Zawsze jak mam wejść komuś na ledwo umytą podłogę (sklep, szpital, galeria, klatka schodowa – gdziekolwiek) jest mi strasznie głupio. Ktoś się męczy, robiąc swoje, a ja niszczą efekt jego pracy. Niby nic nie mogę zrobić, bo nie da się tego miejsca minąć, ale i tak głupio.
Ostatnio po zobaczeniu mokrej podłogi na klatce zdjęłam buty i poleciałam do domu w skarpetkach. Mina pani sprzątającej – bezcenna.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałem mieć długie włosy, nie ma w tym raczej nic dziwnego, każdy chce wyglądać tak, jak mu się podoba. Problemem jest to, że ja nie chcę prezentować się jako facet, tylko jako kobieta. Kiedy byłem mały, niewiele wskazywałoby na to, że mogę być osobą transseksualną. Nie bawiłem się lalkami, nie przebierałem w sukienki i nie podkradałem kosmetyków. Zawsze chciałem mieć pełną rodzinę, kiedy dorosnę, chciałem opiekować się dziećmi i mieć przepiękną żonę, z którą spędzalibyśmy miło czas. Można powiedzieć, że chciałem być bardziej żoną niż mężem.
Jak zacząłem dorastać, coraz bardziej nienawidziłem swojego ciała i tego, jak wyglądam, czułem się w nim obco. Jedynym moim komfortem w tamtym czasie było jedzenie. Moi rodzice są nieobecni w moim życiu, gdyby nie babcia, nikt nie przewinąłby mi nawet pieluchy. Wyrosłem w otoczeniu, w którym czułem, że nie istnieję. Wszystko to skumulowało się w wielki kłębek smutku i braku nadziei, z którego nie ma wyjścia. Żyłem w przeświadczeniu, że Bóg mnie ukarał, nie wiedziałem za co, ale to cierpienie było nie do zniesienia.
Po latach wytworzyły się u mnie natrętne myśli o odebraniu sobie życia, do tego stopnia, że nie byłem w stanie funkcjonować normalnie. Nikt się nie przejmował ani nie pytał o mój stan. Pewnego dnia nie wytrzymałem i poszedłem do psychiatry. Po kilku sesjach sam psychiatra nie wiedział, co jest nie tak, jedynie wykluczył depresję. Dostałem antydepresanty, które pomogły wygłuszyć złe myśli. Zacząłem żyć na poziomie moich rówieśników, ale wciąż nie byłem szczęśliwy. Pech chciał, że kolega zaczął bawić się aplikacją FaceApp, nie przejąłem się tym zbytnio, ale też chciałem pobawić się nią później. Tego dnia, kiedy w domu zrobiłem sobie zdjęcie i użyłem flirtu kobiecego, zacząłem szlochać – cały ten ból zaczął mieć sens i doszło do mnie, dlaczego nienawidziłem siebie i chciałem się zabić. Odkąd pamiętam, byłem zazdrosny o życie moich koleżanek. Odnalazłem siebie w kobiecości. Nie chodzi tu o kosmetyki czy sukienki, ale o komfort umysłowy. Czuję się jak kompletny dziwak i wykolejeniec. Który facet chce mieć kobiecy głos? Który chcę mieć figurę klepsydry? Czuję się wygodniej, kiedy ktoś zwraca się do mnie z rzadka błędnie na per pani. Gdyby nie to, że tranzycja powoduje bezpłodność, a moja bardzo męska anatomia i jak na złość szerokie ramiona sprawiają, że żadna operacja nie pomoże, już dawno byłbym u specjalisty i na terapii hormonalnej.
Nie mam najmniejszych szans, żebym wyglądał choć podobnie do kobiety. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest nie grać i wypłakać się w poduszkę, tym sposobem mam przynajmniej szansę na w miarę normalne życie. Zastanawiam się, ilu jest takich jak ja, dla których najlepszym rozwiązaniem jest życie w tym stanie do śmierci.
Ostatnio moja żona po długim urlopie macierzyńskim wróciła do pracy, więc z wielką radością przejąłem obowiązki kury domowej. Dziś, robiąc obiad, włączyłem młodemu „Gdzie jest Nemo?” na mojej komórce. Film chyba całkiem go pochłonął, bo w domu zapanowała grobowa cisza. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten absolutny brak dźwięków może oznaczać, że gówniak coś przeskrobał (serio – nie ufajcie ciszy!). Rzuciłem więc nie do końca pokrojoną marchewkę i pobiegłem do salonu.
Znalazłem małolata siedzącego przed akwarium, na którego dnie spoczywała moja komórka... Młody uznał, że film spodoba się naszym rybkom i postanowił podzielić się z nimi swoim seansem.
No cóż, na rybkach takie kino nie zrobiło wrażenia. Może dlatego, że telefon pewnie przestał działać jeszcze zanim dotarł do dna...
Będzie krótko.
Większą przyjemność mam, kiedy sama się zaspokajam, oglądając filmy z dziewczynami (mimo że nie jestem lesbijką ani bi), niż gdy robię to z moim chłopakiem
Mam problem z plastikiem i gumą.
Otóż lubię bardzo je gryźć (tylko ten miękki, np. u zakrętek, wkładów do długopisów). Wygląda to dość dziwnie, bo zazwyczaj mam małe płatki plastiku między zębami, no i zniszczyłam sobie przez to kły i jedynki. Czasem przez przypadek coś połknę, a wtedy przykleja się gdzieś w gardle i jest to bardzo niekomfortowe. Często gryzę długopisy (te pożyczone też), rozgryzam butelki, kable, gumki recepturki, różnego rodzaju uszczelki.
Jest to bardzo odstresowujące i robię to właściwie cały czas. Próbowałam przestać, ale wtedy obgryzam wewnętrzne strony policzka do wielkich, niegojących się ran.
Jestem zwykłym szarym człowiekiem. Może, co ważne w tym wyznaniu, zdecydowanym zwolennikiem kapitalizmu. Jednak... Zawsze w łóżku, gdy już dojdę, w głowie pojawia mi się melodia hymnu ZSRR. I tak sobie śpiewam w myślach i czuję tak mocno podniosłość chwili.
Wspominając swoją historię, cofam się pamięcią do czasów, kiedy miałem 8 lat. Akurat odbywały się mistrzostwa świata w piłkę nożną w 1998 roku i jako zapalony fan piłki nożnej (oraz niesamowity wielbiciel wszelkich chipsów) postanowiłem mamę namówić podczas wizyty w dużym sklepie do kupna całego kartonu chipsów, w których można było trafić na karty z piłkarzami. Mama po wielu moich próbach zgodziła się (choć nie popierała) kupić mi ten karton i wydzielać po jednej małej paczce dziennie. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym już pierwszej nocy, kiedy wszyscy domownicy smacznie spali, nie podkradł się do kartonu i nie pootwierał wszystkich paczek w nadziei na znalezienie jak największej ilości kart.
Więc w środku nocy siedziałem przy kartonie, otwierając nowe paczki chipsów i ciesząc się z kolejnych kart... ale zaraz, zaraz, przecież nie mogę pozwolić, aby chipsy się zmarnowały! Nie pamiętam teraz już dokładnie, ile zjadłem wtedy paczek tych chipsów, ale pamiętam, że starczyło, by poczuć się źle i koniecznie pobiec do toalety w celu wydalenia drogą „górną” chipsów. Akurat tak się składało, że żeby dojść do toalety, musiałem przejść obok łóżka mamy dokładnie od strony, z której miała głowę.
Może się już domyślacie, ale nie dotrwałem do toalety i do tej pory nie wiem jakim cudem zwymiotowałem prosto na głowę rodzicielki...
No tak, łakomstwo jest jednym z grzechów głównych... Nie polecam :D
Bardzo lubię pisać opowiadania o różnej tematyce. Od dziecka tworzyłam epickie historie akcji, romanse, fantastykę, czasem wysnułam jakiś mrożący krew w żyłach ośmiolatki horror. Ostatnio przeglądając dwunastoletnie zeszyty, odkryłam moją pierwszą, poważną powieść.
Jako około ośmioletni dzieciak stworzyłam opowiadanie o małej dziewczynce, która uciekła z domu, bo rodzice traktowali ją jak psa (dosłownie), wsiadła w autobus i pojechała do Anglii. Tam spotkała chłopca w swoim wieku. Okazał się on być superbohaterem, którego mocą była zabawa (robił tak, że ludzie zamiast walczyć, woleli iść na plac zabaw. Dobre, co nie?). Potem główna bohaterka odkryła w sobie moc miłości i razem walczyli ze złem.
To było moje największe dzieło, pokazywałam je każdemu, chwaliłam się jak bestsellerem. Widział je dosłownie każdy, z kim miałam okazję obcować.
Dobra, ale co w tym takiego anonimowego?
Chciałam nadać bohaterom jakieś oryginalne i pasujące imiona. Korzystając ze słownika polsko-angielskiego, utworzyłam dla chłopca imię PlayBoy.
Bo wiecie, Play – bawić się, Boy – chłopiec, bo to chłopiec o mocy zabawy.
A dziewczynka?
Labia. Bo to ładnie brzmi.
Tak... Napisałam opowiadanie o PlayBoyu i Wargach Sromovvych, którzy ratują świat :D
Mam nadzieję, że moi ówcześni czytelnicy nie mieli tak rozwiniętego angielskiego...
Niby jestem normalna, w stałym związku, kończę studia, mam pasje. Tylko że nie lubię i wstydzę się... siebie. I to naprawdę zaczyna rujnować mi życie. Każdego dnia mam moment, w którym przypominam sobie, co powiedziałam, jak się zachowałam, w jaki sposób zareagowałam i za każdym razem czuję ogromną złość wobec samej siebie i przede wszystkim wielki wstyd. Czasami do tego stopnia, że nie przesypiam nocy, wciąż rozmyślając nad tym, jak głupia jestem, że zrobiłam, powiedziałam czy nawet pomyślałam tak, a nie inaczej. Nieraz zdarzyło mi się rozpłakać w miejscu publicznym, bo akurat się zamyśliłam, a w głowie odbywał się lincz nad samą sobą. Często bywa, że wstydzę się jakiegokolwiek kontaktu z osobą, której dane zachowanie dotyczyło, przez co wiele rzeczy, za które się biorę, kończy się fiaskiem. Po prostu tchórzę, chowam się, byleby nie tworzyć sytuacji, w których mogłabym się przed kimś zbłaźnić przez zbyt emocjonalne/chłodne podejście, głupi żart czy cokolwiek.
Wiem, to nic wielkiego, ale siedzi mi w głowie i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Czy ktoś jeszcze tak ma? Nienawidzi i wstydzi się siebie? Dodam, że kompletnie nie wiem, skąd mi się to wzięło, jestem dorosłą osobą, aktywną, raczej towarzyską. Po prostu pewnego dnia się zaczęło i trwa cały czas.
Mieszkam w Holandii już jakiś czas, dość często zdarza mi się spotykać tu na ulicach Polaków w przeróżnym wydaniu. Rodzinki na spacerkach, turystów, majstrów na budowie, ale zdecydowanie najbardziej kocham grupy drące się po polsku na całą ulicę, a niemówiące w żadnym obcym języku.
Pewnego dnia siedziałam z chłopakiem w restauracji na dworze, gdy znikąd pojawiła się grupka Polaków – dwóch chłopaków w okolicach 20 lat, jeden ok. 50-latek i kobieta w podobnym mu wieku. Usiedli przy stoliku, narobili hałasu, ciągłe przekleństwa, nawet w stronę osób, które już tam jadły i spojrzały, o co tyle wrzasku. Usiedli, przyszła kelnerka, nie potrafili nic zamówić, w końcu dogadali się na migi, że chcą osiem piw. Kelnerka nie zdążyła jeszcze odejść, a jeden z mężczyzn już obgadał jej wygląd i co to on by jej nie zrobił. Kobieta oczywiście nie była niczego świadoma, jednak dla mnie niesmak pozostał. W międzyczasie jeden z 20-latków skręcił jointa i zaczęli szukać zapalniczki. Najstarszy z panów zaczął chodzić od stolika do stolika, pytając po polsku o zapalniczkę, jednak nikt albo nie miał, albo nie zrozumiał lub bał się dać. Podszedł też i do mnie, a musiałam mieć jakieś chwilowe zamroczenie, bo odpowiedziałam mu po polsku, że mam. No i się zaczęło... Panowie zaczęli mnie wypytywać o wszystko, a że nie miałam ochoty na rozmowę, powiedziałam, że jestem zajęta i wróciłam do jedzenia. Zostałam wyzwana od najgorszych i usłyszałam opisy tego, co by mi wszyscy razem zrobili i jak mocno, żebym nie była taka głupia i przestała „dać się j*bać” przez obcokrajowców (mój chłopak jest Holendrem i nie zrozumiał z tej rozmowy ani słowa). Siedząca z nimi kobieta tylko się śmiała. W którymś momencie, gdy już sobie trochę odpuścili, a ja ze łzami w oczach dojadałam obiad, jeden z młodych odebrał telefon i opowiadał ze szczegółami, jak to niedawno wyszedł po 8 latach na wolność i jak c*ujowo jest w Holandii. Po zjedzeniu jak najszybciej wyszliśmy i poszliśmy okrężną drogą do domu.
Czasem brak mi słów na zachowania niektórych ludzi, a muszę przyznać, że mam więcej przykładów z Polakami niestety.
Mój apel? Drodzy Polacy, jeśli za granicą jest Wam aż tak źle, a także nie potraficie się zachować w miejscach publicznych, dostosować do panujących zasad, nauczyć się języka i szanować, że ktoś dał Wam szansę na zarobek – wróćcie do Polski, proszę. Zróbcie taką przysługę swoim rodakom, którzy muszą potem żyć z opinią, którą Wy po sobie zostawiliście. A co do szacunku do kobiet i innych kultur/ religii nie będę się wypowiadać, bo brak mi słów.
Dodaj anonimowe wyznanie