Miałam dziesięć lat, kiedy pojechałam do babci na wieś. Z pokoju, w którym miałam spać, okna wychodziły na las i do ich ściany przylegało łóżko. Jako że miałam problem z pęcherzem, potrafiłam budzić się nawet dziesięć razy w nocy. Zazwyczaj leki pomagały, ale raz jeden o nich zapomniałam i musiałam maszerować do łazienki. Potem nie mogłam zasnąć, więc z nudów odsłoniłam roletę.
Początkowo wszystko było OK, ale potem zobaczyłam mężczyznę dźwigającego kogoś na rękach. Było ciemno, ale jestem w 100% pewna, że tą osobą była naga dziewczyna.
Poszedł do lasu, a ja zamiast kogoś obudzić, odczekałam chwilę i poszłam spać.
Przez dwa dni nie działo się nic niezwykłego, ale trzeciego, kiedy się obudziłam, zastałam w salonie kilka sąsiadek. Córka jednej z nich zaginęła. Wezwano policję. Jako że miała problemy z poruszaniem się, wybuchła panika. Wszyscy włączyli się w poszukiwania. Internet nie był jeszcze aż tak dostępny, ale w gazecie wspomniano o tym.
A ja? Milczałam. Nie wiem dlaczego. Być może bałam się.
Dziewczyny dalej nie znaleziono, a ja piszę o tym, bo dziś dowiedziałam się, że niedawno w tamtych okolicach zaginęła inna dziewczyna.
Działo się to ponad 20 lat temu, jako gówniarz pełen pomysłów, razem z kolegami postanowiliśmy porzucać w samochody. Nie były to kamienie, tylko kasztany, żołędzie, jabłka dziczki, czyli coś, co nie zniszczy samochodu, a jedynie wywoła (lub nie) pewną reakcję kierowcy. Rzucanie oczywiście było z ukrycia, coby nie ładować się na przypał. I tak kilka takich akcji było, kierowcy co najwyżej zwolnili lub zatrzymali się, by obejrzeć, czy nie ma zniszczeń i jechali dalej.
Jeden raz zapamiętałem szczególnie: schowaliśmy się pod dużym dębem i pech chciał, że obrzucaliśmy kilkukrotnie ten sam przejeżdżający samochód dostawczy.
Po ostatniej serii z żołędzi samochód się zatrzymał i wybiegło z niego dwóch facetów, wybiegli i lecą do nas, my oczywiście w długą, ale po ok. 100 m dogonili nas, stwierdzili, że rzucamy w nich kamieniami i że zaraz za to dostaniemy.
Tłumaczenia, że to były żołędzie, przeszły bez echa. Faceci zrobili tak, jak mówili – jeden z nich zdjął pas skórzany ze spodni i każdy z nas dostał po dupie ze 2-3 razy.
Dupa nie bolała, bo zasłoniłem ją ręką, bolała więc ręka.
Po tym wszystkim przeszła nam ochota na rzucanie w samochody.
Zamknęłam się w sypialni, żeby się przebrać. Kiedy zdjęłam bluzkę mój pies popatrzył na mnie, skrzywił się i pobiegł do kąta sobie rzygnąć.
Moja matka-śmieszka chciała wysłać zdjęcie swojej kupy (tak, zdjęcie kupy) do mojej ciotki. Szkoda, że wysłała je do mojego wychowawcy.
Rzecz się dzieje w Głogowie, ostatni dzień lipca... Pewna pani, prosząca o pieniądze na małego loda lub o papierosa, wydawała się nieszkodliwa, i my, ludzie czekający na busa do Sławy.
Pani dostała papierosa, rozmawia z nami, wydaje się być nieszkodliwą, drobną naciągaczką. Podjeżdża nasz bus, wszyscy siedzą, czekają na odjazd, a owa pani... Ściąga leginsy, na samym środku przystanku, zaczyna oddawać mocz, wszyscy pasażerowie w szoku, chwilę później robi kupę, chyba nie wszystko jej wyszło, bo zaczyna palcami wygrzebywać resztę z tyłka, no przecież kurka wodna masakra, osiągnięty szczyt obrzydzenia, żołądek chciał wydalić cała zawartość. Jak tak można? Noo jak?
Plus jest taki, że pani wygrzebała ze śmietnika papier, pozbierała swoje fekalia i wyrzuciła do śmieci. Jednak niesmak pozostaje, mega obleśna sprawa.
Pracowałem kiedyś w specyficznej recepcji. Przyjmowałem kilkaset wniosków dziennie. Ludzie aplikujący to była mieszanka od analfabetów po ministrów. Lubiłem tę pracę, lubię pracę z ludźmi.
Jedna z rzeczy, które mnie irytowały, to żucie gumy. Nie znoszę, jak przychodzi klient i dziamga paszczą, gapiąc się na mnie. Jak taki do mnie zagadał, to czekałem, gapiąc się na niego. Jak zapytał po raz trzeci, dlaczego nic nie robię, to odpowiadałem, że czekam, aż skończy jeść. Miny ludzi w kolejce – bezcenne.
No wiem, że buractwo, ale czasem to dla takich chwil chce się przychodzić do pracy.
Stwierdziłam, że będę nago ćwiczyć jogę w salonie. Później znalazłam przy drzwiach kartkę od kuriera z napisem „Nie chciałem przeszkadzać”.
Mam 18 lat i odkąd pamiętam, zawsze lubiłam wymyślać różne światy, różne sytuacje itp. Jako że w moim sąsiedztwie nie było dzieci w moim wieku, to mi zupełnie wystarczało. Jednak od pewnego czasu zaczęłam zauważać, że coraz częściej odpływam w otchłań mojej wyobraźni i co najgorsze, wolę zdecydowanie zostać w domu i żyć w swoim małym wyimaginowanym świecie niż wyjść do ludzi.
Kolejny problem leży w tym, że często umieszczam w swoich wyobraźniach ludzi z mojego otoczenia, prowadzę z nimi rozmowy, wymyślam cechy ich charakteru, kreuję w swojej głowie ich obraz po swojemu i w wyniku tego czasami jak ich widzę, mam ochotę z nimi porozmawiać o tym, o czym ostatnio rozmawialiśmy i często dosłownie w ostatniej chwili udaje mi się ugryźć w język, bo przypominam sobie, że tę konwersację tak naprawdę odbyłam sama z sobą w swojej wyobraźni w ich imieniu. Czasami, gdy jestem sama, zdarza mi się mówić do ludzi z mojej głowy na głos.
Przez to wszystko coraz częściej zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak. Boję się, że wkrótce albo w ogóle nie będę wychodziła z domu, albo co gorsze zachoruję na schizofrenię lub coś podobnego.
Nie ma puenty, ale musiałam to z siebie wyrzucić, bo czasami przez to wariuję.
Panicznie boję się, że zachoruję na coś śmiertelnie albo zostanę warzywem. Mam duże plany co do swojego życia i chcę je wykorzystać w pełni i żyć jak najdłużej, ale stres przed jakąś chorobą jest ogromny i czasami nawet lekki ból głowy sprawia, że od razu myślę, że mam jakiegoś nieuleczalnego guza mózgu i przez stres nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Wiem, że to już chorobliwe, ale nie mam żadnego dostępu do psychologa, bo w promieniu 70 km go po prostu nie ma. Chciałabym móc się cieszyć każdym dniem bez takich głupich obaw.
Zostałam poproszona przez pewną parę o bycie dawczynią komórek jajowych. Kiedy im odmówiłam, powiedzieli mi, że jestem okrutna i nie mam serca. Tą parą jest mój były i laska, z którą zdradzał mnie przez dwa lata.
Dodaj anonimowe wyznanie