Kilka lat temu podczas urodzin mojego wujka w restauracji zauważyłem piękną kelnerkę. Pierwszy raz w życiu zakochałem się od pierwszego wrażenia. Po poszukiwaniach tej dziewczyny na FB w końcu ja znalazłem, pomimo że nie wiedziałem, jak ma na imię i czy jest z danej miejscowości. W końcu odważyłem się napisać, bardzo dobrze się rozmawiało i mieliśmy dużo wspólnych cech i przekonań. Niestety historia nie kończy się tak, jak miałem nadzieję, pomimo propozycji spotkania po kilku miesiącach, była już w związku. Najgorsze jest to, że dalej coś do niej czuję, nie potrafię o niej zapomnieć, pomimo kilku lat, z tyłu głowy dalej jest przekonanie, że to była ta jedyna.
Ostatnio zauważyłem, ze trochę się rozszczelniłem – mianowicie jak kicham, to jednocześnie pierdzę...
Kilka lat temu szedłem sobie ulicami mojego miasta, zapatrzony w chodnik.
Nagle jak spod ziemi wyrosło przede mną trzech łysawych Sebków i leci złowieszczy tekst: „Masz problem?”. Życie mi przeleciało przed oczami, bo wiadomo, co taki tekst zazwyczaj oznacza, ale odpowiedziałem, że nie mam. Chłopaki pytają, czy na pewno... i nagle jeden z nich podaje mi komórkę: „Wypadła ci z kieszeni”. Zbaraniałem, podziękowałem, a oni tylko kiwnęli głowami i poszli dalej.
Do dziś mi wstyd, że tak szybko ich oceniłem i pomyślałem o nich najgorsze, stereotypowo zakładając, że chcą mi zrobić krzywdę.
Mam niemalże 21 lat. Zawsze byłam uważana za osobę spokojną i opanowaną - przynajmniej tak byłam traktowana. Prawda jest taka, że zawsze byłam nader dojrzała na swój wiek.
Od 15 roku życia nie mieszkam w domu, skupiłam się na nauce. Teraz pracuję i studiuję zaocznie. Dziewczyna wywodząca się z małej wiochy wyrwała się do miasta i się "nosi". Zawsze słyszę: "ale ci się udało, z takiej wiochy, taka praca i studiujesz..."; "teraz to ty masz życie. Sama, o nic się nie martwisz, zazdroszczę".
Pytam się w myślach: czego mi zazdroszczą ? Tego, że jestem sama ? Że nigdy nie usłyszałam słów: pomogę ci, dasz radę, jak sobie radzisz? Że nie doznałam wsparcia od drugiej osoby? Mając 21 lat, czuję się, jakby stuknęła mi 30! Praca, studia, dom i tak w kółko. A gdzie w tym wszystkim ja? Przyjaciół brak, znajomi... mhh... chyba jedynie na Facebooku (nie licząc tych ze studiów, porozrzucanych po całym województwie). Jestem sama, nigdy nie miałam chłopaka, nawet się nie całowałam! Nie jestem piękna, brzydka też nie - odpowiednie słowo to przeciętna, ale nie zdziwię się, jak zostanę starą panną z gromadką kotów...
Czy ktoś z Was też tak ma, że mimo iż się chce kogoś poznać, to i tak z tego nici?
W tym roku mój mąż był w ciężkim szoku, że święta wielkanocne miałam wolne od pracy. Dlaczego?
Teściowej na święta nie było, a ja w pracy uzgodniłam z kierownictwem, że jeśli moja teściowa zjeżdża na święta do mojego domu, to biorę wszystkie najgorsze zmiany — najczęściej to popołudniówki.
Ot, taki mały sekrecik.
Jestem 24-latką i mieszkam w innym mieście niż moi rodzice z racji studiów. Mama i tata są trochę starej daty i nie opowiadam im życia osobistego ze szczegółami, a wiem, że od dawna czekają, aż przedstawię im tego jedynego. Czasem nawet wspominają o marzeniach o wnukach.
Przyjechałam na święta wielkanocne do rodzinnego domu. Mam chorą tarczycę, ostatnio zmieniłam leki i dziwnie działają na moje hormony. W dodatku z okresem, mieszanka wybuchowa. I nie mówię tu o humorkach... Dojadam czekoladową polewę, zagryzam ogórkiem kiszonym, jabłkiem, a potem jak gdyby nigdy nic piję np. mleko. Moi rodzice to zauważyli. I zaczęli się uśmiechać, być milsi, pytać, jak się czuję... Tak. Oni myślą, że jestem w ciąży z jakimś ukochanym, którego ukrywam.
Akurat w te święta planowałam się odważyć i powiedzieć im, że wolę kobiety. Wcześniej nie mówiłam, bo do niedawna nie pojawiła się żadna partnerka godna uwagi. Trzymajcie kciuki.
Mam 18 lat, pracuję, a raczej pomagam, w barze rodziców. Jest to mała gastronomia - mama na kuchni, tata sprzedawca, ja 1) kelnerka, 2) pomoc kuchenna, 3) ogólnie przynieś, wynieś, pozamiataj. Ktoś musi, padło na mnie. Trudno się mówi. Jako że robota taka, a nie inna, a mój charakter taki, a nie inny - nie daję sobie wejść na głowę, w końcu muszę ogarniać praktycznie wszystko. Tata przyjmuje zamówienia przy ladzie, ja muszę wiedzieć gdzie zamówienie przynieść, przy okazji być miłym dla klientów, służyć radą (patrz pkt 3. i 2.). Z kuchni zabieram zamówienie, ale to, co zostało ugotowane, często sama wcześniej muszę nałożyć na talerze. Mama zajęta jest gotowaniem, często nie ma czasu, bo trzeba odwrócić się do czegoś innego. Tak że niedziwne, że często wydaję się władcza przy komunikacji między rodzicami. "Musisz zabrać talerz ze stolika nr 3", "Podaj państwu przyprawy", "Karteczkę z zamówieniami dałam ci ro ręki". Nie ma czasu na "proszę". Trzeba działać szybko i mówić zwięźle. Czasami jest taki ruch, że inaczej po prostu nie mam jak, bo muszę być w dwóch miejscach naraz. Rodzicom to nie przeszkadza, co więcej, w natłoku obowiązków taka komunikacja nawet im pasuje.
Za to u najczęściej starszych klientów wywołuje ona odruchy agresji. Nawet nie chodzi o to, że to moi rodzice, a w pracy jestem z nimi na ''ty'' i nie wymieniamy zwyczajowych uprzejmości, bo że jesteśmy spokrewnieni, to często nie wiedzą. Chodzi o mój wiek.
"Jak możesz tak mówić do starszych??"
"Gówniara, niewychowana, słyszycie jak rozkazuje?"
"Patologia"
"Królewno! Chciałbym rachunek"
"Staruszka: Poproszę serwetki.
Ja (słysząc dzwonek obwieszczający gotowość zamówienia, zwracając się do mojego taty): Podaj pani serwetki.
Staruszka: Ale ja prosiłam ciebie, gówniaro".
Tata wiele razy musiał interweniować w mojej sprawie, bo byli tacy, którzy chcąc skarcić mnie za moje zachowanie, chcieli dać mi w twarz, bo nie powiedziałam "Czy mógłbyś".
To było w 8 klasie, w okresie świątecznym a właściwie już po. Na godzinie wychowawczej sprzątaliśmy salę, która została przydzielona nam do udekorowania na święta. Była to sala od matematyki, w której zawsze mieliśmy te oto lekcje. Pani była bardzo wymagająca i każdy wiedział, że z nią się nie zadziera. Sala była udekorowana girlandami, choinką, różnymi ozdóbkami oraz takimi "glutkami", które były przyklejone na oknach. Wszystko oczywiście w motywie świątecznym. Wchodzę do tej sali a tam dwoje chłopaków, ściągają te glutki z okien i rzucają nimi o tablicę. W międzyczasie przyszły jeszcze 2 dziewczyny. No i ja, tak dla żartów, powiedziałam coś w stylu "No jakby się to rzuciło na sufit to pewnie by się przykleiło". Dosyć oczywista oczywistość. Ale oni i tak musieli to zrobić więc jeden z nich rzucił zielonego glutka w sufit. Tak jak myślałam, glutek się przykleił. No i klops. Nikt nie wiedział co zrobić, próbowali go zdjąć wchodząc na krzesło ale byli za niscy żeby cokolwiek ruszyć, więc wysłali mnie po szczotkę do woźnych. Cały czas dopytywały mnie po co mi ta szczotka, na nic zdawało się mówienie im że to do sprzątania sali. W końcu dały mi tą szczotkę, biegnę z nią do sali a tam w drzwiach widzę chłopaka który stoi na warcie i popędza mnie gestem dłoni. Dałam szczotkę drugiemu chłopakowi, było blisko, ale nadal nie udało się ściągnąć glutka. W ten chłopak który stoi na warcie krzyczy "PANI IDZIE". To była naszą wychowawczyni. Próbowaliśmy zachowywać się normalnie, tak jakby nic się nie stało, ukradkiem zerkając na sufit. Jako iż jestem wielkim śmieszkiem, cały czas miałam uśmiech na twarzy. Pani na mnie spogląda i mówi "a co ty taka rozbawiona" MYSLALAM ZE SIE TAM POSIKAM ale obyło się bez tego, pani wyszła, przyszła inna dziewczyna i udało jej się ściągnąć glutka. Został po nim zielony ślad na suficie. Na szczęście sufit był w odcieniu zielonego więc nie było tego aż tak widać. Następnego dnia, na lekcji matematyki, cała nasza grupka spogląda to na siebie, to na sufit. Pani niczego nie odkryła. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy.
Dopiero w wieku 9 lat nauczyłam się wycierać tyłek i spuszczać wodę w toalecie :/ (wcześniej chyba myślałam, że coś mnie wciągnie w tę głębinę).
Mam 24 lata i jestem uzależniona od smoczka. Od zwykłego, dziecięcego smoczka. Zaczęło się to jak miałam 17 lat, gdy od chłopaków ze szkoły w ramach żartu dostałyśmy na Dzień Kobiet po smoczku. Oczywiście każda dziewczyna się tym smoczkiem cały dzień bawiła, ale ja nie. Z jakiegoś powodu nie chciałam go włożyć do ust. Ale koleżanki mnie namówiły i tak się właśnie zaczęło. Ssałam go na każdej lekcji i przerwie do końca dnia. A jako że inne dziewczyny też się nimi bawiły, żaden z nauczycieli nie zwrócił mi uwagi. Nie czułam niczego szczególnego ssąc ten smoczek, można powiedzieć, że robiłam to prawie bezmyślnie. Po skończeniu lekcji oczywiście go schowałam i prawie o nim zapomniałam na resztę dnia, dopóki nie zaczęłam się pakować na następny dzień do szkoły. Postanowiłam sprawdzić, czy lepiej mi się zaśnie ze smoczkiem. Nic z tego nie wyszło, bo w nocy mi wypadł z ust, ale od tej pory zaczęłam ssać go codziennie podczas lekcji oraz kładąc się do łóżka. W szkole na początku kilka osób się trochę nabijało, ale wkrótce to minęło, nawet nauczyciele mieli to gdzieś. W domu nikt tego nie zauważał, bo kładłam się najpóźniej ze wszystkich i wstawałam najwcześniej.
Po paru miesiącach ssanie smoczka weszło mi w taki nawyk, że bez niego nie mogłam zasnąć. Zaczęłam wyszukiwać inne modele, większe, mniejsze, z różnymi obrazkami itp. Na koniec liceum miałam już 13 smoczków (żadnego nie wyrzuciłam, nawet gdy się zepsuł), miałam taki do spania, a także do nauki. Gdy zaczęłam studia, smoczki dalej mi towarzyszyły, także w pierwszej pracy (chodziłam na specjalne przerwy, by sobie pociumkać w toalecie). Moi faceci zawsze uważali to za śmieszne lub urocze, żaden nie miał z tym problemu, aż do czasu mojego ostatniego chłopaka. Wyjechaliśmy razem na wakacje i jakoś się tak złożyło, że zapakowałam tylko jeden (mocno zużyty) smoczek. Zawsze miałam ze sobą co najmniej dwa i tak się złożyło, że podczas wakacji ten jeden się zniszczył. Popadłam w całkowitą histerię, płakałam z 10 minut z powodu braku smoczka, pokłóciłam się z chłopakiem, twierdząc, że to on specjalnie wyjął z mojego bagażu zapasowy smoczek. Nie spałam całą noc, a rano wyruszyłam na poszukiwanie smoczka. Zajęło mi to jakieś dwie godziny i gdy w końcu jakiś kupiłam, popłakałam się ze szczęścia, gdy zaczęłam go ssać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem uzależniona. Gdy wróciłam z wakacji, chłopak przyznał się, że zrobił to specjalnie, bo chciał mnie od uczyć. Zostaliśmy ze sobą jeszcze 3 tygodnie.
Chciałabym wam powiedzieć, że udało mi się przezwyciężyć uzależnienie. Ale nie. Nawet pisząc to wyznanie mam w ustach smoczek. Patrząc na to, że mogłam być alkoholiczką lub palić papierosy, to jednak wolę swoje smoczki. Ale nie zazdroszczę swojemu dziecku, bo prawdopodobnie będzie musiało walczyć z mamą o smoczka.
Dodaj anonimowe wyznanie