Mój wujek może nie jest typowym Januszem, ale wielbi i ubóstwia markę VW. Godzinami może opowiadać i wychwalać poszczególne modele, a historię marki ma w małym paluszku. Oczywiście w rodzinie są tylko samochody tej marki. W sumie nikt się temu nie sprzeciwia, bo ciocia traktuje auto tylko jako maszynę, a kuzyn odziedziczył Golfa po wujku, gdy ten przesiadał się na Passata. Wszyscy znają bzika, jakiego ma wujek i czasami sąsiad czy znajomi robią sobie żarty z dyskusji na temat aut. Nikt jednak nie spodziewał się, że może to doprowadzić go prawie do śmierci.
Pewnego dnia kuzyn za zaoszczędzone pieniądze postanowił kupić sobie nową furę. Wujek dumny jak paw chodził po wsi i każdemu mówił, jak to jego syn będzie kontynuował rodzinną tradycję i zajedzie przed dom nowym Passatem, a może nawet Phaetonem...
Jakież było jego zdziwienie, gdy kuzyn wrócił do domu Fordem Focusem ST. Szok, niedowierzanie, bo olaboga, zdrajca jeden, auto na F kupił! Z tych emocji wujek nagle złapał się za pierś i upadł na ziemię. Kuzyn natychmiast wezwał karetkę i udzielał pierwszej pomocy.
Okazało się, że wujek dostał zawału. Na szczęście przeżył, ale teraz każdy czuje lekkie uczcie strachu przy rozmowach o autach, mechanikach i innych sprawach.
Mam 48 lat, mieszkam w najnudniejszym mieście w Polsce, mam najnudniejszą pracę na świecie i najnudniejsze życie, w którym goszczą pieniążki i jeszcze całkiem ładna żona. Żonę kocham, poczciwa, pogodna kobieta, dała mi wspaniałego syna i prześliczną córkę, oboje wyrosną na wspaniałych ludzi i ja to wiem. Kocham moją rodzinę, zarówno dzieci, jak i żonę. Mam też brata starszego o 2 lata, mieszka bardzo blisko, często się spotykamy i wspominamy.
Podczas naszych kolejnych wspominanych lat dziecięcych poruszyliśmy temat niemalże TABU. Ja 11 lat, brat 13, wiosna na wschodzie Polski, ojciec bóg wie gdzie, przepadł, jak to miał w zwyczaju po jakimkolwiek przypływie gotówki, a wracał, gdy procenty uleciały, a kasy brakło. Mama w domu, miała dużo gości, gdy taty nie było... Razem z bratem wiedzieliśmy, że skoro tata zniknął, a mama ma gości, to nie będzie w sumie nic do jedzenia przez kolejne dni. Wiosna, lato, jesień czy zima, mieliśmy w wieku gówniarzerii więcej odwagi niż ówcześni 25-latkowie. Chodziliśmy do lasu, gdzie znając konsekwencje, nielegalnie polowaliśmy, na w sumie wszystko, od zajęcy przez młode sarny, a nawet na dziki. Nasz oręż? Jak prymitywy, łuk i strzały. Do tego dwa noże kuchenne wyniesione z domu...
Wspominając tamte czasy, omijamy jeden bardzo trudny okres w zimie, gdy będąc w lesie i szukając kolejnego jedzenia (starczało na jakiś czas, a rodzice zaczęli się cieszyć, że za darmo żarcie i takie dobre!), trafiliśmy na kogoś (czy to był leśniczy? A może ktoś inny? Tego nie wiemy), kto zauważył nas i zaczął gonić, ale zdołaliśmy uciec... W trakcie biegu usłyszeliśmy głośny krzyk, jakby z bólu, ale strach był silniejszy. Po kilku dniach wróciliśmy do lasu, natrafiliśmy na zwłoki owego mężczyzny, jego noga była wygięta pod kątem jasno wskazującym złamanie, jego but cały zakrwawiony, po śladach krwi doszliśmy do wniosku, że stanął na pułapce na niedźwiedzia (zapewne zostawiona na dzika, niedźwiedzi tam nie było). Nigdy nikomu o tym nie powiedzieliśmy, poszukiwania zaginionego trwały kilka dni...
Wspominając o tym, rozważamy, czy mogliśmy się wrócić? Jak powinniśmy się zachować? Niedługo po tamtym czasie tata zapił się na amen, pijany wracał i zamarzł na dworze w samej koszuli spodniach i jednym bucie. Nas matka odesłała do babci, a co się z nią stało? Tego nie wiem. Kocham moje nudne życie, w którym jest dobre kupne jedzenie, gdzie nie muszę z bratem bać się o każdy krok. Wierzcie lub nie, zwykle ludzi jak ja w tamtym czasie w tamtych rejonach było więcej.
Już od dzieciaka należę do osób, które mają większe potrzeby od przeciętnego człowieka na okazanie mi miłości i zainteresowania. To nie jest tak, że potrzebuję ciągłej uwagi, rozmowy ze mną i bycia ciągle na pierwszym planie. Ogranicza się to raczej do dużej potrzeby na przytulanie, położenia głowy na kolana mamy i obejrzenie razem filmu itp. Niestety moja rodzina nie należy do takich, która w taki sposób okazuje uczucia. Dodatkowo byłam wyśmiewana w szkole, głównie przez chłopaków, co odbiło się na mojej samoocenie. Gdy poszłam do liceum, z czasem zobaczyłam, że mogę podobać się chłopakom. Nie byłam jakaś mega popularna, ale jeden, drugi, może trzeci adorator by się znalazł. Był to jeden z pierwszych kopniaków do pracy nad swoją samooceną. Poukładałam to i owo w głowie, wyrobiłam się społecznie i nawet wizualnie. Takie zwyczajne rzeczy, których ja jednak musiałam się nauczyć. Nie jest idealnie, ale jest dużo lepiej, niż było. Ale został jeden duży problem. Zbyt szybko przywiązuję się do ludzi. Wydaje mi się, że przez to, że nie miałam tego zainteresowania w domu i wśród płci przeciwnej, gdy teraz ktoś się mną interesuje, za szybko w to wpadam i po chwili podaję mu serce jak na dłoni. Nawet gdy próbuję trzymać relację (a raczej siebie w niej) na odpowiedni dystans, to z czasem potrafię wybuchnąć i na chwilę za mocno się do kogoś przylepić. Ale ta chwila już zraża do mnie. Próbowałam naprawdę wiele... Obracania się bardziej w męskim towarzystwie, ćwiczeń flirtu, nabyłam dużo wiedzy o relacjach damsko-męskich i sprawdzałam je w praktyce, mam kilka relacji typowo koleżeńskich z chłopakami.
Mam swoje potrzeby. Nie siedzę i nie chcę ich obsesyjnie spełnić, ale wiem, że mam z tym problem. A gdy słucham przyjaciółek, które opowiadają o swoich miłościach, to skręca mnie w żołądku. Nie zazdroszczę im i nie mącę, tylko wspieram je i normalnie z nimi rozmawiam. Ale boli mnie gdzieś tam w sercu, gdy rozmawiamy o tym, jak pojechali gdzieś, jak oglądali film wtuleni w siebie. Dla nich to naturalne, bo jest to dla nich drugi czy trzeci partner. A mnie po prostu boli trochę myśl, że czeka mnie jeszcze trochę pracy nad sobą, żeby nie dawać swojego serca na tacy i nie spalać szansy na związek na starcie i mimo że potrzeba bliskości jest u mnie ogromna, to minie jeszcze jakiś czas, zanim mi też będzie dane tak kogoś przytulić i być spokojną właśnie o to, że ze mną jest wszystko w porządku, moje emocje nagle nie wybuchną i mam szansę na trwały związek. Wiem, że jeszcze sporo przede mną i wiem, co robić. Ale musiałam dać upust emocjom i jeszcze raz dziękuję za dotrwanie do końca.
Mam 24 lata, nigdy się nie całowałam, nie miałam chłopaka. Kompletnie nic, zero, brak jakichkolwiek zbliżeń, relacji.
Mam 24 lata i praktycznie codziennie oglądam wzruszające filmiki na YouTubie.
Nie ma wieczoru, żebym nie oglądał żołnierzy wracających do swoich rodzin, głuchych słyszących po raz pierwszy swoich najbliższych, prezentów od dzieci dla przyrodnich rodziców w postaci prośby o adopcję czy chociażby daltonistów, które zakładają specjalne okulary i widzą kolory. Uwielbiam to, jak to działa na moje emocje — przy każdym filmiku doprowadzam się do łez. Trochę nawet zazdroszczę im takich chwil, chociaż zdaję sobie sprawę, że poprzedzone jest to nieszczęściem lub sytuacją życiową.
Jestem uzależniony od grania na swoich emocjach.
Wychowałam się w gronie chłopaków. Mam bardzo liczną rodzinę i większość dzieciństwa spędziłam z kuzynami. Zaowocowało to tym, że bardziej wolałam spędzić czas, grając w piłkę i ganiając się z nimi po podwórku jak zwariowana. Odbiło się to na moim wyglądzie, nie nosiłam spódnic ani sukienek, o makijażu nawet nie myślałam, włosy wiecznie rozczochrane. Było mi z tym dobrze, miałam też swoich przyjaciół, którzy nie mieli nic przeciwko.
Podjęłam się pracy w restauracji. Ja na co dzień i ja jako kelnerka to były dwa różne światy. Włosy musiałam ładnie uczesać i związać, nosić schludniejsze ubrania, czasem pojawiał się delikatny makijaż. I zaczęło mi się to podobać. W mojej szafie pomału zaczęły gościć kobiecie ciuchy, buty na obcasie, łazienka powiększyła się o półkę z kosmetykami. W międzyczasie poznałam w pracy jednego chłopaka. Fajnie nam się rozmawiało, był świadkiem mojej przemiany, nie oceniał. W końcu randka, jedna, druga, dwudziesta siódma. Zrodziło się uczucie, a my zamieszkaliśmy razem. Wtedy pojawiły się komentarze: „nie zakładaj tego, bo mi się nie podoba”, „ubierz to”, „użyj szminki”, „idź do kosmetyczki”, „naucz się, jak używać kosmetyków”. Skutkowało to kłótniami i nieodzywaniem się przez dwa dni. Naciskał na mnie, mówił, jaka jestem beznadziejna, mówił, że nie chce się mnie wstydzić na ulicy, mam nałożyć szpachlę na twarz, bo co jego znajomi pomyślą, mam iść na siłownię, bo nie mam super wyrzeźbionego brzucha, a tamta urodziła dziecko 3 miesiące temu i wygląda lepiej niż ja. Było tego więcej, niezliczona ilość. W końcu się obudziłam. Zrozumiałam, że przecież nie w takim związku chcę być, więc się rozstaliśmy. Zawdzięczam mu jedynie to, że wspierał mnie i dzięki temu znalazłam pracę, jaką lubię. I poznałam tam kogoś, komu nie przeszkadza, że budzi się rano obok straszydła.
A były? Spotkałam go dzisiaj na mieście i zaśmiałam się pod nosem. Pchał wózek z dzieckiem, a obok niego szła rozczochrana, nieumalowana, w dresach, z brzydkim trądzikiem na twarzy kobieta. Z brzuchem wystającym dalej niż jej biust. Zastukałam szpileczką, podniosłam spódniczkę wyżej, rozpuściłam swoje włosy na wiatr i udałam się w swoją stronę. I nie jest mi go żal. ;)
Wczoraj miałem spotkać się z pewną dziewczyną poznaną w necie. Nasze spotkanie skończyło się po trzech SMS-ach:
1. „Czy jesteś tym facetem w niebieskim swetrze?”
2. „Tak, to ja”.
3. „OK, to ja jednak wolę wrócić do domu”.
Ostatnio kumpel uświadomił mnie, że daję się wykorzystywać dziewczynie. Przemyślałem całą rozmowę i uznałem, że faktycznie miał rację. Zaczął męczyć mnie finansowy aspekt mojego związku. Znamy się 7 miesięcy, 3 ze sobą mieszkamy. Ja pokrywałem wynajem, rachunki, płaciłem za nasze wyjścia, a kiedy szliśmy razem na zakupy do domu, leciało z mojego konta, tylko dlatego, że jestem facetem i więcej zarabiam. Z prawie 8 tys. zł, które zarabiam, nie zostaje nic i raz musiałem brać z oszczędności. Drażni mnie, kiedy pisze mi od jakiejś koleżanki: „Doładuj mi konto, bo nie mam jak” albo jak nabierze w sklepie najdroższych słodyczy, za które ja i tak płacę, i wiele innych. Rozmawiałem też z siostrą, która potwierdziła, że daję się wykorzystywać i sobą manipulować. Rozmawiałem na końcu o tym wszystkim z moją drugą połówką i niestety rozmowa nie przebiegła po mojej myśli i nie wiem za bardzo, co mam robić. Ona nie zgadza się na płacenie połowy rachunków i dzielenia innymi wydatkami, mówi, że to byłoby nieuczciwe, żeby przy jej minimalnej pensji miała płacić 1500 na mieszkanie i jeszcze za jedzenie i wyjścia, zapytała się, czy jestem poważny i co ja sobie wyobrażam. Zaczęła mi wyliczać, jakie ma miesięczne wydatki itp. Po prostu mnie zagadała i zrobiła ze mnie chytrego faceta.
Jesteśmy na siebie obrażeni i ona oczekuje, że ją przeproszę. Z jednej strony wiem, że nie mogę ulec, a z drugiej nie chcę się rozchodzić, bo do tego to dąży. Ciężko się teraz mieszka.
Rok temu odkryłem, że żona ma romans w pracy, ale nie potrafię jej powiedzieć, że wiem. Boję się, że nasze małżeństwo się skończy. Jednocześnie nie potrafię przestać o tym myśleć.
Miałam bardzo ambitnego ojca. Jego ambicja niestety nie skupiała się na jego życiu i aspiracjach, a na jego dzieciach. Niestety mój brat był przeciętniakiem w nauce, a że wyzywanie od głupków i innych debili nie zmieniło tego faktu, cała ambicja została przelana na mnie. Fakt, nigdy mnie nie wyzywał, ale normą było wieczne marudzenie, dlaczego tak mało... Przyniosłam pięć minus – „Dlaczego minus?”. Drugie miejsce w całej szkole – „Dlaczego nie pierwsze?”. Wyróżnienie w popularnym Kangurze to też za mało... Wyrastałam w poczuciu, że jestem nic niewarta. Skłamałabym jednak, mówiąc, że nie zależało mi na opinii ojca. Zawsze pragnęłam tylko jednego – usłyszeć, że jest ze mnie dumny. Tak po prostu.
Później poszłam do złego liceum, o złym profilu, wszystko generalnie robiłam źle. Jak byłoby dobrze? Nie wiem... Przyszedł czas na studia. W ostatniej chwili zmieniłam swój wybór na wybór rodziców i poszłam na kierunek dość prestiżowy, by w końcu zadowolić ojca i matkę. I tak z pewnością siebie, która sięgała metr poniżej poziomu dna, poszłam na moje studia. Na drugim roku wiedziałam, że to nie to, ale chciałam dokończyć. Może wtedy to usłyszę? Nie...
Dziś mam 30 lat, wspaniałego męża i dzieci oraz bardzo dobrze płatną pracę, której nienawidzę. Kiedy rok temu urodziłam trzecie dziecko i odchodziłam na macierzyński, jeszcze nie wiedziałam, że to koniec mojej bujnej kariery. Teraz wiem, ale przyznaję, że był to chyba najgorszy rok mojego życia... Pełen płaczu w poduchę i pełnej rewolucji w życiu. Dopiero teraz dotarło, że prawie zmarnowałam życie, a przecież wciąż jestem na tyle młoda, by je odmienić. Od dwóch miesięcy układam i planuję przy wsparciu męża. Już wiem kiedy i gdzie muszę się zapisać, by zdobyć zawód, którego pragnę :)
Trzymajcie kciuki, przede mną reszta życia ;)
Dodaj anonimowe wyznanie