Sytuacja miała miejsce 12 lat temu (dziś mam 23 lata). Byłam wtedy w parku na spacerze z moją ówczesną przyjaciółką, siedziałyśmy na ławce pod drzewem i byłyśmy zachwycone, jak ptaszki się razem bawią, ale szybko przestałyśmy się nimi interesować i zajęłyśmy się rozmową. Było całkiem fajnie do momentu, gdy najpierw pod jej nogi spadła głowa ptaszka, a pod moją jego reszta. Urocze, bawiące się ptaszki w rzeczywistości były wronami robiącymi nalot na gniazdo... Naszego wrzasku nie zapomnę do śmierci.
PS Swoją drogą do ptaków mam pecha. Sześć lat później z grupą znajomych poszłam na papierosa za budynkiem szkoły i prawie dostałam w głowę zdechłym gołębiem, który spadł z dachu... Prawie, bo dzielił mnie od tego zdarzenia dosłownie jeden krok.
Syfiarstwo mojej żony doprowadziło do tego, iż jesteśmy w trakcie rozwodu, ale z racji wspólnego dziecka zostawiłem jej dom, a sam poszedłem na mieszkanie.
Wczoraj wszedłem tam pierwszy raz od wyprowadzki, pod jej nieobecność, bo córa zapomniała swojego misia, a przy okazji chciałem skontrolować dom. Po prostu zwaliło mnie z nóg. W tym domu aż śmierdzi od brudu i potykam się o rzeczy na podłodze, stół tak zawalony śmieciami i brudnymi naczyniami, że aż zapytałem się córki, gdzie i co i z czego wy jecie. Zrobiłem jej przez telefon awanturę i zagroziłem, że nie oddam jej dziecka, jak nie zobaczę porządku, a jak uważa inaczej, to skończy się opieką społeczną i sądem, żeby zobaczyli, w jakich warunkach żyje moje dziecko. Trawa na ogrodzie ma z metr i nawet pies tam przestał wchodzić i załatwia się na kostkę. Śmierdzi na całym podwórku i wszędzie walają się psie kupy i moje dziecko nawet nie ma jak się swobodnie pobawić. Kuchnia letnia to już graciarnia. Wszystko wrzucone na kupę, nie ma gdzie nogi wsadzić. Dobrze, że dookoła jest wysoki betonowy płot i ludzie tego nie widzą. Jestem tak zły, że jest to nie do opisania. Jak można być taką syfiarą? Jak można doprowadzić dom do takiego stanu?
Co wieczór, zanim wezmę prysznic, schodzę do pomieszczenia gospodarczego, żeby wrzucić do niego brudne ubrania do kubła, po czym wybiegam zupełnie nagi na ostatnie piętro mojego domu. Pikanterii dodaje fakt, że co wieczór wszyscy domownicy są w domu i w każdej chwili mogą mnie zobaczyć. Dla ciekawskich... nie, nie widzieli mnie... jeszcze.
Zakochałam się we własnym szwagrze. Nie mogę przestać o nim myśleć, fantazjuję o nim, robię wszystko, żeby mnie przypadkowo dotknął... Sama się boję, chyba zmienia się to w jakąś obsesję z mojej strony, bo wczoraj w nocy stałam nad ich łóżkiem i patrzyłam, jak śpią, a po chwili zrozumiałam, że to już jest chore i wyszłam do siebie. Staram się nie dawać znaków, ale chyba robię to nieświadomie, a on chyba coś podejrzewa, bo zaczął na mnie tak jakoś inaczej patrzeć. Najgorsze jest to, że jednocześnie brzydzę się sama sobą, bo wiem, że nie mogę tego zrobić własnej siostrze, ale nie umiem z tym walczyć, nie umiem o nim nie myśleć.
Mam dość mojego chłopaka. Jesteśmy razem już prawie dwa lata. A on jedyne co w wolnej chwili robi, to gra na komputerze. Oczywiście, razem spędzamy czas, ale tak naprawdę kiedy ja go namówię. Wraca z pracy — od razu gra z kolegami do trzeciej nad ranem. Wstaje rano — nawet śniadania nie zje, tylko od razu leci przed komputer i potrafi siedzieć tak cały dzień. Na początku mówił tylko, że gra z kolegami po pracy. Okej, to jeszcze nic takiego. Ale kiedy zamieszkaliśmy razem, zobaczyłam, że on gra non stop. Nie wykonuje żadnych obowiązków domowych. Nawet do jedzenia nie chce mu się nic robić, więc zamawia. Przerwę od grania ma tylko jak pójdzie do pracy albo idzie spać. Tak to ciągle gry. Nawet jak już gdzieś pójdziemy razem, to w telefonie ogląda, jak ktoś inny gra. Naprawdę można sobie czasem pograć, ale żeby cały czas? Zastanawiam się, czy to nie jest uzależnienie jakieś. Czy ktoś może wie jak z tego wyjść? Jak mu to uświadomić w ogóle, jeśli kiedy mu mówię: znowu grasz, a mówiłeś, że chciałeś zrobić to i to, chciałeś gdzieś pójść, to czemu tego nie robisz, tylko siadasz przed komputerem, to on na to, że czemu by nie pograć. Wszystko, co kiedyś powiedział, że chciałby zrobić — ani jednej rzeczy z tego nawet nie zaczął. Naprawdę nie wiem już jak do niego dotrzeć.
Ostatnio widziałam tu wpis o tym, że ludzie nie szanują sprzątaczek, więc opowiem wam moją historię.
Odkąd pamiętam, rodzice uczyli mnie układać wszystko, by łatwiej było sprzątać. W hotelach lub apartamentach zawsze ściągamy pościel i składamy, żeby tylko sprzątaczkom było odrobinkę łatwiej.
Ostatnio jak zwykle przy wychodzeniu z apartamentu ściągamy pościel i bierzemy ogromne worki na śmieci na różne rzeczy, wszystko zmywamy i układamy. Była już prawie jedenasta, czyli godzina, w której trzeba opuścić lokal. Wchodzi właściciel apartamentu i pyta, co my robimy, na co mój tata odpowiada, że sprzątamy. Właściciel się rozwrzeszczał, że to praca sprzątaczek... i że im potrąci za to z pensji.
Nieźle...
Gimnazjum, zajęcia z WF-u, na których skręciłem kolano. Szpital, zabieg, a po zabiegu zakazali mi wstawać z łóżka, żeby nie używać w ogóle nogi ze skręconym kolanem.
Leżę sobie i po paru godzinach poczułem, że chce mi się siku, dość mocno, ale nic, koło łóżka miałem kaczkę do oddawania moczu. W sali leżał ze mną chłopak około 10-letni, z którym siedziała mama. Czekałem, aż ona pójdzie do domu, bo wstydziłem się dźwięku sików wpadających do tej kaczki, ogólne wstydziłem się przy kimś sikać. Godzina 22, ona dalej siedzi, a pęcherz coraz większy. Nie wiedziałem, że ugadała się, że zostaje przy dziecku całą noc, bo jak jej syn budził się rano sam, to dostawał histerii. Dobiła północ i myślę — no nic, muszę się odlać, bo eksploduję. Powoli spod łóżka wyjąłem tę kaczkę, włożyłem pod pościel, próbuję sikać i... nic. Minęło pół godziny, ja cały spocony, a nie ulała się ani kropelka. Mijają kolejne dłuuuugie minuty, pęcherz coraz większy, ja wyczerpany położyłem się na bok i ruszyło... kropelka po kropelce. Nie szło sikać ciurkiem. Jakaś blokada, nie wiem czemu.
Koniec końców pęcherz opróżniłem dopiero po piątej, uwierzcie straszna męczarnia. Jak mam wybierać najgorszy dzień w moim życiu, to właśnie to zdarzenie na pewno jest w pierwszej trójce...
Jakieś 10 lat temu mieszkałam jeszcze z rodzicami na wsi. Można powiedzieć, że to dosłownie wieś zabita dechami, na totalnym odludziu, otoczona jeziorami i bagnami. Miałam wtedy z 18-19 lat. W tamtym czasie bardzo lubiłam spacery po okolicznych lasach. Zawsze brałam ze sobą psy i robiliśmy sobie wyciszający spacer o zachodzie słońca. Jako człowiekowi wychowanemu na wsi niestraszne mi były krzaki, zarośla, podmokły teren czy bagna. Tego dnia postanowiłam wybrać się jedną z dróg, którą rzadziej spacerowałam, głównie dlatego, że właśnie dookoła dróżki były bagna i błoto, w którym moje psy zawsze chciały się wytarzać. Pamiętam, że odeszłam już spory kawałek od głównej drogi, szłam jakąś wąską ścieżką, otoczoną z dwóch stron bagnem. W pewnym momencie moje psy strasznie zainteresowały się czymś na brzegu, w krzakach. Gdy niekoniecznie chciały do mnie wrócić, sama podeszłam sprawdzić, co tam takiego znalazły. I był to najgorszy widok w moim życiu. Na brzegu, częściowo zanurzone w wodzie, leżało nagie ciało noworodka już w jakimś stopniu rozkładu. Było napuchnięte i o dziwnym, ciemnym kolorze (sinym?), co pewnie jest zasługą rozkładu. Widok tak obrzydliwy, że nikomu tego nie życzę. Temu wszystkiemu towarzyszył jeszcze straszny zapach. Przyznam, że przestraszyłam się tak bardzo, że pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam się do ucieczki w stronę domu. Niestety do odważnych nie należę, a widok po prostu przestraszył mnie na śmierć.
Dopiero gdy swoim krzykiem postawiłam na nogi pół wsi i poinformowałam o tym, co widziałam, tata z bratem i sąsiadem poszli to sprawdzić. Potem wezwano policję i odpowiednie służby. Za to ja z szoku nie mogłam wyjść przez kolejne kilka dni. I niestety nie wiem, jak ta sprawa się zakończyła. Krótko po tym wydarzeniu wyprowadziłam się z rodziną na drugi koniec kraju. W międzyczasie słyszałam jedynie plotki od ludzi, że to niby jakieś zwierzęta wywlokły dziecko do lasu albo z kolei najczęściej powtarzaną plotkę, że po prostu jakaś dziewczyna na wsi zaszła w niechcianą ciąże i coś jej odbiło, więc postanowiła się tak zachować. Niestety nie mam jak tego zweryfikować, nie mam kontaktu z nikim z tamtych stron, a sama również się tam nie wybieram. Próbowałam szukać też czegoś w internecie, ale tam znalazłam jedynie informację, że miało coś takiego miejsce, bez zbyt wielu szczegółów. Ale muszę przyznać, że nadal, gdy wspominam sobie ten widok, po prostu słabo mi się robi. Strasznie przerażają mnie wszelkie sprawy związane ze śmiercią i zwłokami, więc to wydarzenie to było dla mnie za dużo. I poniekąd męczy mnie trochę ta niepewność, że nie wiem, co dokładnie tam się stało.
Będąc za granicą, wybrałam się zwiedzić jakieś nowe miasto. Po kilometrach łażenia zachciało mi się siku, po drodze widziałam toaletę miejską, więc wróciłam w to miejsce — toaleta czynna do godziny 12:00. Była 12:08. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam, a że w niedziele wszystko tu pozamykane, postanowiłam wracać na pociąg (w pociągach są kibelki). Miałam mało czasu, więc zaczęłam biegiem lecieć na małą podmiejską stacyjkę tylko po to, by zobaczyć tył mojego odjeżdżającego pociągu. Następny za godzinę...
Usiadłam na ławce na peronie i zaczęłam kombinować: dookoła mnie kilka niewielkich krzaków, jakieś małe drzewko, jakiś mały budyneczek chyba ze stacją trafo, który też na niewiele mi się zdał, bo po obu stronach miał ulicę i ciągle ktoś albo przejeżdżał, albo przechodził z jednej i z drugiej strony. Na peronie nikogo, ale przechodnie na pewno by mnie widzieli, gdybym zaczęła sikać na peronie. Nie miałam wyjścia, wzięłam szalik i zwinięty włożyłam w spodnie i siedząc, popuszczałam troszeczkę, żeby choć trochę uwolnić pęcherz.
Kiedy w końcu przestałam czuć bolesna parcie, postanowiłam połazić trochę w oczekiwaniu na pociąg. Zbliżyłam się do domniemanej stacji trafo... a ta okazała się toaletą.
Sołtys mojej wsi był złodziejem. Każdy o tym wiedział, ale on miał takie plecy, że nic mu nie można było w tej kwestii zrobić. Mój dziadek go nienawidził. Na samo wspomnienie o nim tak się nakręcał, że trzeba było go uspokajać dobrą godzinę. Któregoś dnia ów sołtys załatwił sobie pilota i szybowcem podróżował po niebiosach wsi niczym król po swych włościach. Wszystkim mieszkańcom skoczył gul – drogi dziurawe, obiekty gminne w rozsypce, a on sprawia sobie bezwstydnie takie przyjemności.
Przy śniadaniu zbulwersowany dziadek opowiadał z pasją, jaką to łajzą nie jest ten sołtys. Tak się nakręcił, że z emocji musiał przejść się po polu. Na odchodnym powiedział mi, że jak kiedyś zobaczę tę latającą gnidę, to mam mu pokazać faka.
Miałam wtedy pięć lat i nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to przezabawne.
Dlatego kiedy tylko na niebie widziałam jakiś samolot, helikopter czy cokolwiek innego, to z przekonaniem i pasją pokazywałam środkowy palec i wyzywałam pasażerów od złodziei i łapówkarzy.
Był ostatni tydzień wakacji. Siedziałam późnym wieczorem na schodach przed domem.
Po pewnym czasie zauważyłam helikopter przelatujący tuż nad naszym podwórkiem.
Standardowo zaczęło mi odwalać. Skacząc i krzycząc jakieś głupoty, biegałam po podwórku. Jednak moją uwagę przykuł dziwny tor lotu tego helikoptera. Podczas lotu nagle się zatrzymał, zmienił zupełnie światło i po krótkiej chwili zgasł. Zaraz po to, by z niespotykaną prędkością wzbić się do góry, znowu świecąc. Po chwili znowu się pojawił, ale tym razem jakby zawisł w jednym miejscu i tak zastygł. W tym momencie złapałam na chwilę jakiegoś życiowego laga, bo otrzeźwiałam w połowie zdania mojej babci, która nagle pojawiła się obok. Widziałam ją kątem oka, jednak nie mogłam oderwać wzorku od tego światełka na niebie. Babcia kontynuowała jakieś wywody, wyzywając dziadka. Wtedy chyba jej wzrok powędrował za moim, bo przestała mówić i zastygła. Muszę jeszcze dodać, że to wszystko trwało kilka minut, a z biegiem czasu obiekt co chwilę przybliżał się nad nasze głowy, po czym zatrzymywał i znowu przybliżał.
Babcia zaciągnęła mnie za rękę do domu i kazała spać u niej w łóżku. A sama przy nim siedziała, zamiast położyć się ze mną. Szczerze, byłam przestraszona jej zachowaniem. Nigdy wcześniej nie było podobnej sytuacji.
Nie mam pojęcia do tej pory, co to było. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale z całą pewnością to nie helikopter.
Babcia od tamtego czasu nigdy nie wróciła do tamtego wydarzenia. Kiedy następnego dnia wrócił dziadek i zaczęłam mu to opowiadać, babcia powiedziała, że wydawało mi się i wymyślam. Do tej pory utrzymuje teorię, że nic takiego się nie wydarzyło i coś sobie wymyśliłam, bo byłam wtedy mała. A ja wszystko dokładnie pamiętam i za cholerę nie wiem, czy to było jakieś ufo, czy może wojsko?
Dodaj anonimowe wyznanie