Podczas zielonej szkoły w podstawówce (miałem jakieś 9 lat) przebudziłem się, bo ktoś ściągnął ze mnie kołdrę.
Ale zaraz zaraz, coś sie nie zgadzało, zupełnie inny układ łóżek i pokój wyglądał całkiem inaczej.
Jak sie okazało wylądowałem przez sen w drugiej części ośrodka, w łóżku z koleżanką z klasy.
Gdy sie zorientowałem co sie dzieje wróciłem do swojego pokoju i poszedłem dalej spać.
Do dziś nikt o tym nie wie.
Wiecie, jak łatwo można z lubianej dziewczynki stać się ofiarą szkolną w podstawówce? Jeśli nie, to zapraszam do czytania.
Było to w 2 klasie podstawówki. Jednego dnia kończyłam zajęcia i byłam lubiana, dzieci się ze mną bawiły, lubiłam chodzić do szkoły. Następnego dnia dzieci nie chciały się ze mną bawić. Twierdziły, że mam wszy i jestem śmierdząca. Były docinki, że drugie śniadanie pewnie sobie ze śmietnika wygrzebałam. Wrzucały mi przybory szkolne do śmietnika i śmiały się, jak je wyciągałam. Nikt nie chciał ze mną siedzieć czy się bawić, bo niby miałam ich czymś zarazić. Moje tłumaczenia nic nie dawały, twierdzili, że kłamię, bo mi wstyd za matkę, która po śmietnikach grzebie. Nigdy o tym nie powiedziałam nauczycielce (ponieważ jedno z dzieci, które mi dokuczało, było jej dzieckiem i ona doskonale widziała, jak mi dokucza, ale nic z tym nie robiła) ani rodzicom, bo nie chciałam, aby moja mama była smutna.
A skąd to wszystko się wzięło? Z nieporozumienia.
Mojej mamie podczas obierania ziemniaków ześlizgnęła się z palca obrączka. Niczego nieświadoma zawiązała worek ze śmieciami i wywaliła do kontenera przed blokiem. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że nie ma obrączki. Domyśliła się, kiedy mogła jej spaść, wiec poszła do kontenera, wyciągnęła worek na śmieci i znalazła obrączkę. Któreś dziecko (lub mądry inaczej rodzic) musiał to widzieć i stąd cała plotka.
Łatka śmieciary została mi do końca podstawówki. Liceum wybrałam sobie w innym mieście. Co prawda nikogo tam nie znałam, ale oni mnie też nie znali, więc reszta szkoły przeszła lepiej. Poznawałam przyjaciół i od tamtej pory już wszystko było dobrze.
Dziś miałam co najmniej dziwny sen.
Kojarzycie Władysława Sikorę – współtwórcę kabaretu Potem, twórcę Adin, generalnie kabareciarza z Zielonej Góry? Cóż, mój sen z nim był troszkę nieprzyzwoity. Ów pan, w słusznym wieku, bardzo się do mnie zalecał. Na dodatek mój obecny mąż stał w kącie pokoju i się temu przyglądał. Okazało się też, że moim teściem jest Mieczysław Gancarz – drugi twórca Potemów.
Ja wiem, że mamy z mężem ostatnio gorszy czas, pokłóciliśmy się nieco, ale nigdy nie miałam ciągot do panów po sześćdziesiątce. Cóż, kabaret Potem uwielbiam, ale żeby aż tak...
Ale trzeba przyznać, że z Władkiem było miło.
Mam 20 lat, do niedawna miałam chłopaka. Poznałam go na studiach, szybko złapaliśmy dobry kontakt i po jakimś czasie zostaliśmy parą. Nie ukrywam, było wspaniale, aż do tamtej nocy, kiedy został u mnie w mieszkaniu.
Atmosfera zrobiła się gorąca, ale wszystko prysło – pożądanie, euforia i zaufanie – w momencie, kiedy poprosiłam go o delikatność, bo jestem dziewicą. Szybko się odsunął, założył koszulkę, wstał i skierował się w stronę drzwi. Co usłyszałam na odchodne?
„Nie wyglądasz na taką, wiesz? Ale to bez znaczenia, nie chce mi się ciebie uczyć, jak powinnaś mnie zaspokoić. Cześć”.
Byłam w innych związkach, ale to nie było to, dopiero z nim poczułam te motylki w brzuchu, myślałam też, że się ucieszy, że może być pierwszy. Nie ucieszył, zerwał ze mną następnego dnia przez fejsa. Trudno, nie jest mi wcale żal, bo poznałam go takiego, jakim faktycznie był i wiem, co było dla niego najważniejsze. Ale przykro trochę jest.
Byłam ciekawskim, czasami nazbyt dojrzałym i chłonącym wiedzę dzieckiem, a przy tym, stety niestety, dosyć bezpośrednim. Warto też nadmienić, że jako jedynaczka miałam fantastyczny kontakt z tatą, który codziennie odbierał mnie z ukochanego przedszkola. Jako pięciolatka miałam poczucie, że nadszedł czas, aby poważnie zastanowić się nad swoją przyszłością. Odrzuciwszy marzenia o karierze modelki, strażaka, boksera i księdza, postanowiłam, iż moim powołaniem jest być ekologiem. Zapewne niebagatelny wpływ na moje plany miały prowadzone w wyżej wspomnianym przedszkolu lekcje o tym, dlaczego śmieci wrzucamy do kosza.
Pewnego dnia, w drodze do domu, mój tata jak zwykle jedną dłonią prowadził rower, a drugą, trzymającą papierosa, raz po raz podnosił do ust. Po krótkiej obserwacji wydobywającego się z papierosa dymu sklasyfikowałam tę małą śmierdzącą rzecz jako śmieć i cierpliwie czekałam, co też mój tata z nią zrobi. Po kilkunastu sekundach doczekałam się odpowiedzi: papieros poszybował prosto w trawę, a mój rodziciel, jak gdyby nigdy nic, gwiżdżąc, oddalał się z rowerem.
Oburzona, możliwie najgłośniej krzyknęłam na całe osiedle:
– Ojcze, zanieczyszczasz środowisko!
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś był tak czerwony i tak szybko biegł do kosza na śmieci, jak mój tata wtedy. Następnego dnia nie miał już ze sobą papierosa, dwa dni później także. Dopiero po paru latach dowiedziałam się, że wówczas 36-letni facet z dnia na dzień rzucił po 18 latach nałogowe palenie tylko dzięki temu, że upomniała go mała dziewczynka.
Czego się nie robi dla córki <3
Przypadkiem podsłuchałam rozmowę mojego chłopaka z jego najlepszym przyjacielem. „Dziś jest wielki dzień! – mówił. – Powiem jej wreszcie, że ją kocham!”. Nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam. Czekałam na tę chwilę od dawna i też bardzo chciałam mu powiedzieć, jak głębokim uczuciem go darzę. „No dobra – usłyszałam głos jego przyjaciela – ale co teraz zrobisz z Moniką?”.
Ja jestem Monika.
Zawsze chciałam mieć dzieci. Celowo piszę DZIECI, bo gdy urodziłam pierwsze, to natychmiast chciałam mieć drugie. Nie zraził mnie poród, zarwane noce, płacz, trudy wychowania. O drugie dziecko szybko się staraliśmy, gdy pierwsze miało rok, to już byłam w ciąży. Niestety tej ciąży nie donosiłam i się załamałam. Do tej pory nie pogodziłam się z tym, że straciłam dziecko. Początkowo po stracie przeżywałam żałobę, potem doszły zachęty ze strony lekarza, aby starać się dalej, bo przecież poronienia się zdarzają. Staraliśmy się kilka miesięcy, ale w końcu doszłam do wniosku, że lepiej mieć jedno zdrowe dziecko niż gonić za mrzonką. Gdy się pogodziłam z tym, że będę mieć jedno dziecko, to siup chlast i okazało się, że jestem w ciąży. Ta ciąża była trudna – krwawienia, badania, szpitale, leki. Odetchnęłam dopiero pod sam koniec. Urodziłam zdrowe dziecko, to upragnione rodzeństwo. I co? I dupa. Okazało się, że rzeczywiście goniłam za jakimś wymysłem. Nie jestem szczęśliwa jako matka dwójki dzieci. Jestem zmęczona, zdenerwowana i załamana. Drugie dziecko nie jest proste w obsłudze. Mam dość. Mąż pomaga jak może i rzadko narzeka. Przynajmniej on jest szczęśliwy. A ja nie mam odwagi się przyznać, że mnie to przerosło, że ja już tak nie chcę. Ja chcę jednak mieć tylko jedno dziecko, czuć spokój i mieć czas dla siebie i mojej starszej pociechy.
Nie chcę mówić, że żałuję, że dałam mojemu dziecku rodzeństwo, ale faktem jest, że dałam mu też nieszczęśliwą i zdołowaną matkę.
Mam takie hobby. Czasami na Facebooku pojawiają się posty typu: „Polub to, jeżeli masz 11-14 lat”.
Jak wiadomo, ten portal jest od 13 lat, więc wchodzę wtedy w polubienia i wyszukuję osoby, które wyglądają na 12 lat lub mniej i je zgłaszam. Konta zostają banowane, a ja czuję satysfakcję, że pozbywam się dzieci, które najczęściej dodają dziwne rzeczy na ten portal.
Patologia przechodząca z pokolenia na pokolenie? Słyszeliście kiedyś o tym? Myślę, że tak. Pochodzę właśnie z takiej rodziny, w której powielanie patologicznych schematów sięga już kolejnego pokolenia.
Schemat 1: Ojciec wychowywany był przez samotną matkę, jego ojciec ich zostawił. No cóż, mój zrobił to samo.
Schemat 2: Matka uwielbiająca swojego syna, córkę traktuje jak zło konieczne. Moja zrobiła mi dokładnie to samo, wcześniej jej mama traktowała ją jak gówno.
Schemat 3: Obracanie się w półświatku, ćpanie, chlanie i złodziejstwo – mój młodszy brat, ulubieniec mojej mamy, robi dokładnie to, co ona w młodości. Edukację zakończył na podstawówce, odsiedział kilka lat w zakładzie, a aktualnie wyrwał się na wolność i znęca się nad babcią, mamą, ojczymem i moim przyrodnim rodzeństwem.
Schemat 4: Życie z zasiłków, niechęć do pracy, zero inwestycji we własny rozwój. Babcia, mama, a teraz brat tworzą ten elitarny klub.
Do czego zmierzam?
Do tego, że żadna z tych osób nie widzi tego, co robi źle. Nie potrafili przełamać bariery, bo tak jest wygodniej. Nie nauczyli się niczego na cudzych błędach, zero wyciągania wniosków z życia innych ludzi. I tu pojawiam się ja.
Jestem najstarsza z piątki mojego rodzeństwa. Do 15 roku życia zachowywałam się jak reszta dresów z osiedla, przyszedł moment, kiedy miałam nie zdać. Tutaj nastąpił punkt zwrotny. Zwróciłam uwagę na długi mojej matki i babki, na to, jakie są nieszczęśliwe i że w sumie nie mają już żadnych perspektyw na cokolwiek lepszego. Szczęśliwym trafem znalazłam się w technikum, cudem zdałam, załapałam się o włos. Ze średniej dwa z groszami, z jaką ukończyłam poprzednią szkołę, zrobiłam w pierwszej klasie technikum 4.6, a potem było już tylko wyżej i powyżej 5.0 na koniec. Profil żywieniowy podpasował mi na tyle, że od drugiej klasy jeździłam na ogólnopolskie olimpiady – zdobyłam dwa tytuły finalisty i dwa wysokie miejsca jako laureat.
Po ukończeniu 18 roku życia wyprowadziłam się z domu, bo tam nie było warunków do nauki (dwa pokoje na osiem osób), co pozwoliło mi właśnie na olimpiady i naukę w świętym spokoju. Za osiągnięcia naukowe jak do tej pory otrzymałam blisko 30 tysięcy złotych w formie różnych stypendiów. Mieszkam z chłopakiem, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale kocham go, wspierał mnie przez cały ten czas. Jego rodzice nam trochę na początku pomagali. On pracuje, a ja aktualnie studiuję i marzę o pozostaniu na uczelni.
Jedyne czego mi było trzeba, to punktu zwrotnego (o którym może opowiem w innym wyznaniu), samozaparcia, ciężkiej pracy nad sobą i wyłamałam się z tej karuzeli patologii. Nie dajcie się zaszufladkować, mi też mówili, że nic nie osiągnę w życiu (normalniejsza, dalsza część rodziny), że będę jak moja matka i babka. Wcale nie musi tak być – każdy jest kowalem własnego losu.
Miasto 60 000 mieszkańców, przedświąteczna, tzw. pijacka sobota. Centrum, w którym gdy jest ciepło, naprawdę można spotkać wiele osób. Brakowało tam jednak toalety. Jako że sporo było wypite, a miejsce naszpikowane jest kamerami, postanowiłem, że przeskoczę niewielki płotek (jak się potem okazało na trzeźwo, bardziej wielki niż nie).
Przeskoczyłem go, robię, co mam robić, jestem już w połowie, gdy nagle coś mnie uszczypnęło w prawy pośladek, a sekundę później z lewej strony poczułem podobne uszczypnięcie w łopatkę, przez bluzę. Zerkam przez prawe ramię (dalej spuszczając z pęcherza), a tam fizycznie stoi osioł (tak, takie zwierzę). Następnie odwracam się przez lewe ramię (i tu najlepsze)... a tam stoi alpaka! Ładna dosyć, wysoka, puszysta alpaka.
Gdy przypomniałem sobie o tym następnego dnia, po raz pierwszy pomyślałem o wizycie u psychiatry. Ulżyło mi, gdy dowiedziałem się, iż pewna parafia prowadzi żywą szopkę. Z jednej strony odetchnąłem z ulgą, naprawdę, ale jedno jest pewne: już nigdy nie upiję się na mieście. Bo spróbuj (pijany) wytłumaczyć koledze, że spotkałeś osiołka i alpakę w trakcie siku.
Dodaj anonimowe wyznanie