Jako mała dziewczynka byłam ciekawa jak wygląda męskie przyrodzenie, dziwne? Wiem. Więc do rzeczy.
W domu nie miałam takiej okazji, bo ojciec dobrze się ukrywał, a brata nie posiadam :) Ale nadszedł dzień, w którym to ujrzałam. Ujrzałam jako mała dziewczynka jakąś długą, cielistą pomarszczoną fujarę. To było przyrodzenie mojego 90-letniego pradziadka. Dziadku, spoczywaj w spokoju :)
Dziś rano, kiedy jechałam jak co dzień autobusem, zobaczyłam jego. Wysoki, przystojny brunet z powalającym uśmiechem. Instynkt się obudził i postanowiłam działać. Pędzę przed siebie w kierunku mojego obiektu westchnień, głowa podniesiona do góry, pierś wypięta i idę dumna niczym paw. Nagle stop - co zrobić? Przecież nie mogę po prostu podejść i zagadać, to zbyt proste. I wtedy pojawił się w mojej głowie jakże perfekcyjny plan. Podejdę i z gracją "przypadkiem" potknę się lądując w jego ramionach. Zadowolona z siebie i pomysłu przystąpiłam do realizacji.
Idę powoli jak modelka na wybiegu, nasze spojrzenia się spotykają, ja delikatnie potykam się, on wystawia ręce i mnie łapie. Później, już z górki, poprosił o numer, umówiliśmy się na kawę, a teraz jesteśmy 7 lat po ślubie i mamy 2 wspaniałych dzieci. Cudownie? Nie. Tak naprawdę, kiedy postanowiłam zrealizować swój plan, idąc nie zauważyłam torby na ziemi i wyrżnęłam się na ziemię lądując twarzą na jego butach. Dodatkowo "mój" przystojniak wydukał jedynie "uważaj, niezdaro" i wysiadł na najbliższym przystanku, gdzie czekała na niego jego śliczna dziewczyna.
Jak wspominacie swój pierwszy dzień w zerówce? Dużo dzieci, gwar i zestresowani rodzice? A może nie pamiętacie?
Pamiętam, że mama wystroiła mnie i powtarzała, że nie ma się czego bać. Na miejscu, w przedszkolu, pokazała gdzie jest szatnia, moja sala i łazienki.
Mama odprowadziła mnie pod moją salę, a ja po prostu weszłam. Ale słyszę, że woła mnie z powrotem do siebie na pusty korytarz, więc się wracam. W tym momencie mama przymyka drzwi od sali i uderza mnie w twarz z otwartej dłoni. Powiedziała, że powinnam przytulić ją na pożegnanie.
Mimo upływu lat nadal pamiętam. Nadal boli. Nadal tego nie rozumiem.
Dwa lata temu mój facet mnie zdradził. Zrobił to na imprezie. Ja musiałam być w pracy, więc poszedł sam. Całą noc się o niego zamartwiałam, bo nie dawał znaku życia, a zawsze lubił „grube” imprezy. Pamiętam jak dziś, jak potem całą niedzielę koło niego latałam, bo zdychał od nadmiaru alkoholu.
Wybaczyłam, ale do tej pory nie mogę sobie poradzić z tym wstydem i upokorzeniem, które mi zafundował. Nie mogę wybaczyć sobie, że ja się o niego zamartwiałam, podczas gdy on dymał koleżankę. Czuję się jak gówno. Nie powiedziałam o tym nawet swojej najlepszej kumpeli, bo się tego wstydzę.
Mam kochającą mamę, która naoglądała się "Sekretu".
Kobieta ma złote serce, ale jest cholernie niesamodzielna. Założyła firmę, którą nie potrafi zarządzać. I tu nie chodzi o papierkowe sprawy, którymi zajmuje się księgowa. Chodzi tu o marketing. Nie potrafi zrobić najbardziej podstawowych rzeczy, jak np. wrzucenie na swojego Fb posta ze zdjęciem, załączenie pliku PDF do maila, wysłanie komuś potwierdzenia przelewu, a nawet wysłanie komuś linku do czegokolwiek.
Nigdy nie widziałam kogoś tak odpornego na technologie. Rozumiem, że starsze pokolenie ma problem z nowinkami, ale jak można mając Facebooka od paru lat nie potrafić komuś odpisać na wiadomość?! Pokazywałam jej to setki razy.
I tu właśnie pojawiam się ja, a jestem grafikiem komputerowym. Wszystkie jej posty, zdjęcia, dokumenty, wszystko co ma wspólnego z komputerem jest na mojej głowie. Ale to nie wszystko, siedzę w poligrafii, więc wszystkie ulotki, wizytówki, roll-upy, naklejki, bla bla bla, wszystko ja.
Mam dość. Czuję się jak frajer, który ma trzy etaty. Pierwszy, to oczywiście praca w agencji reklamowej. Drugi to DARMOWA praca dla mamy. A trzeci to tworzenie czegoś we własnym zakresie i próba stworzenia własnej działalności. I to mnie najbardziej drażni, cały czas stoję w miejscu, nie rozwijam skrzydeł, bo pomagam mamie.
Ostatnio rozmawiałam z nią, że chcę "od niej odejść", ale oczywiście ona nie da sobie beze mnie rady, zaraz zarobi miliony, tylko musimy być cierpliwe. Ale ja już nie chce robić jak frajer za darmo, sama chcę rozwinąć skrzydła.
Mama żyje filozofią "Zepniemy się i zrobisz".
I tu pojawia się "Sekret", znacie to g*wno?
Wygooglujcie sobie. W skrócie - sekret polega na tym, że wszystko czego pragniecie możecie sobie przyciągnąć magiczną mocą kosmosu.
Uwaga, spojler: nie możecie :)
Fajnie podsumowuje to film z kanału "A Więc" na YT - polecam.
I to jest biznesplan mojej mamy, ona sobie "przyciągnie" sukces, tylko coś od paru lat go sobie nie przyciągnęła. Za to przyciągnęła sobie rozwód z tatą, długi i moją niechęć do niej.
Ostatnio spytałam ją o kosztorys. "Niepotrzebny mi kosztorys, bo ja wierzę w sukces"...
A ja wierzę w cyfry, a nie w "Bóg zapłać". Gdy przychodzą mi rachunki, to Bóg jakoś nie płaci.
Może mama musi sama zaorać o glebę, żeby się obudzić w realnym świecie.
Ja już nie mam siły jej ciągnąć za uszy.
To rodzic powinien wspomagać dzieci w biznesie, a nie dziecko rodzica. Oczywiście pomóc od czasu do czasu jest jak najbardziej OK. Ale robienie za frajer już nie.
Mam dwoje jeszcze małych dzieci. Żona w nocy wstała do jednego, bo płakało. Zmęczona zasnęła obok dziecka. Po jakimś czasie obudziła się, bo zaczęło płakać drugie. Nie wstała, bo widziała, że wszedłem do pokoju, żeby się tym drugim zająć. Wszedłem, dałem pić, poczekałem, aż się położy na poduszce, przykryłem kołdrą, sprawdziłem, czy na pewno śpi i sam poszedłem spać do swojego łóżka.
Dlaczego o tym piszę? Otóż ja nie pamiętam kompletnie nic z tamtej nocy. Jak zasnąłem wieczorem, tak się obudziłem rano. Do tej pory zastanawiam się, czy byłem świadomy i po prostu zapomniałem, czy może lunatykowałem?
Przez całe studia przyjaźniłam się z pewną dziewczyną. Byłyśmy nierozłączne. Wspólne wyjazdy, babski weekend w Paryżu, wakacje w Barcelonie. Sielanka.
Po studiach jednak wszystko się zmieniło. Najpierw okazało się, że Basia dostała awans w firmie, z której mnie wcześniej wyrzucili. Przeżyłam to jakoś, choć nie ukrywam, że patrzyłam na nią przez pewien czas z zawiścią. Ona jednak się nie zmieniła. Nie dawała mi odczuć, że czuje się lepsza ode mnie. Próbowała mi pomóc znaleźć inną pracę.
To nie było jednak najgorsze. Później pojawił się ON. Facet marzeń każdej młodej kobiety. O kilka lat starszy pilot. Przystojny, oczytany kulturalny, przebojowy. Baśka zakochała się. Obiektywnie patrząc, każda by się zakochała. Nie ukrywam, świetnie się na nich patrzyło. Wyglądali jak para z rozkładówki kolorowej gazety.
Nowa miłość nie zmieniła jej stosunku do mnie. Cały czas była moja przyjaciółką. Czułam, że mogłam na nią liczyć. Była przy mnie, gdy umierał mój ojciec, gdy nie mogłam znaleźć pracy i piła tequilę, gdy nie wyszła mi kolejna randka z Tindera.
Ja jednak czułam z każdym dniem coraz większą nienawiść. Najpierw do siebie, a później do niej. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe. Czym sobie zasłużyła na takie dobre życie, którego ja nie miałam. Na studiach to ja zawsze starałam się bardziej, a ona po całonocnym melanżu uśmiechała się i dostawała 5. Za każdym razem, gdy ją spotykałam, drażniło mnie bijące od niej szczęście. Choć mogła nawet nie wspominać o swoim facecie czy pracy, do szału doprowadzały mnie jej markowe ubrania i biżuteria, którą dostawała od swojego faceta.
Podjęłam decyzję, że przestanę się z nią spotykać. Wiem, że ciężko to przeżyła. Mówili mi o tym nasi wspólni znajomi. Nawet jej facet zadzwonił do mnie i pytał, co się stało. Ja jednak nie mogłam już się z nią widzieć. Każde wspólne wyjście było to dla mnie zbyt bolesne.
Nikt poza mną nie zna prawdy o tym, dlaczego zerwałam z nią kontakt.
Ostatnio, gdy w końcu spadł śnieg, prowadziłam rano samochód. W jakiejś wiosce zauważyłam pana odśnieżającego chodnik, cały ten śnieg rzucał na odśnieżoną już drogę, gdzie robiła się niebezpieczna ślizgawka. Zdenerwował mnie swoim zachowaniem, ale spieszyłam się na egzamin i nie wiedziałam, czy może nie robi dobrze.
Pojechałam dalej, gdzie minęłam się z pługiem śnieżnym.
Dawno nic mnie tak nie ucieszyło, jak wyobrażenie sobie tego pana po tym, jak śnieg wrócił na chodnik.
Chyba mam coś z Grażyny.
Wiele jest tu historii związanych z tym, jak to dupa może oszukać i ja także nie odejdę, znacząco przynajmniej, od tego trendu.
Mieliśmy wtedy po 12 lat. Na początku wakacji po 5 klasie podstawówki, wybraliśmy się na nocowanie pod namiotami do koleżanki z klasy, która mieszkała na wsi. Było nas jakieś 7-8 osób, płciowo mniej więcej pół na pół.
Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, spanie pod namiotami ze spaniem nie miało zbyt wiele wspólnego. Graliśmy w gry, wygłupialiśmy się i oczywiście pożeraliśmy całe paczki przekąsek typu chipsy i wypijaliśmy całe butelki wszelkiej maści napojów. Ja parcie na pęcherz poczułam stosunkowo wcześnie, ale że zabawa była przednia, zdecydowałam się ignorować coraz bardziej uciążliwe uczucie "w dole" i bawiłam się w najlepsze. Do podobnych wniosków doszła, zdaje się, reszta ekipy.
Pierwsza złamałam się ja. Na dworze zdążyło się już zrobić jasno, to była może 5 rano. Zakomunikowałam więc reszcie towarzystwa, że zamierzam oddalić się do łazienki w celach wiadomych. Kilka osób powiedziało, że chętnie się przyłączy. I tutaj napotkaliśmy pewien problem. Otóż gospodyni zakomunikowała nam, że jej mama zawsze zamyka drzwi wejściowe na noc, a nikt nie chciał się dobijać i budzić wszystkich domowników o tak nieprzyzwoitej godzinie.
Wieś jak wieś, do lasu nie było daleko, za domem stała stodoła, zarośli też nie brakowało, żadna osoba nie chciała jednak opróżnić pęcherza na łonie natury. Czemu? Taki wiek. My, dziewczyny, obawiałyśmy się, że chłopaki będą nas podglądać, bo akurat byli wśród nas najwięksi klasowi żartownisie. Zresztą oni chyba mieli podobne obawy, bo też nie skorzystali z okazji.
I tak oto zgodnie męczyliśmy się przez prawie trzy godziny z pęcherzami pękającymi w szwach. Mówię serio, to autentycznie bolało. Humory mieliśmy coraz gorsze i choć uparcie unikaliśmy tego tematu, każdy krążył wokół niego myślami.
Po tych niemal trzech dłużących się w nieskończoność godzinach wreszcie nadeszło wybawienie. Drzwi domu koleżanki otworzyły się i na ganek wyszła jej mama. Wte pędy pobiegliśmy do domu i zaczęliśmy się wykłócać, czyja teraz kolej. Widząc całe to zamieszanie, mama koleżanki chciała dowiedzieć się, o co właściwie chodzi. Wyraźnie nic z tego nie rozumiała.
Ostatecznie okazało się, że drzwi do domu przez ten cały czas były otwarte, w dodatku specjalnie dla nas. Nikt jakoś nie wpadł na to, żeby sprawdzić, uwierzyliśmy gospodyni na słowo.
A ja po dziś dzień, ilekroć mam pełny pęcherz i przychodzi mi na myśl, że już nie wytrzymam, przypominam sobie tę sytuację i dochodzę do wniosku, że jak nie jak tak?
W zeszłym roku, 23 maja, razem z klasą pojechaliśmy na wycieczkę w góry.
Spałam w pokoju razem z moimi 3 przyjaciółkami, tą o której będę pisać nazwijmy Sabina.
Drugiej nocy Sabina wstając do łazienki, obudziła mnie.
Przewróciłam się na bok i próbowałam spać dalej.
Sabina długo nie wracała, więc otworzyłam oczy i spytałam niewyraźnie "Sabina?". Ta po chwili odezwała się, więc spałam dalej.
Po chwili usłyszałam stęki, nie zastanawiałam się zbytnio co robi.
Po chwili ta wydała przytłumione jęknięcie. Postanowiłam, że zobaczę co tam robi.
Po wejściu do łazienki zobaczyłam ją w rozkroku próbującą zrobić szpagat.
Nie pytajcie czemu robiła to po kryjomu w nocy.
Dodaj anonimowe wyznanie