Banki krwi alarmują, że potrzebują dawców krwi. Pielęgniarki, które tam pracują, są chyba najbardziej nieogarnięte ze wszystkich pracujących w zawodach medycznych.
Ja wiem, że jestem roztrzepany i czasem nie kontaktuję, ale pierwszy raz jak byłem na oddawaniu krwi, to zapytałem czterech pielęgniarek, które przyjmowały, czy dentysta dwa dni wcześniej to nie problem. Wszystkie odpowiedziały tak samo – żaden problem. Podchodzę do lekarki, ona patrzy w kartę i mówi, że byłem u dentysty dwa dni temu i że nic tu po mnie.
Sytuacja z dziś. Moje nieogarnięcie tu się wykaże, bo zapomniałem dowodu osobistego. Mam zdjęcie, dokumenty wypełniam zawsze z telefonem, ale jak oddałem papiery, to pielęgniarka powiedziała, że musi mieć kartonik, nie zdjęcie. Była 11:55. Powiedziałem, że mogę skoczyć do domu (mieszkam dwie minuty autem od szpitala), powiedziała, że nie ma sprawy, że zaczeka. Przyjechałem o 11:59. Wiedziałem, że rejestracja jest do 12:00, ale pielęgniarka powiedziała, że zaczeka, więc wróciłem. Wtedy ona powiedziała, że jest za późno i żebym przyszedł innym razem.
Powiem tyle – mało co potrafi tak zrazić do siebie, jak takie działanie. Jeśli prawie pół litra krwi leży na ulicy, to niech zbierają. Od teraz nie chcę mieć nic wspólnego z krakowskim oddziałem i jeżdżę bezpośrednio do Sącza.
Gdy byłam w młodszych klasach podstawówki (1-4, nie pamiętam, kiedy to było, bo minęło sporo czasu), przyniosłam pewnego dnia do szkoły piękny medalion – duży, przezroczysty, z fioletowym płynem w środku. Na przerwie stałam w holu i kręciłam tym medalionem, trzymając go za sznurek. Moja nauczycielka zabrała mi go – rozumiem, bo w tym holu było dużo innych dzieci i mogłam przez przypadek kogoś tym trafić i wyrządzić krzywdę. Pani powiedziała, że później odda to mojej mamie. Myślicie, że dotrzymała słowa? Mylicie się. Aktualnie jestem w drugiej klasie technikum, mieszkam od kilku lat w innym państwie, swojej własności nadal nie odzyskałam i wątpię, że kiedykolwiek odzyskam.
Do mojego byłego miejsca pracy musiałam dojeżdżać komunikacją miejską. Jako że miałam na szóstą rano, zimą było ciemno, kiedy ok. 5:30 wysiadałam jako jedna z niewielu osób na przystanku, aby zrobić krótki spacer do miejsca pracy. Przeważnie szłam dzikim skrótem, który prowadził do głównej ulicy przez jakby „łączkę” wydeptaną ścieżką, zamiast iść naokoło. I tak sobie szłam pewnego zimowego ranka i nagle za sobą usłyszałam kroki. Zwolniłam i nasłuchiwałam, kroki były wyraźne. Kto mógłby podążać za mną? I dlaczego akurat tędy? Odwróciłam się. Nie zobaczyłam nikogo. Szłam dalej i... znowu kroki. Zaczęłam panikować, przyspieszyłam i kroki za mną również. Zaczęłam biec, ten ktoś za mną również. Teraz byłam już nieźle obsrana, wydarłam się coś w stylu: „Wypierdalaj ode mnie!” i odwróciłam się... ale nikogo tam nie było.
Okazało się, że te „kroki”, które słyszałam, to był mój breloczek, który niedawno kupiłam i przypięłam do plecaka...
Umówiłem się z koleżanką na spacer, to była taka namiastka pierwszej randki. Mieszkamy niedaleko siebie, więc zaproponowałem, że potowarzyszę jej podczas wyprowadzania psa.
W pewnym momencie piesek przykucnął za potrzebą, a Julka z uśmiechem na twarzy podała mi magiczny woreczek na psie odchody. Patrzyłem na nią zdziwiony, ale szybko mi wyjaśniła, że „to test numer jeden, bo ona nie będzie spotykać się z facetem, który brzydzi się zebrać kupę jej słodkiego królewicza”.
Cóż mogłem zrobić, zebrałem to złoto. Czego się nie robi dla miłości...
Historia z wczoraj. Późny wieczór, siedzimy z kumplem przed telewizorem, zajadamy się chipsami i oglądamy mecz. Dzwoni telefon. Moja panna. Krzyczy spanikowana: „Błagam, przyjedź! Tak bardzo się boję!”. Pytam ją, co się stało, ale ona tylko szlocha i krzyczy, że bardzo się boi i muszę przyjechać jak najszybciej.
Wybiegam zdenerwowany, wskakuję do auta i pędzę do niej przez pół miasta. Potykam się o schody, zdzieram sobie łokieć, ale w końcu docieram na miejsce. Chcę już wyważać drzwi, ale na szczęście są otwarte. Moja dziewczyna siedzi skulona na łóżku. Pytam, o co tu chodzi, a wtedy ona wskazuje mi palcem chodzącego po ścianie pająka.
„Zabierz go! Jest taki wielki i obrzydliwy! Przecież wiesz, jak bardzo się boję pająków!”
No to biorę tego małego czorta w ręce i wystawiam na parapet za oknem. A moja dziewczyna oddycha z ulgą i nazywa mnie swoim bohaterem.
Już nawet nie żałuję, że przegapiłem drugą połowę. Czego to człowiek nie zrobi dla tej małej ciamajdy...
Bardzo odpowiadała mi oferta pewnego letniego obozu młodzieżowego. Mnóstwo atrakcji w przystępnej cenie. Pojechałam, były to jedne z najlepszych wakacji w moim życiu. Co w tym takiego anonimowego? Miałam 27 lat! Nikt nie obczaił mojego przekrętu (rezerwowałam przez internety, jako osobę zgłaszającą podałam faktycznie siebie, a dane uczestnika zmyśliłam – wystarczyło zmienić pesel i pierwsze imię).
Pisali gdzieś, że agenci podają swój wiek maksymalnie zmieniony o 7 lat, żeby byli w miarę wiarygodni. Przebiłam ich... Byłam 17-latką. :D
Mam nadwagę i doskonale sobie z tego zdaję sprawę. Zawsze miałam skłonności do tycia, ale jeśli uważałam na to, co jadłam i parę razy w tygodniu robiłam jakieś ćwiczenia, to nie najgorzej wyglądałam. Niestety zmieniło się to w ciąży. Pojawiły się kłopoty zdrowotne, zaczęłam przyjmować tabletki, również hormonalne, ostatni miesiąc ciąży leżałam w szpitalu. Po porodzie kłopoty się pogorszyły, do tego doszła depresja poporodowa. Na szczęście po dwóch latach zaczęło się polepszać, ale figura zupełnie odbiega od ideału. No ale nie ma co się użalać nad sobą, tylko wcinać sałatki, jogurty z pestkami dyni i cukinię na parze. I tak już pół roku. Gdybym była zdrowa, pewnie już bym wyglądała dobrze, ale że nie jestem, to udało się tylko kilka kilo zrzucić – ale to i tak na tyle, że większość garderoby już za duża.
Wróciłam w skowronkach z zakupów, bo fatałaszki rozmiar (a nawet dwa) mniejsze!
Pochwaliłam się współlokatorce swoim małym zwycięstwem (chociaż czy takie małe? Żona marynarza z niemowlęciem, praca dyplomowa się pisze, przyjmuję zlecenia, żeby CV wypełnić, a jednak wstaję o piątej, żeby ćwiczyć). Ona tylko krzywo na mnie spojrzała i mruknęła, że ona różnicy nie widzi. No cóż, zrobiło mi się przykro, ale wiem, że jeszcze długa droga przede mną.
Kilka dni później nie zdążyłam sobie przygotować prowiantu na zajęcia, więc musiałam coś kupić w bufecie. Wzięłam najmniej niezdrową rzecz, czyli pitny jogurt owocowy. Na korytarzu spotykam kolegę, który z pogardą oznajmia, że nic dziwnego, że wyglądam, jak wyglądam, skoro tyle cukru wsuwam. Znowu zrobiło mi się przykro, ale lepiej być grubaskiem niż chamem.
Dziś na obiedzie u babci dzielnie, choć grzecznie, odpierałam żywieniowy napad. Przyszedł wujek i się zaczęła lawina komentarzy, że przecież wyraźnie widać, że mi serniczek niepotrzebny, a czemu to na fitnessy nie chodzę, wyraźnie są mi potrzebne, że dobrze, że kuzynka dopiero na jesień bierze ślub, bo przynajmniej będę spokojnie mogła zakrywającą sukienkę założyć. No tak, tak...
W samochodzie tak się poryczałam, że prawie z dzieckiem bym wypadek miała. W domu zamknęłam się w łazience i walczyłam znów z czarnymi myślami – dziecko mnie zniszczyło, mąż na pewno zostawi takiego nieudacznika i grubasa, czy kiedykolwiek spojrzę na siebie bez obrzydzenia? A potem dałam sobie sama z liścia i się ogarnęłam.
Nadwagi nie można tłumaczyć genami i chorobą. Nie można też się spodziewać, że zniknie z dnia na dzień czy w tydzień. Natomiast można się wykazać odrobiną wyrozumiałości wobec innych lub chociaż wstrzymać się od nieprzyjemnych, zbędnych komentarzy. Słowa naprawdę potrafią ranić.
Kiedyś spodobał mi się pewien facet. Ja jemu chyba też, zaiskrzyło, zaczęliśmy pisać SMS-y, dzwonić do siebie, aż w końcu zaproponował spotkanie. Na dzień przed nim, przed trzecią w nocy, zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka. Przyśniło jej się, że ów facet mnie zgwałcił. Prosiła, żebym nie szła na to spotkanie. Ale ja się uparłam i wieczorem poszłam.
Wszystko było fantastycznie, zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. Kiedy zostaliśmy sami na pustej ulicy, zaczął się do mnie dobierać. Zaprotestowałam i wtedy wyjął nóż...
Moja przyjaciółka zapakowała swojego chłopaka w auto i pojechała mnie szukać. Wiedziała, gdzie będziemy i mogła się domyślać, którą drogą będziemy wracać. Zdążyli w ostatniej chwili.
No, nie do końca. Do końca to ja będę mieć bliznę na twarzy od noża mojego oprawcy. Zgwałcić mnie mu się nie udało, ale pokaleczyć już tak. Nadal słyszę, jak mówi: „Jeśli nie możesz być moja, to będziesz niczyja”...
Moi rodzice byli biedni. W domu praktycznie nigdy nie było wody, prądu i jedzenia. Za to była dwójka dzieci i schorowana ciotka. Wszystko zaczęło się od tego, że rodzice ulegli presji otoczenia i wzięli ślub, miesiąc później matka zaszła w ciążę i jej skromna praca w sklepie skończyła się (tzn. szefowa uznała, że ona kogoś takiego nie potrzebuje). Wtedy jeszcze pracował tata, więc wszystko było OK. Niestety później ciotka zachorowała i nikt nie chciał się nią zająć, a matka, zbyt dobrotliwa, nie miała serca jej zostawiać. I życie jakoś toczyło się dalej – mama zajmowała się ciocią, była w drugiej ciąży, a tata pracował i dzielnie zajmował się domem. Potem miał wypadek i jego kariera również się zakończyła, a kolejna praca nie przynosiła już takich zysków. Od tamtej pory była już tylko bieda – wieczny brak wody, prądu, brud, smród i głód. Ale nie. Nie to wspominam najgorzej. Najgorsza była pomoc, bo w pewnym momencie mama zaczęła się zwracać z prośbami do różnych organizacji, a oni urządzali zbiórki. Raz nawet niestety znaleźliśmy się w telewizji.
1. Ubrania. Dostaliśmy mnóstwo ubrań. Fajnie, nie? Nie. Bo były poniszczone, dziurawe, niczym nie różniły się od tego, co już mieliśmy.
2. Sprzęty. Nie mieliśmy wody i prądu, a jednak co jakiś czas zdarzały się „ekskluzywne” prezenty – drogie lodówki, telewizory itd. Wszystkie te rzeczy były sprzedawane przez ojca, a pieniądze szły na jedzenie, rachunki i czasami na rzeczy, dzięki którym mogliśmy chociaż poudawać zwykłą rodzinę (np. chodziliśmy do kina). I co? Oczywiście było dużo wydzierania się ze strony tych wszystkich pomocników, wolontariuszy czy jak im tam, bo przecież oni się tak napracowali, przecież tyle kasy wydali, a my to bezczelnie sprzedajemy!
3. Telewizja. Po prostu wyobraźcie sobie brudną dziewczynę, która dojrzewa i którą wszyscy traktują jak zwierzątko do oglądania. Nie można było się uśmiechnąć, chyba że uśmiech był przez łzy. Trzeba było być ciągle smutnym, zamyślonym i gadać o strachu.
Teraz ja i brat jesteśmy dorośli. Mamy dobre prace, pomagamy rodzicom i jesteśmy szczęśliwi. I nie mamy problemów z wydawaniem pieniędzy na głupoty. Ale ja mam jeden problem – nie potrafię normalnie spojrzeć na wszelkie zbiórki czy akcje wspierające biedne rodziny. Zawsze robi mi się słabo, gdy o nich słyszę.
Udzielam korepetycji z matematyki. Na początku roku szkolnego dostałam telefon od Pani Pedagog. Szukała korepetycji dla syna, Maciusia. Zgodnie z tym, co mówiła, Maciuś pomimo regularnych korepetycji i tak co semestr miał zagrożenie. Postanowiła zatem poszukać pomocy u mnie. Niejeden ciężki przypadek wyciągnęłam na prostą, zatem nie spodziewałam się wyzwania. Niesłusznie…
Na koniec każdych zajęć daję uczniowi zadanie domowe – w ramach utrwalenia materiału. Pani Pedagog stwierdziła, że jej syn nie będzie robił dodatkowych zadań. Bo nie. A to, że Maciuś ma same jedynki w szkole, to nie jego wina, tylko nauczycieli. Ona jest pedagogiem i wie, że to oni zawalili! Maciuś dostał jedynkę ze sprawdzianu, bo był w formie testu zamiast pytań otwartych. Logiczne. Maciuś nie potrafi matematyki (oraz fizyki, chemii, angielskiego, historii…), bo jest dyslektykiem. I wszyscy to powinni zrozumieć.
Pani Pedagog odwoływała korepetycje w dzień korepetycji. Maciuś ze złamaną nogą nie może przecież się uczyć. Gdy odwołała piąte korepetycje z rzędu, wkurzyłam się – powiedziałam, że rezygnuję. Pani Pedagog zadzwoniła do mnie z pretensją, że ona ma grypę i powinnam ją zrozumieć, a w ogóle to przeze mnie musi szukać nowego korepetytora.
Chłopak nie był głupi, po prostu wykorzystywał fakt, że mama obchodzi się z nim jak z jajkiem – nie musiał się uczyć, to tego nie robił. Zastanawia mnie, czy test ósmoklasisty mama też napisze za niego. Przecież Maciuś jest dyslektykiem – powinniśmy to zrozumieć…
Dodaj anonimowe wyznanie