To będzie dziwaczne i obrzydliwe.
Czasem kładę się na podłodze w łazience, kładę sobie specjalny ręcznik i się obsikuję.
Sikam na siebie, na swoją twarz i na nogi.
Potem biorę długi, gorący prysznic.
Nie wiem, czy mam dziwny fetysz i w sumie sam nie wiem, dlaczego to robię.
Nie wiem, czy jest to w jakimś stopniu seksualne, czy po prostu jestem głupi.
Nigdy tego nikomu nie powiedziałem i chyba nigdy nie powiem.
Zawsze śmiałam się z żartu, że najgorsze połączenie chorób to biegunka i alzheimer, bo biegniesz, ale nie wiesz dokąd... Cierpię od paru lat na chorobę, w której jest delikatny problem z pamięcią, przez co zapominam, że mam problem również z laktozą, więc średnio co 2-3 dni ze smakiem wcinam jogurt lub piję wielką kawkę z mlekiem. Na szczęście jeszcze nie jest tak źle i wiem, gdzie biegnę, ale z żartu już się nie śmieję, bo boję się, że mnie kiedyś gorzej pokarze...
Anonimowo, tak? No niech będzie.
Uwielbiam filmy z serii „I spit on your grave”. Jeśli nie znacie, wygooglujcie tytuł, nie chcę tu streszczać filmu.
Podniecam się tym, co robią tam głównym bohaterkom, a potem satysfakcję mi sprawia oglądanie, jak się mszczą.
Najgorsze jest to, że tu nie chodzi o skłonności sado czy masochistyczne. „Najgorsze”, bo w takim razie zupełnie nie wiem, co to może być. Nie chciałabym nikomu tak sprawiać bólu ani nie chciałabym być na miejscu ofiar (oprócz fantazji erotycznych i snów). Dodatkowo muszę mieć bufor w postaci ekranu, bo gdy słyszę o takich rzeczach w prawdziwym życiu, w ogóle nie czuję podniecenia, tylko wściekłość, że ktoś może komuś robić taką krzywdę. Ale uwielbiam być świadkiem, oglądać filmy i czytać opowiadania o takich rzeczach.
Nienawidzę tego w sobie, nie wiem, jak przestać. Za każdym razem potem czuję wstręt do siebie i wyrzuty sumienia. Aż do następnego razu, gdy wyszukuję filmy czy opowiadania o takiej tematyce.
Nikt nie wie i nikt się nigdy nie dowie.
Ostatnio coraz więcej podróżuję, śpię w hostelach i przemieszczam się pociągami. I mam dość. Wychodzi z toalety w hostelu przystojny chłopak, który śpi ze mną w pokoju i wokół siebie utrzymuje porządek, ale kibel po nim to ja musiałam myć. W akademiku (zatrzymałam się tam na trzy noce) kibel był tak ob*rany, że aż muchy nad nim latały. Nie wspominając już o zakrwawionych podpaskach wrzuconych do kosza. I o kibelku w pociągu, na którym leżało po prostu g*wno.
Dworcowe os*rane toalety, które są dla naszego wspólnego użytku, podpaski niezawinięte w papier i ślady fekaliów na porcelance nie robią na nikim wrażenia. To nie jest miłe, jak muszę po kimś to sprzątać, aby następna osoba nie pomyślała, że to ja.
Rozumiem, że ktoś tam zawsze sprząta, bo to jego praca, ale czy nie warto zostawić po sobie porządku? Czy szczotka gryzie? Co z tymi ludźmi jest nie tak?
Postanowiłam ostatnio wyjść na spacer. Niby nic dziwnego, co nie? Otóż nie, bo moja starsza siostra pojechała rowerem za mną, a jak ją potem pytałam po co, to zrobiła to, bo stwierdziła, że to podejrzane, bo ja nigdy nie chodzę sama na spacery i myślała, że chcę sobie coś zrobić. W mojej rodzinie jest kilka przypadków choroby psychicznej, ale nie myślałam, że moja siostra się obawia, że ja mam takie problemy. Z jednej strony czuję się osaczona, bo to, że czegoś zazwyczaj nie robię, nie oznacza, że ona może mnie stalkować, a z drugiej trochę mi jej żal, że tak się martwi...
Mam 33 lata. Ostatnio zmarł ojciec mojego przyjaciela i czuję się, jakbym stracił swojego ojca. Z moim najlepszym przyjacielem Krzyśkiem mieliśmy od zawsze zajawkę na metal, ponieważ jego ojciec był metalowcem, który grał na perkusji i miał w piwnicy w zasadzie swoiste studio nagraniowe dla swojej ekipy, ale grali bardziej dla siebie. Uczestniczyliśmy w ich graniu za młodu i od razu chcieliśmy też na czymś grać. I tutaj był największy problem. Pochodzę z rodziny alkoholików, gdzie pieniądze były wydawane na wódę i szlugi. Nie było przemocy domowej, ale jak się domyślacie, zawsze była nerwówa w domu. Nie wiadomo, czy wchodząc po szkole do domu, znowu nie zastaniesz leżących upitych rodziców na podłodze w kałuży czegoś. Więc wiadomo, że instrumentu nie dostanę mimo podejmowanych prób rozmów. Odpowiadali, że a po co mi to, tylko będę rzępolił oraz że na tym nie da się zarobić. Pod górkę od samego początku. Krzysiek poprosił ojca czy pożyczy nam gitary i będziemy sobie grać u niego w piwnicy. Zasadniczo nie nadawałem się na gitarzystę przez zbyt krótkie palce, bo wiadomo, że nie zaczynaliśmy od Dżemu, tylko od razu Metallica albo Megadeth. Więc ojciec Krzyśka widząc, jak się męczę, zaproponował mi perkusję. Zaczął uczyć grania na perkusji, nauczył czytać nuty i w ogóle wszystkiego. Mogłem przyjść, kiedy chciałem i miałem dostęp do sprzętu, by grać. Tak narodziła się moja pasja. W ich piwnicy spędziłem więcej czasu, będąc w szkole średniej, niż w domu. Bardzo często rozmawiałem sam na sam z ojcem przyjaciela o wszystkim. Interesował się mną i dawał rady, nawet życiowe i przyjacielskie.
W pewnym momencie u mnie w domu się uspokoiło, bo ojciec zmarł. Zero jakichkolwiek uczuć względem niego. Matka zaczęła terapię i wyszła z uzależnienia. Zacząłem w końcu jakieś normalne życie, ale psychika mimo wszystko zniszczona. Poszedłem do pracy, wynająłem jak najszybciej jakieś mieszkanie i ojciec Krzyśka sprezentował mi elektryczną perkusję, która w zasadzie była dość nowym urządzeniem w tamtych czasach. Mogłem grać u siebie, nie tracąc czasu na dojazdy i powroty. Dalej był moim mentorem życiowym. Życie sobie dalej leciało, aż do pół roku przed śmiercią, gdzie pierwszy raz w życiu usłyszałem, że jest ze mnie dumny, że wyszedłem na ludzi i zawsze we mnie wierzył. Oczywiście podziękowałem na zasadzie „dzięki”, bo nie wiedziałem, co z tym zrobić. Po powrocie do domu uderzyło mnie to i po prostu się popłakałem. Najwidoczniej potrzebowałem tych słów i dodało mi to skrzydeł, by żyć jeszcze mocniej.
I nagle zmarł. Zawał serca. Moja opoka spokoju i zrozumienia zniknęła. Nigdy mu za nic nie podziękowałem tak naprawdę i to mnie najbardziej teraz boli. Dzięki niemu nie skończyłem na ławce z browarem albo więzieniu, tylko nadał mi kierunek w życiu.
Teraz marsz do kogoś, przytulcie i podziękujcie, bo może nie być okazji.
Znalazłem jakąś dziewczynę z zagranicy w internecie, popisaliśmy i potem okazało się, że to oszust i żądał okupu za nieopublikowanie zdjęć i niewysyłanie do znajomych. Myślę sobie – niech gość publikuje, bo ja nawet nie mam znajomych ani żadnych Facebooków.
Minie długi czas, zanim znowu się skuszę rozmawiać z jakimiś „kobietami” i w realu, i w internecie.
Historia będzie z Australii na temat nie-do-końca-odpowiedzialnych rodziców, czyli o mnie i mojej żonie.
Zawsze chcieliśmy mieć trójkę dzieci, ale na to trzecie zdecydowaliśmy się rzutem na taśmę przed czterdziestką, jak starsza dwójka była już w szkole. Powrót do pieluch i nieprzespanych nocy był dużo cięższy, niż nam się zdawało. Jesteśmy tu bez żadnej rodziny, wiec moja żona została w domu, a ja wziąłem dodatkową pracę. Po dwóch latach mieliśmy dosyć i chcieliśmy dać córkę do przedszkola, ale okazało się, że mała jest na to niegotowa, strasznie płakała, bała się opiekunek, taka bardzo strachliwa była. Zrobił się problem, bo nie chcieliśmy stresować dziecka, ale ani żona, ani ja nie chcieliśmy utknąć w domu na kolejne miesiące. I jakoś tak wyszło, że nasza dalsza znajoma o imieniu Diane, Maoryska z Nowej Zelandii, zaoferowała nam pomoc: zajmowała się dwa dni w tygodniu swoja wnuczka i powiedziała, że za małą opłatą możemy podrzucać naszą córeczkę do niej do domu dwa dni w tygodniu, żeby bawiły się razem. Zgodziliśmy się na próbę, dziewczynki bardzo się polubiły, wszystko się ładnie ułożyło, żona zaczęła pracować na pół etatu, ja mogłem zwolnić tempo.
Po krótkim czasie nasza córka – na pytania „jak było” – zaczęła opowiadać, że Diane nie było, że jacyś ludzie, że pociąg, gdzieś jechali, że inny dom – ona sama nie była w stanie wytłumaczyć, bo dopiero się uczyła mówić. Poprosiliśmy Diane o rozmowę i powiedziała, że ma liczną Maoryską rodzinę i po prostu „przekazuje dziewczynki dalej”, żeby inni się nimi zajmowali. Wtedy dotarło do nas, że przez dwa dni w tygodniu kompletnie nie wiemy, co się dzieje z naszą córką, kto się nią zajmuje, gdzie jest, jak się z nią skontaktować itd. Samej Diane też zbyt dobrze nie znaliśmy – ot, pracowała w kawiarni, gdzie zamawiałem kawę. No i… zostawiliśmy to tak, jak jest. I stało się tak, że przez kolejne dwa lata, aż do zerówki, na dwa dni w tygodniu nasza córka dołączała do rodziny Maorysów. I była zachwycona. Zabierali ją wycieczki na dalekie plaże, do buszu, spędzali całe dnie na piknikach albo w czyimś domu nie wiadomo gdzie. Zostawialiśmy ją u do Diane rano, a potem, przed wieczorem, ktoś podrzucał nam ją z powrotem do domu – czasem przywozili ją ludzie, których nigdy wcześniej na oczy nie widzieliśmy! Zawsze wracała zmęczona jak nie wiem, ale przeszczęśliwa. Zresztą ci Maorysi bardzo ją polubili i w pewnym momencie przestali od nas brać pieniądze. Czasem myślałem sobie, że jesteśmy koszmarnie nieodpowiedzialni i gdyby coś się stało – nie wiem, wypadek albo zaginięcie – to pewnie zostalibyśmy ogłoszeni najgorszymi rodzicami roku. Ale… trudno to wytłumaczyć, ale jak mieszkasz za granicą, bez rodziny, to czasem jest tak ciężko, że trzeba się chwytać takich rozwiązań. A z tą dziewczynką są przyjaciółkami do dzisiaj.
Mam 24 lata i odkąd pamiętam, miałam duże piersi. Nigdy mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało, nawet się cieszyłam, że dzięki temu mam spore powodzenie u płci przeciwnej. Od dłuższego czasu miałam sporadyczne bóle kręgosłupa, ale myślałam, że to przez pracę. Dwa tygodnie temu obudził mnie przeszywający ból pleców, akurat nikogo nie było w domu. Nie byłam w stanie wstać z łóżka, wyjąc i płacząc, dosięgnęłam telefonu, zadzwoniłam na pogotowie. W szpitalu dali mi silne leki przeciwbólowe, lekarz powiedział, że to efekt przeciążenia kręgosłupa, do tego trochę czynników genetycznych. Diagnoza była jasna: zmniejszenie biustu natychmiast. Cudem znalazłam prywatną klinikę z całkiem przyzwoitą ceną.
Wczoraj wróciłam do domu, w szpitalu przeleżałam sama parę dni, bo byłam zbyt wyczerpana, żeby z kimkolwiek rozmawiać. Zdjęłam bluzkę i przywitałam się z chłopakiem. Wiecie, co zrobił mój ukochany, z którym planowałam wspólną przyszłość? Rzucił mnie, bo jego zdaniem „nie jestem już kobieca”. Kurtyna.
Dwadzieścia lat temu poderwałem wspaniałą kobietę, z którą tworzymy udane małżeństwo. Jestem od niej wyższy o około 40 cm, ale nigdy nam to nie przeszkadzało. Wczoraj syn (14 lat) wrócił ze szkoły i powiedział, że mnie nienawidzi. Że „zmarnowałem moje dobre geny” i teraz wszyscy się z niego śmieją, bo jest najniższy w klasie. Jak żyć, panie premierze?
Dodaj anonimowe wyznanie