Ludzie są beznadziejni.
Dziewczyna. Wmawiała swojej przyjaciółce, że ta sobie nie poradzi w życiu, nie ma przyjaciół, rodziny i jest biedna – byleby tylko tamta się od niej nie wyprowadzała. Od decyzji o wyprowadzce do samej wyprowadzki przyjaciółka zbierała się 2 lata! I nie, nie jest to jakiś zaścianek. Jedno z większych miast w PL, obie wykształcone, obie z dobrze płatną i przyszłościową pracą. Dziewczyna zrobiła przyjaciółce pranie mózgu.
Chłopak. Wypisuje wiadomości do znajomej (daleka rodzina). Widywali się kilka razy w roku na większych spotkaniach rodzina + znajomi. Na początku zaczęło się niewinnie od zwykłego co u ciebie, jak egzamin. Mając żonę i dziecko w drodze, wpraszał się do znajomej do mieszkania, by go przenocowała, pisał: „przyniosę wino i na pewno nie pożałujesz”. Znajoma mieszkała w maleńkiej kawalerce z jednym łóżkiem – „zmieścimy się”. Później nalegał, potrafił pisać o 23, że nie ma gdzie spać i jest niedaleko i żeby znajoma podała dokładny adres. Zawsze odmawiała. Znajoma nie wiedziała, co zrobić, zaproponowałam, by porozmawiała z najbliższą rodziną od swojej strony o sytuacji. Podobno pokazała im wszystkie wiadomości, chłopak dał spokój.
Mężczyzna. Taki z szanowanym zawodem, codziennie w garniturze. Jego żona kilka razy spała u mnie na kanapie poobijana „bo troszkę za dużo mu się wypiło”. Nie jestem w stanie ją namówić, by to zgłosiła – jak mówi, nikt jej nie uwierzy. Gdy śpi, robię jej zdjęcia na tyle, na ile jestem w stanie, by udokumentować jej obrażenia.
Kobieta. Otwarcie przyznaje, że jest z mężem dla pieniędzy. On za nią szaleje z miłości, ona nazywa go knurem i głupim wieprzem. Przy nim oczywiście potulna jak aniołek. Nawiązała bliską znajomość z trenerem fitness. Uważa, że wszystko jest w porządku – od trenera dostaje orgazm, trener od niej gołe fotki i kasę za zajęcia, ona od męża dostaje kasę, a mąż od niej ma zapewnioną co tydzień laskę.
Starsza pani, czyjaś teściowa. Nastawia własne dziecko przeciwko małżonkowi. Ale nie po to, żeby mieć dziecko dla siebie, nie – to jest to gorsze dziecko, którego szczęścia nie chce. Chodzi tylko o to, by mu się nie udało.
Starszy pan, czyjś teść. Był dla córki i jej męża okropny. Zaopiekowali się nim i dbali. Bardzo egoistyczny charakter. Tylko jego racja jest dobra. Gdy doszły problemy zdrowotne, nie dali rady, musieli go oddać do ośrodka – przy każdej okazji opowiada, jacy oni źli, bo go wywieźli, a on taki dobry dla nich był.
Czyjaś sąsiadka. Nadopiekuńcza matka. 14-latek o rozumie i umiejętnościach 5-latka. Buty na rzepy, ze szkoły odbiera go opiekunka, nie potrafi zostać sam w domu, boi się nawet króliczka miniaturki, lekcje odrabiają rodzice i wyznaczają mu kiedy i czego ma się uczyć, zgodnie z harmonogramem sprawdzianów. Zdrowy psychicznie.
Jestem przerażona tym, co widzę dookoła siebie. Może tylko ja mam dookoła siebie takich ludzi? Obłuda na każdym kroku.
Moja teściowa to kobieta starej daty, nie lubi marnować jedzenia. Często zamiast wyrzucić coś przeterminowanego, dodaje to do posiłku, między innymi z tego względu jak najszybciej zrobiliśmy własną kuchnię (mieszkamy w jednym domu, ale w osobnych częściach).
Ostatnio przeszła samą siebie.
Kiedy w końcu po prawie dwóch tygodniach naszej nieobecności mąż chciał wyrzucić ciasto z imprezy (zapomnieliśmy to zrobić przed wyjazdem), teściowa powiedziała, że ona to zrobi, bo musi też coś swojego wynieść. Mąż przystał na to i więcej o tym nie myślał.
Następnego dnia do teściów przyszli goście. Kiedy przyszliśmy się z nimi przywitać, momentalnie zrobiło nam się niedobrze, ponieważ goście właśnie wcinali nasze stare ciasto...
To nie jedyny obrzydliwy pomysł mojej teściowej. Ale teraz już wiem, że więcej u niej nic nie zjem.
Zawsze kupuję męskie maszynki do golenia (jestem kobietą).
Po pierwsze: są tańsze.
Po drugie: są lepsze.
Po trzecie i najważniejsze: przy wyborze i płaceniu mogę sobie wyobrazić, że mam faceta.
W reklamach telewizyjnych w większości występuje rodzinka. Tata, mama, dwoje dzieci (zazwyczaj).
Kiedy byłam mała to myślałam, że producenci ze swoją ekipą jeżdżą po Polsce i wchodzą do domów, żeby wybrać super rodzinę do reklamy. Moi rodzice się rozwiedli i było mi bardzo smutno, że nigdy nie będę miała szansy wystąpić w reklamie.
Mój ojciec zawsze lubił wypić, a po alkoholu mu odbijało i stawał się bardzo agresywny. Potrafił przez parę godzin krzyczeć na nas bez powodu, a przemoc psychiczna (wobec nas i mamy) i fizyczna (wobec mamy, którą lubił kopać, szturchać, popychać itp.) była wtedy dla niego zabawą. Często stawał zadowolony i mówił, że jeśli coś nam nie odpowiada, to możemy wypierd**** z jego domu. Kiedyś, kiedy byłam mała, postawił przede mną kartkę i długopis i kazał napisać, o czym marzę. Powiedział wtedy: „No napisz, że chcesz, żebym przestał pić, ha, ha, ha”... Uznał to za bardzo zabawne.
Kiedyś, po kolejnej z awantur, mama znów wezwała policję. Siedzieliśmy z rodzeństwem w pokoju, cali zapłakani, nie mogąc już wytrzymać ze strachu i nerwów.
Rozmawialiśmy szeptem, a w pewnym momencie brat albo siostra powiedzieli coś śmiesznego, zapewne żeby dodać nam otuchy. Zaczęliśmy się wszyscy śmiać. Trochę nerwowo i niepewnie, ze łzami w oczach.
W tym momencie do pokoju wszedł policjant, który powiedział: „A wam co tak wesoło, może niepotrzebnie matka nas wzywała”...
Wtedy wszyscy zaczęliśmy znowu płakać... Dzięki, policjancie.
To było dwa lata temu. Jechałam do mojego chłopaka w drugi dzień świąt bożonarodzeniowych. Wiadomo, jak kursują w ten dzień tramwaje i autobusy... a musiałam przejechać prawie pół miasta. W dodatku miałam ze sobą świąteczne jedzenie (karpia w galarecie i ciasto) plus blender (prezent od ojca) i torebkę dość sporo załadowaną. Zamówiłam więc taksówkę, żeby szybko i sprawnie dojechać na miejsce.
U moich teściów są zawsze tzw. zakrapiane święta, więc po drodze musiałam wstąpić na stację benzynową w celu zakupienia paru piwek. Taksówką przyjechał młody chłopaczek. Wydawał się ogarnięty. Powiedziałam mu, że musimy się zatrzymać. Przytaknął i powiedział, że i tak musi zatankować i nawet dobrze się składa. Zaproponował konkretną stację po drodze. Gdy już dojechaliśmy na stację, myślałam głupia bardziej o tym, jak ja sobie poradzę z tymi tobołkami na tej stacji niż o czymkolwiek innym. Miałam chyba jakieś chwilowe zaćmienie umysłu, bowiem wychodząc, zostawiłam moją torebkę, jedzenie i blender w taksówce. Przy sobie miałam jedynie telefon i kartę płatniczą. Wzięłam piwo, jakąś colę i ruszyłam do kasy... Po chwili na stację wbiegł chłopaczek... To był mój taksówkarz... Krzyknął tylko: „Ukradli mi taksówkę”... Przez chwilę nie wiedziałam, co się dzieje, bo takie rzeczy to tylko w filmach... Niestety okazało się to prawdą. Okazało się, że ogarnięty chłopaczek nie był wcale taki ogarnięty i po zatankowaniu zostawił kluczyki w stacyjce... Długo nie minęło, jak ktoś to zauważył. Akurat tego wieczoru pewien koleś postanowił udać się na nocne kradzieże i trafiła mu się TAKSÓWKA. W dodatku z prowiantem i blenderem. Byłam przerażona...
Właściciel taksówki (bo okazało się, że chłopaczek chciał sobie tylko dorobić na święta i pożyczył samochód) odwiózł mnie na policję... no i ja z tymi browarami, z rozładowanym w międzyczasie telefonem wpadłam na komisariat. Poprosiłam pana policjanta, czy mogę te piwa przed zeznaniem gdzieś schować, bo tak głupio... Pozwolił mi. W dodatku pożyczył mi ładowarkę. Miałam już strasznie dość. W końcu dojechałam do teściów i jakoś ten dzień dobiegł końca. Nikt z mojej rodziny jak i z rodziny chłopaka nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama i mówi, że jakiś chłopak przyniósł moją torebkę (w środku został mój dowód)... Coś się plątał w zeznaniach, gdzie ją znalazł. Mama i babcia postanowiły wynagrodzić mu ten gest i dały mu chyba ze 40 zł.... Co się potem okazało? To był ten sam koleś, co ukradł taksówkę. Złapali go ostatecznie. Byłam informowana o rozprawach, bo narozrabiał wiele tego dnia, ale nie wiem, jaki jest jego dalszy los. Tylko blendera i jedzenia nie oddał :)
Moja babcia ma od paru lat telefon komórkowy. Duży, z dużymi przyciskami, dedykowany dla seniorów. Pewnego dnia październikowego, moja mama otrzymuje od babci wiadomość: „Kup mi kminek”. W porządku, mama kupiła kminek, zostawiając w kuchni kilka paczek.
Mija miesiąc, pewnego listopadowego dnia, mama dostaje wiadomość: „Kup mi kminek”. No OK, znowu babcia pewnie coś będzie robić. Mama kupiła kilka paczek i zostawiła w kuchni (ponieważ późno wraca, nie rozmawiała z babcią i nie dopytywała, po co kminek).
Mija kolejny miesiąc. Grudzień – mama znów dostaje tego samego SMS-a: „Kup mi kminek”. Mama w końcu dzwoni do babci zaraz po otrzymaniu SMS-a z pytaniem:
– Co ty robisz z tym kminkiem?
Babcia zdezorientowana:
– A co?
– No dostaję już trzeci raz SMS, że mam kupić kminek, a w domu już kilka paczek kminku leży...
Okazało się, że chcąc skasować SMS-y z telefonu, babcia wysyłała je ponownie :)
O upadku nemesis mojego psa.
Na jednym z wielkomiejskich blokowisk naszym sąsiadem był typowy Janusz-wędkarz, Grażynka z papieroskiem w łapie i ich kot Jacuś (nazywany również pomiotem szatana). Spasiony jak świnia, kilkuletni kot upatrzył sobie za życiowy cel dręczenie mojego ciapowatego labradora, który muchy by nie skrzywdził i włamywaczowi pokazał lodówkę. Za każdym razem, gdy tylko wychodziliśmy z klatki, kot zeskakiwał z balkonu (parter.) Jak capowaty ninja czaił się w odległości 2-3 metrów co chwila sycząc i jeżąc się, jakby ktoś go paralizatorem popieścił. Pies na to, jak to na pipę przystało, chował się i skomlał, bo się szatana zwyczajnie bał. A pchlarzowi w to mu graj.
Wszelakie przeganiania skutku nie dawały. Kot, mimo że spasiony, jak się go chciało smyczą odgonić, uciekał jak Usain Bolt, żeby równie szybko wrócić. Nieraz potrafił drapnąć psa, a później zwiać, jak się nie patrzyło za siebie. Pies chudł w oczach ze stresu, na spacer trzeba było go siłą zaciągać. Z sąsiadem nie było co nawet rozmawiać. Januszek był z kota nawet dumny, że taki odważny. "Nie moja wina, że pies się kota boi". Dzwoniliśmy do SM, ale zawsze kończyło się to niczym, bo przesadzamy.
O sprawie powiedziałam mojemu koledze ze szkoły. Znajomy stwierdził, że da mi psa na weekend. Nalegał. Pies nie ma gdzie od piątku do soboty przybywać. Dobra. Trzeba sobie pomagać. Teraz wiem, że kolega pomógł bardziej mnie niż ja jemu.
"Mikusiem" okazał się rosły owczarek niemiecki. Trochę za późno było na wymigiwanie się, więc bez szemrania przygarnęłam pod dach pięćdziesiąt kilogramów futra i merdania ogonem. Pies był bardzo karny i przyjazny. Zapowiadało się dobrze.
Wieczorem, wiadomo, szybkie siku. Dwa psy w rękę, serce w gardle. Standardowo na szatana nie trzeba było długo czekać. Przez cały spacer czyhał na moment nieuwagi, żeby zaatakować. Mikuś złożył się w scyzoryk. Jacuś uznał to za chwilę życia. Przyzwyczajony do gnębienia, rzucił się na ofutrzony tyłek Mikusia, który momentalnie w przykucu złapał za tłusty kark i po prostu potrząsnął nim na boki (nadal sra... załatwiając się.)
Koci wrzask całe osiedle usłyszało. Sąsiad, dotąd głuchy na wszystkie prośby, zjawił się w tempie natychmiastowym, wraz z moją matką. Sytuację udało się szybko opanować.
Szatan wyszedł z sytuacji z kilkoma szwami na karku. Januszek straszył policją. Jak można się domyślić, na straszeniu się skończyło. Pies na smyczy był? No był. Kot dozoru odpowiedniego nie miał.
Od tamtego czasu kot trochę spokorniał. Sąsiad też. Zamiast się głupio śmiać z mojego psa, zamyka balkon.
Gdy byłam w zerówce, moja rodzicielka postanowiła, iż przydałyby mi się lekcje pływania. Zapisała mnie na basen i skrupulatnie pilnowała, bym uczęszczała na każde zajęcia. Ja jako dziecko pełne energii niczym królik z reklamy Duracell ochoczo i z bananem na ustach pobiegłam na pływalnię. Tu zaczęły się schody... Tak strasznie bałam się wejść do wody, co najmniej jakbym miała skoczyć do lawy. Kiedy już siłą zostałam wepchnięta przez trenerkę, to przyssałam się do murku niczym pijawka. Przekonywanie mnie, że wszystko będzie dobrze się, że się nie utopię i mi się spodoba, trwało bardzo długo. Wiele razy chciałam zrezygnować, poddać się, uciec. Zrobić cokolwiek, bylebym nie musiała pływać. Niestety (albo stety), moja mamusia była nieugięta, stała na trybunach i jak oszalała biła brawo, gdy po raz pierwszy przepłynęłam sama (!) całą długość, gdy udał mi się piękny skok na główkę, kiedy brałam udział w moich pierwszych zawodach pływackich.
Dzisiaj trenuję pływanie od wielu lat, uwielbiam to. W wodzie czuję się jak rybka, mogę w niej siedzieć godzinami. Basen jest dla mnie odskocznią od rzeczywistości, nie myślę wtedy o problemach, staję się kimś innym, zamkniętym w swoim małym świecie. I pomyśleć, że chciałam się poddać, bo mi nie wychodziło, i gdyby nie moja cudowna mama, która dopingowała każdy mój krok, to pewnie dzisiaj nie osiągnęłabym tego, co mam teraz i z czego bardzo jestem dumna :)
Sytuacja miała miejsce w liceum. Delikatnie mówiąc – się opierniczałam. Wagary, niska frekwencja w szkole, mierne oceny. Dlatego tato, pytając o moje oceny, zamienił pytanie z „Czy dostałaś pałę?” na „Z czego dostałaś pałę?”, prawdopodobnie celem zaoszczędzenia czasu. Raz dostałam na polskim jedynkę z Młodej Polski. Przyznam, że była to kolejna lufa z polskiego, więc nie uśmiechało mi się ojcu do niej przyznawać. A schemat zawsze wyglądał tak samo: ja przychodziłam do domu z miną zbitego psa, on wzdychał, zadawał rutynowe pytanie, a potem słysząc moją odpowiedź, znowu wzdychał. Tego wzdychania w tamtym okresie było co niemiara. Podejrzewałam, że jednak tym razem na wzdychaniu by się nie skończyło, więc wpadłam na genialny pomysł. Przyszłam do domu, schemat w grze: zwieszona głowa i wyraz twarzy cierpiętnicy. Ojciec coś nie wzdychał i nie zadawał pytań, więc zaczęłam się lekko niepokoić W końcu jednak padło pytanie, a dialog wyglądał w sposób następujący:
– Z czego dostałaś pałę?
A ja, zadowolona z siebie:
– Z Nietzschego...
Co było oczywiście prawdą. Ojciec trochę zdziwiony, ale i zadowolony, wzruszył ramionami i odrzekł:
– To się cieszę, że tym razem z niczego.
Ja też się cieszyłam. Do wywiadówki. Na szczęście mam ojca z dużym poczuciem humoru i jak załapał dowcip, to prawie skisł ze śmiechu, podobnie jak moja wychowawczyni, polonistka ;)
Dodaj anonimowe wyznanie