Mam 15 lat i mam problemy z jedzeniem. Nie wiem, czy są to jakieś zaburzenia odżywiania, być może, ale jeszcze są niezdiagnozowane. Mianowicie mam napady jedzenia niezdrowych rzeczy – wiem, że ktoś może sobie stwierdzić „co to za problem, przecież wystarczy nie jeść”. No właśnie nie. W każdym razie chodzę z mamą do dietetyka, byłam u psychologa, idę jutro na następną wizytę (na którą czekałam miesiąc :/). Niedawno okazało się, że mam insulinooporność.
Najważniejsze tutaj jest to, że lekarz nie próbuje mnie zabić, kiedy czasami się nie powstrzymam. Po prostu przypomina mi, że to szkodzi i lecimy dalej z dietą. Ale nie moja mama. Dzisiaj zjadłam zupkę chińską, o czym mama miała nie wiedzieć, ale nie wyszło, więc zaczęła mi robić wykład, że się nie staram, że ona mnie niepotrzebnie wozi po lekarzach i w ogóle to jestem najgorsza.
Dzięki, mamo ;* ale pamiętaj, że jedna wizyta u psychologa mnie nie wyleczy.
Dodaj anonimowe wyznanie
Masz zalecenia dietetyczne, które ty łamiesz pokryjomu i liczysz na co, na aprobatę. Matka się o ciebie martwi, bo ty jesteś nieodpowiedzialna.
Insulinooporność to nie katarek.
Rób tak dalej, a czeka cię cukrzyca typu 2 i poważna otyłość. To nie straszak, to fakty.
Współczuję matki. Powinna cię wspierać, a nie wyzywać. Przydałoby się żeby to jej psycholog powiedział, że jedna wizyta u niego nie sprawi, że przestaniesz mieć zaburzenia odżywiania, że momenty słabości w leczeniu takich zaburzeń są normalne, że nie jesz niezdrowego jedzenia na złość, bo ,,się nie starasz", tylko tak działa twoja psychika. Tym bardziej że napisałaś, że nie masz ich jeszcze zdiagnozowanych, więc nawet nie wiedzą na co konkretnie cię leczyć, poza insulinoopornością.