Wyprowadziłem się od moich rodziców i teraz wpadam czasem do nich bez zapowiedzi, klucze oczywiście posiadam.
Był lipiec. Miałem akurat luz, więc postanowiłem, że wstąpię do rodziców i zabiorę swoją korespondencję. To miała być błyskawiczna wizyta, bo i tak nikogo w domu miało nie być. Miałem na uszach słuchawki i akurat słuchałem sobie fajnego kawałka, śpiewając pod nosem. Wbiegłem do mieszkania, wziąłem leżące na szafce listy i już miałem wyjść, gdy zobaczyłem, że balkon jest otwarty. Mama jest przeczulona na punkcie bezpieczeństwa, więc pewnie ojciec zostawił je uchylone wychodząc z domu – pomyślałem. Zamknąłem więc balkonowe drzwi, sprawdziłem tak na wszelki wypadek, czy staruszek nie zapomniał też zakręcić kurków z gazem i wyszedłem z mieszkania.
Pół dnia szwendałem się po mieście, bo miałem parę spraw do załatwienia. Kiedy już wszystko ogarnąłem, wsiadłem w samochód i standardowo, jak to o godzinie 16 w mieście bywa – stanąłem w korku. Włączyłem sobie radio, aby zabić nudę. Akurat trwała jakaś audycja satyryczna. Dwójka prowadzących śmiała się do rozpuku z jakiegoś gościa, który od kilku godzin stoi na balkonie całkiem nago.
Nie wiadomo, czy to jakiś performance czy może artystyczna prowokacja. – mówił prowadzący. – Pod blokiem zebrało się sporo gapiów. Jest tam też nasz reporter…
Studio połączyło się z reporterem. Ten w bardzo kąśliwy sposób opisywał gościa, który desperacko usiłował zasłonić swoje przyrodzenie za pomocą doniczki z jakimś nagietkiem czy innym kwieciem. Ubaw po pachy.
I kiedy tak sobie stałem w korku, zadzwoniła do mnie mama, cała roztrzęsiona: Czy wiesz co zrobiłeś? Ojca na balkonie zamknąłeś! Gołego! Cztery godziny tam siedział! Policja drzwi chciała wyważać! Ludzie zdjęcia telefonami robili!
Zaparkowałem w pierwszym lepszym miejscu i pobiegłem do rodziców. Co się okazało – mój tatko dostał dwa dni wolnego. Rano wyszedł na balkon niosąc ze sobą kwiatek, co to go kupił dzień wcześniej w jakimś sklepie. Jako że miał tylko postawić doniczkę na parapecie, nie kłopotał się, aby narzucić cokolwiek na siebie. Przecież to tylko dwie sekundy – kto mógłby go zobaczyć? I wtedy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi. Domyślił się, że to ja, ale nie chciał, żebym go zobaczył na golasa, więc ukucnął mając nadzieję, że zaraz wyjdę. A ja zamknąłem balkon... Podobno zaczął walić w drzwi, ale ja miałem na uszach słuchawki…
Przez chwilę mój ojciec stał się gwiazdą Internetu i najbardziej rozpoznawalną osobą na osiedlu. Zyskał nawet szacunek pani z zieleniaka, która od tego czasu zaczęła dawać mu rabat na włoszczyznę.
Przez dwa tygodnie staruszek się do mnie nie odzywał. Teraz jest już okej. Obiecałem, że zawsze przed przed przyjściem będę go informował na wypadek gdyby akurat zachciało mu się robić jakieś akrobacje na golasa.
Kiedy patrzę w twarz mojej córeczki, widzę jej matkę biologiczną. Czuję jeszcze ból w sercu, jaki towarzyszył mi z każdym poleconym z sądu, kiedy to szanowna była przypomniała sobie, że ma jeszcze jedno dziecko. Czasami po pół, a czasami po roku.
Mała jest moim oczkiem w głowie, całym moim życiem i światem, a jedyne co wynagradza te lata bólu i niepewności to jej piękne, prawdziwe i szczęśliwe dzieciństwo, którego jej mamusi nie udało się zrujnować.
Nie mieszkam już w kraju, ale w związku z tymi białymi i czarnymi piątkami chciałam coś opowiedzieć:
Miałam kiedyś bliźniaczkę.
Wychowywałyśmy się razem, bawiłyśmy, uczyłyśmy, byłyśmy nierozłączne, na studia też poszłyśmy razem. Pewnego razu Ala (imię zmienione) spotkała miłość swojego życia. Po jakimś czasie ja również znalazłam swoją. Wszystko było pięknie, może nie jak w bajce, ale nasze życia pozbawione były nadmiaru przykrych wydarzeń itp. Chciałyśmy założyć duże rodziny, zamieszkać niedaleko siebie, żeby nasze dzieci mogły się ze sobą wychowywać. Po studiach Ala wyszła za mąż, a po dwóch latach i ja to zrobiłam. To ona pierwsza zaszła w ciążę.
Podczas jednych z badań prenatalnych wyszła pewna nieprawidłowość. Koniec końców okazało się, że dzidziuś, na którego tak bardzo czekała, ma pewną wadę rozwojową, której konsekwencją było nierozwinięcie się płuc. Szok, płacz, niedowierzanie, wiele nieprzespanych nocy. Moja siostra zdecydowała się donosić to dziecko, chociaż lekarze byli temu przeciwni. Wierząca, licząca na cud, że być może coś się stanie, lub lekarze będą w stanie coś zrobić. Wszyscy mówiliśmy Ali, że dziecko nie przeżyje, ona była tego świadoma, lecz ciągle tliła się w niej jakaś nadzieja.
Pod koniec ciąży podchodziła do tego na spokojnie, mówiła, że chce się po prostu pożegnać, chociaż przez chwilę móc je przytulić, że to dla ich dobra.
Tak też się stało - mój siostrzeniec był na tym świecie tylko chwilę, zanim się udusił.
Płacz, pożegnanie, później wizyty u lekarza, z dnia na dzień moja siostra czuła się lepiej.
Jednak w środku nie dała rady. Miesiąc po porodzie Ala się powiesiła. Zostawiła list, w którym napisała, że dla zaspokojenia swojego sumienia i potrzeb pozwoliła, żeby jej syn umarł w cierpieniu.
Od tamtego czasu minęło kilka lat, ale ja ciągle nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że jej nie pomogłam. Zastanawiam się, jaki udział w podjęciu decyzji o donoszeniu ciąży mieli szwagier i otoczenie. Zastanawiam się też, czy ona tak naprawdę tego chciała i czy była na to gotowa. Zastanawiam się nad tym, jak tragiczne musiało być uczucie patrzeć na swoje dziecko, jak się męczy i umiera.
Po tamtych wydarzeniach postanowiłam wyjechać z mężem - żyjemy i pracujemy na Wyspach. Zdecydowałam, że nie chcę mieć dzieci.
Nikt z mojego nowego otoczenia nie zna tej historii i nie lubię o tym mówić komukolwiek. Teraz jednak widzę, że w kraju organizowane są różne protesty związane ze zmianą ustawy o aborcji. Pomyślałam, że mogę to z siebie anonimowo wyrzucić, bez konsekwencji... Bo ciągle w głębi żałuję, że Ala nie przerwała tej ciąży (chociaż nie wiem, czy to też nie doprowadziłoby jej do popełnienia samobójstwa). Nie jestem zwolenniczką aborcji, ale w każdym razie cieszę się, że Ala chociaż miała wybór...
Ja i mój kumpel mamy podobny gust i jesteśmy totalnymi przegrywami.
Nie dość, że zakochaliśmy się w tej samej dziewczynie, to jeszcze przez internet. Brawo my.
Sytuacja wydarzyła się dosłownie kilka dni temu.
Idąc chodnikiem, poczułam czyjąś rękę na swoim pośladku, po czym ten sam chłopak przybliżył się, żeby mnie pocałować. Już miałam na niego nakrzyczeć, gdy w tym momencie zaczął mnie przepraszać, tłumaczył, że pomylił mnie ze swoją dziewczyną, błagał, żebym o tym zapomniała. Jako że jestem osobą, która nie robi afery, gdy usłyszy szczere przeprosiny, wybaczyłam. Chłopak mi podziękował i szybkim krokiem odszedł. Ja się tym zbytnio nie przejęłam.
Tak powinna się skończyć ta historia, ale niestety.
Następnego dnia zobaczyłam tego chłopaka w parku w towarzystwie jakiejś dziewczyny. Na bank była to jego partnerka, ponieważ szli przytuleni. Problem w tym, że zupełnie nie była do mnie podobna. Ja mam czarne włosy, ona blond, ja mam długie, a ona raczej do ramion, ja jestem szczupła, ona trochę przy kości. Nie było opcji, żeby nas pomylić.
Wtedy nie zareagowałam, a on raczej mnie nie zauważył. Nie wiem, czy mam ją odnaleźć i powiedzieć, że jej facet jest dupkiem. W sumie jakby co, mógłby się wszystkiego wyprzeć. Ale tak strasznie szkoda mi tej dziewczyny.
30 lat i wypalenie zawodowe.
Co mogę powiedzieć? Jestem programistą "25k". Pochodzę z biednej rodziny, więc pieniądze, które dziś zarabiam, stanowią coś w rodzaju oznaki sukcesu w rodzinie. Na przyjęciach rodzinnych dzieciakom mówi się, żeby poszły w moje ślady. A ja męczę się by przeżyć każdy dzień.
Jak do tego doszło? Otóż w szkole byłem zdolnym dzieciakiem (ale nie kujonem), jakieś olimpiady matematyczne, kangury itd. Wiadome, w kręgu znajomych "koło matematyczne", nerdy i geeki. Od dziecka słuchałem od nauczycieli "jesteś zdolny, idź na informatykę, tam jest pieniądz". A ja miałem całkiem inne zainteresowania: ekonomia i medycyna. Niestety na studia medyczne się nie dostałem, więc poszedłem na ekonomię. Maturę z fiz i matmy rozszerzoną napisałem w okolicach 95%, biologia poszła mi w miarę dobrze, ale chemia olana, bo na moim profilu miałem jedynie podstawy.
W trakcie studiów ekonomicznych załapałem robotę jako programista. Umiałem dość dobrze programować, bo w szkole byłem na profilu informatycznym, gdzie nas tego uczyli. Szybki pieniądz w porównaniu z moimi znajomymi zawrócił mi trochę w głowie, ale już po 3-4 miesiącach stwierdziłem, że to nie dla mnie - 8h przed komputerem to była udręka, wolałem pracę bardziej "w ruchu", lubiłem meetingi, workshopy, ale samo kodzenie nie. Przez znajomego, który mnie polecił, dostałem robotę w "konsultingu". Brzmiało fajnie - myślałem, że będę doradzać firmom i rządom, w końcu coś co mnie ciekawi, ekonomia itd. Okazało się że "konsulting" to było również oranie kodu, tyle że dla wielu klientów, i nic z "konsultingiem" ze świata finansów nie miało wspólnego. Fakt - trochę świata zwiedziłem, by w każdym miejscu być traktowany jak tani śmieć z 3 świata, a zarobki które w Polsce wyglądają świetnie, na miejscu były dostępne gościowi sprzątającemu ulice, a mój zawód był traktowany jak tania siła robocza na poziomie bardziej ogarniętego hindusa, który to hindus ma być na każde zawołanie i podniecać się "IT i tech".
Szczerze to doznałem kompletnego wypalenia zawodowego. Straciłem masę pieniędzy (depresja, problemu z urzędem skarbowym) i nadal tkwię w tym zawodzie, bo nic innego nie mam. Z psychologiem doszedłem do wniosku, że niski status społeczny mojej rodziny wywołał u mnie potrzebę prestiżu, a nie oszukujmy się - programista prestiżowym zawodem nie jest. Czuję, że mając 18 lat, świetne wyniki, mogłem osiągnąć wszystko, mogłem poprawiać maturę, mogłem pójść w ekonomię, albo medycynę, a dziś siedzę i klepię kod od rana do wieczora z ludźmi, którzy się tym podniecają, którzy chodzą w t-shirtach zamiast garniakach za 20 k.
Przez wypalenie straciłem też swoją dziewczynę - po prostu olewałem ją, a ona też nie chciała siedzieć nad gościem z depresją. Straciłem ambicję i jestem wyrobnikiem.
Półtora roku temu dodałem pierwsze moje anonimowe wyznanie. To będzie po części kontynuacją.
Moją tajemnicą są przebieranki.
Przebieranki w damskie ubrania.
Poprzednio opisywałem, jak wyszedłem pierwszy raz przebrany jako kobieta na ulicę, przespacerować się. Z perspektywy czasu jaki minął od tamtej pory sporo się zmieniło. Nauczyłem się robić w miarę make-up. Przykładam o wiele większą uwagę do tego, co ubieram, czy buty pasują do tej torebki itp. Zmieniły się także miejsca, gdzie wychodziłem przebrany za kobietę. To już nie są boczne uliczki, a centra handlowe. Mam na koncie nawet kilka wizyt w damskiej toalecie w takim centrum.
Z każdym wyjściem zyskuję coraz więcej pewności siebie. Zakładam coraz bardziej odważne ubrania - wysokie szpilki na platformie, rajstopy z paskiem imitującym szew z tyłu, mini. Jak na początku mojej przygody chciałem przemykać niezauważony, tak teraz lubię czuć się seksownie i przyciągać wzrok mężczyzn. Przez te półtora roku bardzo mocno poleciałem. Teraz jestem skłonny myśleć, że to nie tylko niewinne przebieranki, a coś więcej. Zaczynają podniecać mnie faceci i myśli o nich. Nawet kupiłem sobie zabawkę dla pań i wiadomo co z nią robię... A dlaczego o tym piszę? Nie wiem. Może chcę się tym z kimś podzielić. A może po prostu mi się nudzi, bo przez wirusa siedzę w domu i nie mogę wyjść na zewnątrz jako kobieta?
W każdym razie pozdrawiam cieplutko wszystkich, którzy to przeczytali.
Szukając jakieś kolonii, gdzie mógłbym spędzić te 2 tygodnie wakacji, natrafiłem na jedną z tańszych, ale oferujących dosyć dużo rzeczy obóz. Rodzice mnie zapisali i wysłali na 2 koniec Polski. Źle nie było, w sensie jedzenie dobre było, trochę był kłopot z łazienką, ale dało się jakoś podzielić. Kłopot pojawił się później, jak to dzieci z daleka od domu dzwoniliśmy do rodziców przynajmniej raz na dzień meldując jak tam/co tam.
Akurat wydarzył się mały wypadek jednemu z opiekunów (coś tam z ręką), a że to coś interesującego, jeden z obozowiczów postanowił, że po prostu wspomni swoim rodzicom o tym wypadku. Niby nic, lecz ci rodzice zaczęli się za bardzo martwić o swoje dziecko, że jemu też coś się stanie, więc postanowili (z czego słyszałem, to nawet w nocy) dzwonić do głównego opiekuna kolonii z różnymi pytaniami na temat stanu zdrowia dzieci, czy też poszkodowanego opiekuna.
Rozumiem zdenerwowanie gł. opiekuna, bo to mogło być uciążliwe takie wydzwanianie, ale swoją złość całą skierował na to dziecko, które tylko raz przy rozmowie wspomniało co się u nas wydarzyło. Już nie wszystko pamiętam jak ten opiekun się zachowywał wobec tego dziecka, ale to było m.in. mówienie mu, że jego rodzice są nienormalni, ośmieszanie go, czy też robienie mu 10 minutowych oprowadzanek na koniu, trzymając cały czas przez tego opiekuna, podczas gdy reszta mogła ,,normalnie,, jeździć (jazdy dla KAŻDEGO uczestnika miały trwać 40 minut) i ogólnie darcie się na niego. Nie będę się wypowiadać na temat stanu zdrowia zwierząt... teraz pora na mnie.
Miałem wypadek i to dosyć groźny bo spadłem na kark + zemdlałem. Osobiście uważam, że w takiej chwili ktokolwiek powinien zadzwonić na karetkę, zwłaszcza, że potem znowu zemdlałem. To była połowa już turnusu, opiekun nawet nie zadzwonił do moich rodziców. Poszedłem do ,,znajomego,, ich lekarza na drugi dzień, ale ten tylko sprawdził mi oko (które miałem podbite). Ja przez ten czas nie mówiłem nic rodzicom. Już nie pamiętam w którym dniu zabrano mnie do lekarza, oczywiście nie chcieli mnie przyjąć ,,bo nikt nie zadzwonił na karetkę" a ludzi dużo w kolejce. Po paru próbach lekarze zlitowali się nad dzieckiem i mnie przyjęli. Zadawali pytania np. czy zemdlałem, co potwierdziłem i.t.d opiekun dostał od nich ochrzan, że jest nie odpowiedzialny, a ja od opiekuna, że po co im mówiłem, że zemdlałem. Jakoś obóz dobiegał końca, nie będę pisać jak to się skończyło, bo normalnie... tata nie zareagował. Na koniec od tego opiekuna usłyszałem - że mam super tatę - bo przyjął wieść o moim wypadku spokojnie - taaa super.
Parę lat minęło, nie mam pojęcia czy coś się zmieniło w tym obozie, ja już nigdzie później nie jeździłem i cholernie żałuje, że wybrałem wtedy opcję ,,hehe tanio" niż dopłacić i wybrać coś normalnego.
Wiecie co jest dziwne?
Gdy chcąc się zabić wybierasz opcję, która będzie najwygodniejsza dla twojej rodziny, by nie zniszczyć, nie ubrudzić. Załatwiasz wszystkie "formalności", jak przed wyjazdem, z którego po prostu nie wrócisz.
Zastałam dzisiaj moją sześcioletnią córkę w salonie bawiącą się tamponami, które ku mojemu zdziwieniu miały dorysowane markerem oczy. Na moje pytanie co robi, odpowiedziała, że bawi się w rodzinę myszy.
Tak mnie to rozśmieszyło, że ze spokojem włożyłam sobie owinięty papierem kawałek waty i radośnie pomknęłam do pobliskiego marketu w celu dokupienia większej ilości przedstawicieli tego bawełnianego gatunku.
Dodaj anonimowe wyznanie