#swXEw

Dobre kilkanaście lat temu, gdy komórki posiadali nieliczni, wracam z kolegą z piwka lekko wstawiony — no, może bardziej niż lekko. Godzina późna, podjechalibyśmy do domu nocnym, ale ulica pusta, a my nie mamy pojęcia, ile nam przyjdzie czekać, bo zegarków brak.
Nagle widzę jakąś dziewczynę niedaleko nas. Inteligentnie pomyślałem, że podbiegnę do niej i zapytam o godzinę, bo kompletnie nie mieliśmy pojęcia, która jest.

Żałuję, że czasu jej nie mierzyłem, bo pewnie rekordem biegania zbliżyła się do Bolta na 100 m.

#LUvgD

Istnieją trzy najlepsze okresy w moim życiu. Choć nie przeżyłem aż tyle, co moi rówieśnicy, to i tak okresy te zawsze będę miał w moim sercu.

Końcówka lat 90.
Były to świadome początki mojego dzieciństwa. Słuchało się wtedy kaset magnetofonowych, które zapoczątkowały moją obsesję na punkcie kolekcjonerstwa. Podobnie było z Pegasusem, którego dostaliśmy od wujka. Przyjeżdżał do nas co niedzielę ze słodyczami. Nie tylko graliśmy w Tanki, ale również budowaliśmy rozbudowane domy z klocków LEGO. Zdarzało się również, że przywoził ze sobą aparat i robił nam zdjęcia na spacerach. Sporo wtedy spędzałem czasu na świeżym powietrzu. Na BMX-ie, na lokalnych festynach, na stadionie czy zabawach z kolegami. Wtedy również poznałem kilka świetnych gier na komputerze kolegi. Zbierałem również karty telefoniczne czy grałem w planszówki. Bawiłem się również w chowanego.

Lata 2000.
Okres ten nieco się zmienił. Porzuciłem planszówki, kasety czy zbieranie kart. Jakoś mnie to znudziło. Istniały wtedy nadal gadżety, na przykład Jojo firmy Draco, które dostałem na Dzień Dziecka. Nie tylko grywałem na Pegasusie, ale również dostałem swój pierwszy komputer z okresu lat 90. W ten oto sposób pojawiły się u mnie początki pasji, czyli majsterkowanie przy PC. Przechodząc do pasji, to również często wędkowałem czy podróżowałem. Niedługo potem poznałem dobrego kolegę, który poświęcił mi mnóstwo czasu, jak również do niczego mnie nie zmuszał. Razem chodziliśmy na wyprawy wędkarskie, podróżowałem (nie tylko z nim), graliśmy sobie w karty czy graliśmy w zośkę piłką. Wędkowanie stało się drugą z moich pasji. Prócz tego graliśmy na komputerze w gry na dzielonym ekranie lub słuchaliśmy tej samej muzyki. Wtedy poznałem Eskę czy Energy 2000.

Końcówka lat 2010.
W 2016 roku uświadomiłem sobie, że nowoczesność mnie nie cieszy. Ta technologia, ten pośpiech... Postanowiłem spędzać czas jak w latach 90/2000. Pojawiła się też pasja samorozwoju, polubiłem sprzątać/organizować czas czy fotografować. Tak więc rozpoczął się wielki projekt Retro.
W tym okresie poznałem najwspanialszą osobę na świecie. Nie będę rozpowiadał, bo może sobie tego nie życzy, ale dała mi wiele więcej od siebie niż ktokolwiek w życiu. Mnóstwo spędzonych razem dni, możliwość troski. Wspólne plany i pasje. Czułem się jak w prawdziwej rodzinie. W tym okresie rozwinąłem swoje wartości oraz powróciła i rozwinęła się pasja podróżowania. Pokazaliśmy sobie nawzajem sporo nowych form spędzenia czasu.

Mimo tego, że minęło trochę lat, mam wielki szacunek do bliskich mi osób, pasji i chwil, które sam lub z nimi przeżyłem. Tęsknię i wierzę, ale w co? To moja skryta tajemnica. Nadal pracuję nad projektem, a także nad samorozwojem.

#6yubV

Mówiłam chłopakowi o tym, że masturbowałam się do filmu, w którym kobieta udaje martwą, ale nikt poza mną i wami nigdy nie dowie się, że jako dziecko (ogólnie zaczęłam bardzo wcześnie) robiłam to do własnych rodziców – słyszałam ich, a czasem podglądałam przez szparę w drzwiach.

#xBy6q

Wśród swoich znajomych (głównie płci żeńskiej, ale bywa różnie) uchodzę za swego rodzaju „urodową ekspertkę”. Zawsze mam zadbane paznokcie, zdrowo wyglądającą cerę, błyszczące włosy i perfekcyjny makijaż. Wielokrotnie mniej lub bardziej znajome osoby pytają mnie o tajniki tak świetnego wyglądu. Zaczęłam więc interesować się tą tematyką trochę bardziej, daję profesjonalne porady, nawet niekiedy podsyłam „sprawdzone” strony do zamawiania suplementów i akcesoriów, polecam kosmetyki itp.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że sama praktycznie w ogóle nie korzystam z większości tych porad. Nie wiem, może genetycznie mam lśniące włosy i zdrową cerę, ale nigdy o to szczególnie nie dbałam, do tego stopnia, że jak zaczęłam się bardziej zagłębiać w te tematy, to z przerażeniem odkryłam, że robię prawie wszystkie „błędy”, których trzeba się wystrzegać. Gdy poznałam prawidłowe metody, zaczęłam wprowadzać je w życie i... stan mojej cery zaczął się pogarszać, takiego wysypu na twarzy nie miałam nawet jako nastolatka, włosy zrobiły się matowe i masowo wypadają, paznokcie się łamią, lakier nie trzyma mi dłużej niż trzy dni, a makijaż... Kompletna porażka, wyglądam jak połączenie klauna i drag queen...

Mimo to dalej bawię się w ciocię „dobra rada”, ponieważ wszystkim (oprócz mnie) moje sugestie uratowały skórę. Dosłownie.

#ASTQI

Moja matka jest naprawdę ciężkim w obyciu człowiekiem, bardzo toksycznym. Ale na razie ograniczę się tylko do aspektów fizycznych, czysto praktycznego życia z nią pod jednym dachem.

Jest otyła. Przez to bardzo szybko się męczy, przeokrutnie poci po zwykłym przejściu kilku metrów, nabywa coraz to nowsze problemy w poruszaniu się. Ale nic z tym nie robi, bo uważa kilogramy za nieodłączny element macierzyństwa, który jest wręcz powodem do jakiejś chorej dumy. Natomiast kiedy przyjdzie do jakiegoś zadania domowego, to ona nie da rady, bo jej za ciężko. A ja jestem wtedy wyrodną córką, bo śmiem poprosić ją o zrobienie czegoś ponad jej siły. O wyniesienie śmieci, na przykład.
Nie kąpie się. Autentycznie. Potrafi kilka miesięcy nie widywać się z wanną. Śmierdzi wszystkimi wydzielinami ciała, przede wszystkim potem, ale największym problemem są okolice intymne. To tak silny odór, że od razu czuć, skąd się wydobywa. Z trudem przebywam z nią w zamkniętym pomieszczeniu, często każę jej po prostu wyjść, bo brzydzi mnie, kiedy siada na mojej pościeli i wstydzę się iść obok niej w miejscach publicznych.
Przy szafie gromadzi bieliznę przez cały tydzień, ale nigdy jej nie wynosi do kosza na brudy. Śmierdzące majtki i skarpety fermentują do momentu, aż je zbiorę i wypiorę. A jeśli tego nie zrobię, są pretensje, bo „to jest twój obowiązek”.
Nigdy po sobie nie sprząta. Jedzenie wyciągnięte z lodówki będzie leżało na stole i pleśniało, dopóki nie odłożę go na miejsce. Jeśli rozchlapie coś na podłodze, nie wytrze tego. Zostawi, bo to ja mam sprzątać w tym domu. Ubrania noszone w ciągu tygodnia będą porozrzucane po pokoju, dopóki ich nie poskładam/wypiorę. Generalnie wszystkie obowiązki domowe spoczywają na mnie, chociaż po szkole bywałam wręcz wyprana z energii, a mamusia nią tryskała.
Notorycznie podbiera mi skarpetki i buty. Po prostu wchodzi, kiedy śpię lub nie ma mnie w domu i sobie bierze. Skarpety nosi tak długo, że kamienieją od brudu, a wyprane nadal wyglądają obleśnie. Nabawiłam się przez to grzybicy.
Kiedyś przyłapałam ją na używaniu mojego antyperspirantu w kulce. Ochrzaniłam ją naprawdę solidnie, ale wzruszyła tylko ramionami, bo „to nic takiego, to normalne”. Używała go potem na moich oczach, dopóki nie zaczęłam nosić go ze sobą w torbie.
Załatwia się przy otwartych drzwiach. Dosłownie. Nie chce jej się zamykać drzwi, a te, niestety, prowadzą do kuchni. W kuchni również mamy drzwi wejściowe. Nic sobie nie robi z tego, że ktoś może wejść, bo „jest u siebie i jej wolno”.

Czasem myślę, że żyję z najbardziej ohydnym człowiekiem, jakiego tylko możecie sobie wyobrazić. Nasza relacja matka-córka jest dla mnie męcząca i bardzo uciążliwa. Coś jak balast, którego nie umiem się pozbyć. Takie betonowe buty. Mam jej dość.

#CcaSq

Pracuję w miejscu, gdzie organizujemy zajęcia pozaszkolne dla dzieci z problemami. Świętowaliśmy w tym tygodniu wystawienie ocen naszych podopiecznych i zakończenie roku szkolnego, a co za tym idzie — okresu naszej najcięższej roboty.
Po części dla dzieciaków przyszedł czas na nas — nauczycieli, pedagogów i wolontariuszy. Na rozluźnienie znalazło się wino i gdy zaproponowano mi kieliszek, odpowiedziałam, że... dziękuję, ale nie piję, bo biorę narkotyki.

Byłam tak zamyślona na temat rozmowy z podopieczną, że nawet nie zarejestrowałam mojego przejęzyczenia. Dopiero chaos, który nastąpił po tym zdaniu, uświadomił mi, że właśnie pomyliłam antybiotyki z narkotykami...

#u8QKJ

Parę lat temu dostałam się na studia i musiałam wyprowadzić do innego miasta. Rodzice pojechali mnie „zainstalować” i kupić pralkę. W wynajmowanym przeze mnie i koleżankę mieszkaniu była tylko stara Frania, więc umówiłyśmy się, że pralkę kupię ja, a ona coś tam innego, żeby potem nie było problemu przy podziale. Przyjechaliśmy, córunia zainstalowana, pralka kupiona — ale dostawa następnego dnia, a jeszcze panowie dostawcy mogą zabrać poprzednią pralkę z mieszkania, jeśli klient sobie życzy. Pożegnałam się z rodzicami, podziękowałam, pojechali. Następnego dnia dzwonek do drzwi, panowie przyjechali z pralką. Weszli, wstawili, i jeden pyta: „A stara jest?”.
Na co ja rezolutnie odpowiedziałam: „Mamy nie ma w domu”.

#rAlgV

Koleżanka opowiadała mi o jakichś swoich łóżkowych fetyszach, więc zażartowałem sobie: „Zapamiętać — nigdy nie iść z tobą do łóżka, ha, ha, ha”. Popatrzyła na mnie rozbawiona i powiedziała: „Spooooko, nie ma obaw, trzeba się szanować, mam jakieś swoje normy, nie? He, he, he”.
He, he.
He.
:(

#FE9O2

Od 7 lat pracuję jako księgowy i mam już serdecznie dość tej roboty. Kilka tygodni temu ze znajomymi zrobiliśmy sobie maraton i obejrzeliśmy wszystkie części „Piratów z Karaibów”. W nocy przyśniło mi się, że jestem na Karaibach i zaciągnąłem się na piracki statek. Niby super sen, ale kim zostałem na tym pirackim statku? Księgowym...

#sSXhn

Od 17 lat dudnią mi w głowie słowa mojego ojca: „Przyszedł list z sądu, macie iść do domu dziecka, idę się powiesić...”.
Dla dziesięciolatka, który kilka miesięcy wcześniej stracił mamę, to był koszmar.

Ojciec żyje, ale popadł w alkoholizm, a ja po tylu latach mogę śmiało powiedzieć, że pobyt w bidulu wyszedł mi na dobre. Tylko te słowa nie chcą wylecieć...
Dodaj anonimowe wyznanie