#nl7Nh
Po części było to zabawne, ale tylko wtedy, gdy samemu nie stało się przy tablicy.
W drugiej klasie gimnazjum drastycznie przytyłam. Lekarz wówczas przepisał mi leki hormonalne (niesłusznie, ale to inna opowieść). Panowała powszechna opinia, że przez dwa lata nauki żywiłam się jedynie chipsami i McDonaldem, jednak nikt głośno o tym nie mówił, więc nie miałam nawet jak temu zaprzeczyć. Widać również fizyczka zainteresowała się moją tuszą, bo gdy byłam przy tablicy, nauczycielka swoim piskliwym głosem dyktowała: „Kamila postanowiła w końcu schudnąć, więc wyszła pobiegać. Gdy tak sobie biegła, spostrzegła wózek. Uznała, że to dobry pomysł, żeby na niego wskoczyć. Oblicz prędkość Kamili i wózka, jeśli wiesz, że masa Kamili wynosi... dziecko, ile ty ważysz?”.
Klasa chichotała, ja spaliłam buraka, a ze wstydu i stresu nie byłam w stanie nic odpowiedzieć.
„Noo... na moje oko setka będzie! Napiszcie 100 kg. A jak szybko biegasz? Raczej nieprędko, nie? Ale damy ci 5 m/s, to chociaż szybko policzysz, mam nadzieję. Wózek ma masę 150 kg”.
Jak można się domyślić, wszyscy się potem ze mnie nabijali, więc wróciłam zapłakana do domu. Gdy rodzice dowiedzieli się, co się stało, poszedł raban na całą szkołę, a ze względu na to, że wszyscy uczniowie treści zadań mieli w zeszycie, ciężko się było nauczycielce wybronić. Fizyczka ostatecznie przystopowała z opowieściami, ograniczając się do „dzbanka Janka” i „uczniów 2 C w samolocie na bezludną wyspę”.
A ja właśnie znalazłam swoje stare zeszyty z fizyki przy okazji remontu. Ładnie palą się w kominku.
Brawo rodzice!
Kurczę, sam pomysł z historyjkami genialny! Aż pozazdrościłam takich lekcji. Szkoda tylko, że tej kreatywności nie towarzyszyła empatia.
Za to rodzicom empatii nie brakło i stanęli na wysokości zadania. 👍
Na nauczycieli zazwyczaj ida nieudacznicy.