Dużo tu było wyznań z czasów szkolnych, to i ja też mam jedną taką historię.
W podstawówce mieliśmy lekcje przyrody. Nauczyciel opowiadał nam o stanach skupienia — stałym, ciekłym i gazowym, podawał też przykłady — że jak woda zamarza, to przechodzi ze stanu ciekłego w stały itp.
Potem nauczyciel zadał trudne pytanie — czy ktoś zna jakiś przykład, kiedy substancja przechodzi ze stanu stałego w gazowy. Musiało być rzeczywiście trudne, bo nawet nasz klasowy kujon tego nie wiedział. Mnie zaś wtedy wydawało się bardzo proste. Mówię więc, że taka przemiana jest wtedy, jak ktoś za dużo zje, a potem pierdzi...
Śmiali się wszyscy łącznie z nauczycielem i to tak, że niektórym może nawet coś gorszego się przytrafiło. Kiedy już wszystko ucichło, nauczyciel powiedział, że kiedyś dostanę Nagrodę Nobla z chemii.
Nobla nie dostałem, ale z chemii jestem dobry — jak zbieramy metale kolorowe do skupu złomu, ja zawsze mam najlepsze i dostaję największą wypłatę.
Palnęłam coś nieświadomie, głośno wyraziłam myśli i pozbyłam się faceta, który naprawdę mi się podoba.... Tak się dobrze rozmawiało o wszystkim i o niczym, że zupełnie zapomniałam podpytać, jak wygląda jego sytuacja bytowa i kiedy zapytałam na drugim spotkaniu, gdzie mieszka i pracuje, a on powiedział, że z mamą i pracuje na produkcji, wydało mi się to dość dziwne, bo mi kompletnie nie pasowało do jego osobowości, i jeszcze to, że facet 32 lata mieszka z mamusią... Zamiast najpierw pomyśleć, a później powiedzieć, najpierw powiedziałam, a dopiero później pomyślałam. Powiedziałam pod nosem: „A już myślałam, że coś z tego będzie...” – usłyszał i pociągnął temat. Zaczęłam mu tłumaczyć, że mieszkanie z mamą w jego wieku jest oznaką niezaradności i że nie tylko ja, ale każda kobieta dostrzeże w tym czerwoną flagę itp. Wymieniliśmy kilka zdań i powiedział, że zanim się pożegnamy, chce mi coś pokazać, po czym wyjął telefon i pokazał swój nowo wybudowany dom, który wykańcza, stwierdzając przy tym, że mieszka z mamą, bo zamiast na wynajem woli przeznaczyć 3 tysiące zł miesięcznie na wykańczanie domu, do którego zaraz się wprowadzi. Dodał, że pracuje na produkcji, ale jako kierownik zmiany, a nie jako osoba do zamiatania, jak pewnie sobie wyobrażam. Skwitował mnie, że miło z mojej strony, że pokazałam mu od razu, na czym stoi. Zrobiło mi się głupio, poczułam się zgaszona, zaczęłam się bezsensownie i nielogicznie tłumaczyć, ale już to nic nie dało.
Jakoś nie mogę sobie poradzić z tą sytuacją. Wyszło bardzo źle. Powinnam mieć to gdzieś, ale nie potrafię. Siedzę i analizuję całą rozmowę i zaczynam rozumieć, jak on manipulował całą tą rozmową, żeby mnie kulturalnie jechać, a ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie wiem, czy powinnam do niego napisać lub nawet zadzwonić, czy już dać sobie spokój i przełknąć tę gorycz. Czuję się okropnie.
Uczę moje dzieci ponoszenia konsekwencji. Podejmują decyzje, oczywiście dostosowane do ich wieku. Córka nie chce czesać włosów — niestety musieliśmy je obciąć na krótko, żeby się nie plątały. Dziecko nie chce układać swoich zabawek, w przedszkolu nie ma problemu ze sprzątaniem — zabraliśmy zabawki.
Malutka decyduje, co chce jeść na śniadania, podwieczorki i kolacje. Wie, że słodycze psują zęby, lepiej zjeść owoce. Umie się zachować w miejscu publicznym. Jeśli będzie się źle zachowywać, to dostanie karę (brak słodyczy). Wychowuję dzieci surowo, ale nie skąpię im uwagi i czułości.
Koleżanki uważają mnie za matkę potwora, bo moje dzieci mają zasady, ale obcy ludzie chwalą moje dzieci. Pomimo że wierzę w słuszność moich działań, to moje serce cierpi z powodu tego, iż jestem postrzegana jako wyrodna matka.
Właśnie schowałam się w łazience przed moim dzieckiem i zjadłam ostatniego Kinder batonika...
Wiem, jestem straszną matką.
Gdy chodziłam do podstawówki, katechetka opowiedziała nam pewną historię sparaliżowanego człowieka. Przytoczę. Otóż człowiek ten leżał w łóżku w swoim domu, a pielęgnowała go jego żona. Zawsze blisko jego łóżka stało krzesło, pewnego dnia małżonka chciała owe krzesło przesunąć, bo jej przeszkadzało. Jednak mąż krzyknął, by tego nie robiła! Kompletnie nie rozumiała dlaczego. Wyjaśnij jej, że to krzesło dla Pana Jezusa, który siada przy jego łóżku. Ona się tylko zaśmiała i wyszła do sklepu kupić pączki. Gdy wróciła, jej ukochany nie żył, jednak znajdował się w takiej pozycji, że jego głowa leżała na krześle...
Ja rozumiem, że tu niby chodzi o to, że tam serio siedział Jezus, ale ta historia przeraziła mnie tak bardzo, że mimo moich ponad 18 lat nie zasnę, kiedy jakieś krzesło jest chociaż troszkę zwrócone w moją stronę. Boję się, że ktoś tam siedzi... i się na mnie patrzy.
Jestem 30-paroletnim mężczyzną. Razem z żoną i dziećmi mieszkamy w bloku z płyty. Naprzeciwko naszego budynku stoi taki sam blok, więc mamy z sąsiadami okna niemalże naprzeciw siebie.
Pewnego wieczoru, gdy siedziałem z żoną przy stole, zwróciła ona moją uwagę na zachowanie sąsiada, który, stojąc blisko okna, się masturbował. Nie miał firanek, a rolety były opuszczone na taką wysokość, że wszystko było widać. Moja żona oczywiście zaraz odwróciła wzrok, ale była bardzo oburzona, gdyż mogłyby to zobaczyć dzieci. Dla mnie było to dużym zaskoczeniem, gdyż owi sąsiedzi są muzułmanami (a przynajmniej Arabami), a Koran zabrania takich czynności.
Kilka dni później, po kąpieli, zobaczyłem, że żona tego Araba stoi przy oknie. Wtedy, nie wiem dlaczego, podszedłem bliżej okna i zrzuciłem z bioder ręcznik. Pomyślałem, że to taka zemsta na tym mężczyźnie. Kobieta miała hidżab, więc nie widziałem jej twarzy, ale wyobrażałem sobie jej zawstydzoną twarz. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Po chwili założyłem ręcznik z powrotem. Odsunąłem się i zauważyłem, jak energicznie kobieta odskoczyła od okna.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem.
Nie wiem, dlaczego sprawiło mi to taką przyjemność.
Tak czy inaczej, zostanie to między mną a Wami.
Moi rodzice są od dawna po rozwodzie. Oboje są kochającymi rodzicami, ale zawsze jedno stara się być lepsze od drugiego wobec mnie.
Przed ostatnimi świętami byłam u taty i pytał się mnie, co bym chciała pod choinkę, co daje mi mama itp. Zażartowałam, że mama kupuje mi laptopa. Za chwilę tato zmienił temat i zapomniałam o sprawie. Wyobraźcie sobie moją minę, jak otwieram prezenty u taty pod choinką, a tam iPhone... Zapytałam, dlaczego kupił mi tak drogi prezent i wiecie, co odpowiedział? „Musiałem być lepszy od mamy”.
Potem sam przyznał, że moje żarty pierwszy raz się udały ;)
Moja żona zawsze była bardzo wrażliwą osobą, za to ją kocham. Miała wspaniałe podejście do dzieci, marzyliśmy o własnych maluchach. Nic nie stało na przeszkodzie, zwłaszcza że do zeszłego roku zarabiałem naprawdę dobrze, mamy duży, ładny dom.
Niestety czas mijał, a żona nie zachodziła w ciążę. Bardzo to przeżywała. Kiedy już mieliśmy zacząć z in vitro, udało się. Niestety radość bardzo szybko prysła, bo okazało się, że to ciąża pozamaciczna. Na domiar złego wystąpiły powikłania i już nigdy nie zajdzie w ciążę. Przeżyła bardzo ciężkie załamanie nerwowe. Znalazłem najlepszych lekarzy, sporo czasu spędziła też w prywatnej klinice. W końcu jej stan się ustabilizował, jednak nie doszła do siebie. Wciąż musi brać leki, ale nie to jest problemem. Już nie jest sobą. Musiała zrezygnować z pracy, nie pamięta o różnych ważnych rzeczach, boi się zostać sama, gubi się, co wywołuje u niej panikę i płacz. Wszystkie obowiązki domowe wykonuję ja, zatrudniłem też opiekunkę na czas mojego pobytu w pracy. Na teściów nie ma co liczyć. Teściowa potrafi tylko wygłaszać swoje mądrości i mnie krytykować, czasami z wielką łaską posiedzi z Ulą, ale nie mam prawa spóźnić się chociaż pół minuty. Teść ma na wszystko wywalone, przytakuje żonie dla świętego spokoju. Siostra Uli ma swoją rodzinę, zresztą mieszka w innym mieście. Moi rodzice już nie żyją, z braćmi nigdy nie byliśmy blisko.
Ta sytuacja trwa już prawie dwa lata. A ja czuję, że się duszę i jest mi przez to potwornie wstyd, bo wiem, że ona nie zachorowała celowo. Po prostu czuję się, jakbym miał dziecko, które nigdy nie będzie dorosłe i samodzielne. Już nie mogę porozmawiać z nią o wszystkim, straciła zainteresowanie tym, co wcześniej sprawiało nam radość. Jest słodka i urocza, ale nie tak jak dawniej. No i intymność... Obecnie możemy się trochę przytulić i pocałować w czoło albo policzek. Nie zdradzę jednak żony, dalej ją kocham. Po prostu brakuje mi partnerstwa. Ogólnie jestem w patowej sytuacji. Nawet nie myślę o porzuceniu żony, ale powoli przerasta mnie obecna sytuacja.
Moi rodzice to dwójka wspaniałych osób. Ich fantastyczne cechy można by wymieniać godzinami. Mimo wszystko przyjazdy do nich raz na jakiś czas wiążą się z moim ciągłym odruchem wymiotnym. Nie od zawsze, jednak mniej więcej od czasu mojego gimnazjum, nasz dom zaczął przypominać chaotyczną przestrzeń. Sprzątaliśmy w każdą sobotę. Jednak problem stał gdzie indziej. Oboje rodziców do dziś mają skłonności do kupowania wielu przedmiotów. Stawianie ich po całym domu, a także zaśmiecanie każdej możliwej przestrzeni powiązane było z wiecznym poszukiwaniem przedmiotów, a także niewiedzą, co właściwie się posiada. Nie przeszkadzało mi to do momentu, w którym rodzice zaczęli do mojego pokoju podrzucać różne „śmiecie”, bo u siebie brakowało im na nie miejsca. Jednak szybko do tego miszmaszu przywykłam i co gorsza, zaczęłam brać z rodziców przykład. Nasze mieszkanie stało się graciarnią, a prawdziwy kłopot dział się, kiedy ktoś miał nas odwiedzić — co wydarzało się ekstremalnie rzadko, ale jednak. Pamiętam to upychanie przedmiotów po pudłach i wynoszenie w pośpiechu do piwnicy, myjąc wreszcie podłogi czy otwarte przestrzenie „pod” tamtymi przedmiotami. W kątach mieliśmy nawet pajęczyny, bo szmatą czy mopem jeździło się wówczas wokoło rzeczy. Kiedy ktoś postanowił przyjść bez zapowiedzi, udawaliśmy, że nikogo nie ma w mieszkaniu.
W czasie mojej szkoły średniej nauczyłam się lubić porządek, odwrotnie do moich rodziców. Zaprzyjaźniłam się z jedną dziewczyną i po chwili od z nawiązania znajomości spędzałyśmy czas na mieście lub u niej w mieszkaniu, które było tak czyste, że szło jeść z kawałka podłogi pod łóżkiem. Po pewnym czasie czułam, że wypadałoby ją zaprosić do siebie choć raz. Posprzątałam wtedy wszystkie pomieszczenia, poukładałam większość przedmiotów tak, by całość wyglądała dość estetycznie. Z mojego pokoju zaś zrobiłam dosłownie minimalistyczną oazę. Zbuntowałam się i wyrzuciłam większość rzeczy, bo ich nie używałam. Pamiętam, było tego sześć dużych worków. Odwiedziny przyjaciółki stawały się częstsze, a ja regularnie myłam cały dom. „Śmieci” wrzucane do mojego pokoju przez rodziców wyrzucałam. Nigdy nie zauważyli zniknięcia którejś z rzeczy.
Kilka lat temu wyniosłam się do kawalerki urządzonej minimalistycznie, bo ten styl strasznie mi się podoba. Rodziców odwiedzam cyklicznie. Jestem gościem znanym, przed którego wizytą wcale nie trzeba sprzątać. Zastaję chaos, potykam się o rzeczy, a co gorsza, mama ma problemy ze wzrokiem, których nie chce korygować, dlatego jak już coś jest umyte, nadal posiada plamy. Sztućce z brudem, naczynia z odciskiem szminki czy zaschniętej musztardy, posiłki z włosami... Ciastko czy obiad, którym mnie częstują, najczęściej zjadam w swoim dawnym pokoju. Posiłki te pakuję, a po drodze do siebie wyrzucam. Kocham ich, ale brzydzę się ich brudu.
Jestem lekarzem i jednocześnie mam nerwicę natręctw. Oczywiście wiem, że są leki i biorę je, ale jakoś nie działają, a raczej działają częściowo, bo było gorzej. Po każdym kontakcie z pacjentem kilkukrotnie dezynfekuję ręce i każdy sprzęt, który miał z nim kontakt, na czele ze stetoskopem, bo wciąż mam wrażenie, że są tam jeszcze jakieś drobnoustroje. Większy problem pojawia się, kiedy jestem zmuszony (jestem na stażu, bywam na różnych oddziałach) asystować do operacji. Gdy widzę krew na rękawiczkach, jestem przerażony, bo na pewno gdzieś jest dziura i ona jest na moich rękach, a tam na pewno są jakieś ranki i już bankowo mam HIV albo WZW. A jak jeszcze krew tryśnie... Jestem pewny, że jest w moich ustach, oczach... Mam ochotę rzucić wszystko i wybiec stamtąd.
Tak oto właściwie jestem niezdolny do wykonywania swojej pracy — przynajmniej jeszcze przez kilka miesięcy, w trakcie których nie ode mnie zależy, na jakim oddziale pracuję. Kiedy mówię o tym chirurgom, że ja nie chcę na blok, nie mogę, słyszę, że nie można panikować i trzeba przełamywać strach. I tak przełamuję... Stresując się pewnie bardziej niż pacjent.
Dodaj anonimowe wyznanie