#SsLf0

W zeszłym roku zacząłem wyrabiać uprawnienia na wózki podnośnikowe. Zanim do tego przystąpiłem, wybrałem się do urzędu pracy, aby zapytać się o dofinansowanie pieniędzmi z Unii. Okazuje się, że mogą się o to ubiegać zarejestrowani bezrobotni albo urząd pracy zapisuje na te kursy bezrobotnych niepodejmujących żadnej inicjatywy w sprawie pojawiającej się możliwości pracy. Ja bardzo potrzebowałem pracy i pieniędzy, a jako że z zawodu jestem logistykiem, to postanowiłem zapisać się na kursy na własną rękę, gdzie sam musiałem opłacić całość (prawie 800 zł). Osoba, która organizowała to szkolenie, przypisała mnie do szkolonej wtedy grupy przysłanej właśnie z urzędu pracy, aby egzamin mógł być przeprowadzony w jednym terminie.

W większości byli to ludzie, którzy przychodzili tam z powodu „a bo coś tam w urzędzie pracy gadali, to się wpisałem na listę, aby dali mi spokój”.


Oni dostali pełne materiały szkoleniowe, ja natomiast jedną płytę z dokumentami i teoretycznymi podstawami obsługi wózka, które musiałem sam przestudiować i zrozumieć, o co w nich chodzi. Dla tamtych organizowano jakieś spotkania itp., gdzie wszystko było tłumaczone. Cóż, jak zwykle miałem pecha. Mimo wszystko postanowiłem się przyłożyć do nauki i tak też zrobiłem. Wkuwałem w wolnym czasie ustawy, układy wózka itd., na placu, pomimo że nie miałem nawet wyjeżdżonego minimum wymaganego progu godzinowego szkolenia (bo po co...), to i tak zaliczałem się do trzech osób najbardziej doświadczonych (pozostałe dwie jeździły na wózkach za granicą, zanim wróciły do Polski).

Kiedy w końcu nadszedł dzień egzaminu, byłem jedną z siedmiu osób, które zdały. Pozostałe dwanaście osób oblało, część z nich teorię, część praktykę (polegali na banałach jak robienie ósemki na placu czy też w ogóle nie znali dokumentów).

Na nich zostały zmarnowane pieniądze z dofinansowania. Pieniądze, z których mógłbym skorzystać.


Od początku miałem gorsze warunki – brak pełnych materiałów szkoleniowych i inne, które opisałem wyżej, a mimo to zdałem. Teraz mam pracę i odpracowałem już pieniądze, które musiałem zapłacić za kurs i egzamin, ale niesmak pozostał.

#bfAJN

Wiecie co jest gorsze od bycia nastoletnią dziewczyną i posiadania nadopiekuńczego ojca? To, że mój ojciec pracuje wysoko w tajnych służbach i ma doprawdy całą gamę metod i osób do śledzenia mnie i kontrolowania na każdym kroku. Nie wyjdę sama nigdzie, nie zrobię nic. Czuję się całkowicie kontrolowana, jak w „Roku 1984” Orwella. Kilka razy w życiu jak byłam młodsza przydarzyły się strzelaniny, groźby czy inne ataki i ojciec dostał pierdolca na tym punkcie. Jego rodzina ma oficjalnie zapewnioną ochronę tak jak on. W sumie to były ataki na niego, nic się nam nie stało, ale przez to do trzydziestki nie kichnę bez jego wiedzy.
W szkole jak miałam 12 czy 13 lat kilku starszych chłopaków mnie zaatakowało, jak wychodziłam ze szkoły, trochę poszarpali i zabrali plecak. Niby zwykłe zabawy, ale to było po lekcjach i odbierał mnie tata. Jak to zobaczył, to kazał im rzucić plecak i z rękami na widoku położyć się na ziemi bez żadnych ruchów, bo będzie zmuszony użyć broni (zawsze nosi pistolet w kaburze, nie rozstaje się z nim nigdy), po czym zakuł ich i po jego telefonie pojechali radiowozem na komendę. Wszystko działo się przed wejściem i tam jest kamera. Była afera na całą szkołę, chłopcy dostali kuratora, ojciec się o to postarał i już nikt nigdy, aż do teraz, a jestem w liceum, nikt nie śmiał nawet mnie lekko szturchnąć.
Na początku liceum ojciec urządził sobie pogadankę z moją klasą na temat mojego bezpieczeństwa itp. Mój chłopak ma w gratisie za każdym razem przeszukanie i odbył z ojcem przymusowe „szkolenie” z używania gazu, noża, pięści i pałki teleskopowej, żeby mnie bronić. Ojciec zbiera informacje o całej rodzinie mojego chłopaka: „No niestety, chłopcze, twój pradziadek był w łotewskim SS...”. Nawet nie wiem skąd on takie rzeczy znajduje, tego nie ma w papierach urzędowych... chyba? W sumie to jestem z moim chłopakiem już dwa lata i zdecydował on się między innymi ze względu na pasję mojego ojca wstąpić po maturze w maju do służb mundurowych. Ojciec taki dumny, że nie wiem, od razu: Tomeczek, syn, którego nigdy nie miałem... (przyszły) zięć ukochany... godny następca. Pomijając, że biegają codziennie rano po 8 kilometrów i ojciec robi mu szkolenie i zabiera go na strzelnicę trzy razy w tygodniu, to jest naprawę spoko. Mam przynajmniej trochę spokoju i cieszę się, że mają dobry kontakt.

#iokHf

Jako małe dziecko usłyszałam gdzieś, że dziewczyny nie pierdzą. Przeraziłam się strasznie, bo w końcu ja tę czynność robię (chcąc czy nie chcąc). Przez następnych parę dni bałam się puszczać bąki, a w szczególności przy innych. Ostatecznie usłyszałam chyba, jak mama zrobiła tę „męską” rzecz i po dokładnym wypytaniu, o co chodzi, wróciłam do tej wspaniałej czynności.

#NOamQ

Pracuję w sklepie zoologicznym. Ostatnio w zasadzie podrzucono do naszej placówki bezdomnego psa, którego postanowiłam zabrać do domu w obawie przed tym, że ostatecznie skończyłby w schronisku dla zwierząt. Szczerze mówiąc, potraktowałam to jako rozwiązanie tymczasowe. Mój chłopak, widząc zwierzaka, wściekł się na mnie i zaczął wykrzykiwać rzeczy w stylu: „Jasne, kolejny zwierzak, który będzie ważniejszy ode mnie”.

Nie wspomniałam, że nasz pies (dwuletni owczarek niemiecki) jest jego oczkiem w głowie i prędzej zabraknie dla mnie miejsca na kanapie obok mojego chłopaka niż dla naszego pupila.

#v9xc7

Ładnych parę lat temu, kiedy dopiero zaczynałam pracę w gabinecie dentystycznym, poznałam tam sympatycznego kolegę po fachu, Mulata.
Kolega nosił się stylowo – fioletowy fartuch i do tego czarne rękawiczki. Lubiliśmy sobie czasem pożartować. Do tego kolega miał całkiem seksowny tyłeczek, o którym tego dnia intensywnie myślałam. Dlatego kiedy zobaczyłam jego nowy czarny strój, skomentowałam: „Jest czarny jak twoja dusza” i się uśmiechnęłam. Zobaczyłam jego minę, w gabinecie ucichło. I dopiero w tym momencie zorientowałam się, co tak naprawdę powiedziałam. Zamiast dusza powiedziałam: „Jest czarny jak twoja dupa”...
Po chwili ciszy kolega parsknął śmiechem, bo na szczęście nie jest bucem i wie, że ja nie jestem rasistką.
Małżeństwem nie jesteśmy, ale nadal łączą nas serdeczne stosunki :)

#AMIKP

Mając 27 lat, rozpocząłem pracę w jednym z domów pogrzebowych, obecnie mam prawie 40 i w zawodzie pozostałem. Jestem wykształcony balsamistą, ale w naszym kraju nie jest to powszechna praktyka. Jeśli ciało wygląda dobrze, a pogrzeb ma się odbyć w ciągu 3-4 dni, wtedy rodzina najczęściej stosuje tylko przechowywanie w chłodni. Poza tym firma, w której pracuję, bierze również udział w ekshumacjach, transporcie zwłok nawet na znaczne odległości, przenosiny grobów oraz kremacje.

W pewnym momencie mojej kariery miała miejsce sytuacja, która odbiła się na psychice mojej oraz całego zespołu. Około 3 lata po tym, jak się zatrudniłem, mieliśmy sytuację, gdzie ciało, które przywieźliśmy do domu pogrzebowego, okazało się być żywym człowiekiem. O ile o takich sytuacjach się słyszy, to jest to ekstremalnie rzadko spotykane.

W naszym zespole był chłopak, nazwijmy go Łukasz. Pracował z nami od 3-4 miesięcy i zapowiadał się na dobrego fachowca. Do ciał podchodził z szacunkiem, miał też inne cechy, które są niezmiernie ważne — opanowanie, chłodny umysł, odporność na widoki i zapachy, które normalnych ludzi potrafią zbić z nóg.
Łukasz miał to nieszczęście, że w momencie, w którym obudził się nasz niedoszły nieboszczyk, był z nim sam na sam.
Jego krzyk zaalarmował mnie i gdy przybiegłem na miejsce, Łukasz siedział na podłodze pod rzędem chłodziarek i krzyczał. Na stole siedział „denat”, kompletnie nieobecnym wzrokiem omiatając miejsce, w którym się znalazł.
Po sekundzie przybiegła reszta osób obecnych w pracy w tamtym dniu. Wezwana karetka wzięła niedoszłego denata, a drugą Łukasz pojechał do szpitala.
Łukasz przez 2 lata nie odezwał się ani jednym słowem, rok spędził w szpitalu psychiatrycznym, drugi u rodziców, którzy podjęli się opieki nad nim. Funkcjonował, ale jakby nie żył — jadł, spał, chodził do łazienki i krążył wokół domu. W końcu zaczął bełkotać, afazja cofała się stopniowo, aż w końcu zaczął mówić pojedyncze zdania, aż w końcu wrócił.
Później nastały czasy covidu... Ale to jest opowieść na kolejne wyznanie. To, co się wtedy działo, było czystym szaleństwem.

#V4oaX

Kilka lat temu jechałem zatłoczonym autobusem w moim mieście. Kilka przystanków przed moim dostrzegłem smutną dziewczynę ze łzami w oczach, która akurat weszła do autobusu. Zrobiło mi się jej żal, ale nie wiedziałem, jak jej pomóc. Jestem nieśmiały, więc nie podszedłem i nie zagadałem. Zamiast tego wpadłem na genialny pomysł, żeby połączyć się z jej telefonem za pomocą bluetootha. Jest taka funkcja w telefonie, że wyszukuje urządzenia w pobliżu i można wysłać prośbę o połączenie. Szybko zmieniłem nazwę mojego telefonu na uśmiechniętą buźkę i połączyłem się z jednym z trzech telefonów w autobusie, który jak ja też miał włączonego bluetootha. Miałem szczęście, od razu trafiłem na jej telefon. Połączyłem się tuż przed wyjściem na moim przystanku. Wychodząc, dyskretnie zerknąłem na dziewczynę. Udało się. Nie była już smutna, tylko przerażona. A ja zadowolony wyszedłem z autobusu z satysfakcją, że zmieniłem nastrój nieznanej dziewczynie.

#dSu0Z

Jestem w ciężkim szoku. Z okazji prima aprilis postanowiłem zrobić mojej dziewczynie żart. Chciałem wkręcić ją, mówiąc, że ktoś nagadał mi, że moja dziewczyna mnie zdradza i że w to uwierzyłem.
Jej reakcja przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Dziewczyna rozpłakała się i nieświadoma mojego żartu wyznała, że przez ostatni czas miała romans...

Najgorszy jest jednak fakt, że to nie był primaaprilisowy żart. Chciałem zażartować, a pozbyłem się dziewczyny.

#GxGkc

Moje życie zamieniło się w koszmar... Piszę to, bo może ktoś przechodził przez coś podobnego i zrozumie, przez co teraz przechodzę. 
Mam męża, z którym jesteśmy razem od lat, mamy dorosłe dzieci. Wszystko wydawało się stabilne, dopóki nie pojawiła się ona... Jego dorosła, nieślubna córka.

Na początku naszego związku było burzliwie. On wtedy był młody, głupi, popełnił błąd – miał przelotny romans z mężatką. Przeszliśmy przez to, wyjaśniliśmy sobie wszystko, wybaczyłam. Wzięliśmy ślub i postanowiliśmy zacząć nowe życie. Wyjechaliśmy do pracy za granicę, do Holandii, gdzie spędziliśmy ponad 20 lat. Tam urodziły się nasze dzieci, tam budowaliśmy naszą przyszłość. Żyliśmy z dala od przeszłości, z dala od tamtych ludzi. Ale kiedy wróciliśmy do Polski, wszystko się zmieniło. Okazało się, że ojciec, który wychowywał tamtą dziewczynę, zmarł. Jego żona, po jego śmierci, postanowiła powiedzieć córce prawdę o tym, kto jest jej biologicznym ojcem. Nie wiem, po co to zrobiła – przecież przez tyle lat wychowywał ją ktoś inny. Ale tak się stało. I tak ona go znalazła. Nagle pojawiła się w naszym życiu. Zrobiliśmy testy DNA, które potwierdziły, że to jego córka.

Mój mąż, choć początkowo był zaskoczony, poczuł jakiś ojcowski instynkt. Zaczął jej pomagać – teraz pracuje w jego firmie, którą założył po powrocie z Holandii. Pomaga jej finansowo, doradza, wspiera w karierze. Widzę, że dba o kontakty z nią, a to pewnie dlatego, że nasi synowie już mieszkają w Holandii i rzadko nas odwiedzają. Dla niego to prawdopodobnie jedyne dziecko, które ma tutaj, blisko.

Ona po prostu wtargnęła w nasze życie. Wybrała studia i pracę w naszym mieście, choć mogła wybrać inne miejsca. Często pojawia się tam, gdzie my jesteśmy – na koncertach, w teatrze, na imieninach, jubileuszach. Zawsze jest i podchodzi, wita się, rozmawia, co tylko wzmaga plotki. Ma prawie 30 lat, a zachowuje się, jakby chciała być częścią naszej rodziny i wiem, że to może zabrzmi brutalnie, ale ona nigdy do naszej rodziny nie należała.

Dla mnie to wszystko jest za dużo. Kocham mojego męża, ale ta sytuacja mnie przerosła. Czuję się bezsilna i samotna w tym wszystkim. Nie potrafię patrzeć, jak on się do niej przywiązuje, jak spędza z nią czas, jak ją wspiera. A ja? Jestem tylko obserwatorką tego koszmaru. Coraz częściej myślę o rozwodzie, bo nie widzę wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Oczywiście nie chcę się rozwodzić, ale trudno, żebym przychylnie patrzyła na to, co wyprawia mój mąż.

Czy ktoś ma podobne doświadczenia? Jak sobie z tym poradzić?
Dodaj anonimowe wyznanie