówcie się, czy wam byłoby łatwo powiedzieć ukochanej osobie, że jej jęki was obrzydzają. Jeśli macie coś takiego za sobą - poproszę o rady. W gruncie rzeczy chciałam się tylko pożalić, nim wymyślę jak to rozwiązać, bo zależy mi na nim, na udanym seksie i dobrym samopoczuciu nas obojga. Nie chciałabym rezygnować ze świetnej relacji przez małe problemy.
Moja mama nie bada się regularnie, leki (jeśli uznaje, że są absolutnie niezbędne) kupuje w aptece bez recepty albo parzy sobie jakieś zioła i herbaty, polegając na "wiedzy" koleżanek w tej dziedzinie. Zawsze starała się leczyć mnie domowymi sposobami i jak ognia unikać służby zdrowia. No właśnie...
Ja sama nie zdawałam sobie sprawy, że dobrym pomysłem byłoby sprawdzanie, czy ze mną wszystko w porządku, aż zaczęły się moje dolegliwości. Bardzo bolesne miesiączki, bóle w stawach, prawie nieustający ból głowy i czasami bolesne kłucie w klatce piersiowej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre z nich są dość powszechne, ale przez to, że nie wiem jakie jest ich źródło, boję się o swoje zdrowie. Czasem myślę, czy moje bóle w klatce piersiowej to nie jakiś zwiastun rozwijającej się groźnej choroby. Zaczęło się w wieku około 13 lat, a przynajmniej od tego czasu pamiętam takie objawy. Mama nie chce mnie zapisywać na wizyty u specjalistów, tylko zachęca do picia jakiejś specjalnej suszonej rośliny, którą poleciła jej sąsiadka. Cudem udało mi się ją po dwóch latach cierpienia z bólu przy każdym okresie namówić na wizytę u ginekologa ("Do ginekologa nie musisz teraz chodzić, pójdziesz jak będziesz w ciąży. Teraz na co ci to? Żeby ci grzebał?"). Co i tak niewiele dało, bo lekarz polecił tabletki, które oczywiście odpadają i mama ich nie kupi.
Jestem na nią wściekła, najbardziej w tych momentach, gdy słyszę od niej "nie kupuj tych przeciwbólowych, to sama chemia, lepiej napij się herbaty z imbirem", kiedy skręcam się z bólu. Wiem, że ma trochę racji, ale jednocześnie myślę o tym, o ile moje życie byłoby łatwiejsze, gdybym wiedziała co jest przyczyną tych dolegliwości i jak im mogę zaradzić.
Do osiemnastki zostały mi dwa miesiące. Planuję zrobić sobie komplet badań, żeby wiedzieć, czy wszystko w porządku. Nie mam pojęcia jednak na co i gdzie powinnam się zapisać.
Pewnego słonecznego lata wraz z całą rodzinką wybrałam się na rejs ogromnym statkiem. Miałam może 4 lata i po obiedzie, pozostawiając moich rodziców przy stole, jakby nigdy nic sama wyruszyłam do naszego pokoju. Prawdopodobnie nikt przez godzinę nie zauważył, że zniknęłam... Kiedy wreszcie rodzice dostrzegli moją nieobecność, nerwowo zaczęli mnie szukać. Sam fakt bycia samej na statku 4-latki jest straszny, a co dopiero takiej, która zawsze ma głupie pomysły.
Cała załoga rozpoczęła poszukiwanie, kiedy po 2 godzinach dalej nic się nie zmieniło pojawiła się obawa, że być może wypadłam za burtę i już nigdy mnie nie zobaczą. Mama cała we łzach ponownie udała się do pokoju, gdzie jak się domyślacie również mnie nie zastała. Nagle usłyszała w pokoiku obok krzyk sprzątaczki... Jak się okazało, jedna z pań zamknęła mnie w kantorku kluczami, a nieświadoma koleżanka odkryła potwora, który zachłannie pożerał rolki papieru toaletowego. Mina mojej mamy podobno była bezcenna :D
Dodaj anonimowe wyznanie