Mieszkam w malutkim miasteczku zaludnionym przez 5000 osób. Pewnie sobie pomyślicie, że to fajna sprawa – człowiek sobie wypoczywa z dala od wielkomiejskiego zgiełku, spalin i wielkich kominów. Pewnie, że tak, ale gdybyście byli w mojej sytuacji, to zrozumielibyście, że są też i poważne minusy życia „na wiosce”.
Parę dni temu wracałem sobie ze szkoły, trzymając za rękę moją nową dziewczynę. Pożegnaliśmy się buziakiem przed furtką. Kiedy wszedłem do domu, od razu poczułem zapach rosołu. Mama mieszała chochlą w garze, podśpiewując sobie pod nosem jakąś chodnikową kompozycję, a pies z dupą przyklejoną do ziemi czekał na jakikolwiek obiadowy ochłap, który można by spożyć. „O, jesteś – zaćwierkała mama. – Umyj ręce i do stołu!”. Tak też uczyniłem. Po chwili kontynuowała: „Ta dziewczyna, z którą się żegnałeś przed domem… Ty wiesz, że to jest twoja kuzynka, prawda? To córka wujka Czesia, tego od ubojni drobiu”.
Od razu odechciało mi się jeść. Wiecie, co jest najgorsze? To już trzecia moja dziewczyna, z którą, jak się okazuje, jestem blisko spokrewniony.
Nie wiem, czy słusznie zrobiłam. Spotykałam się z facetem i napisałam mu po ostatnim spotkaniu, że widzieliśmy się ostatni raz, bo się po prostu go boję. Przestraszyłam się, pomimo że nie kierował agresji w moją stronę, a w stronę kogoś innego i pomimo że to nie on był agresorem, a inny facet. Niby fajnie, że potrafi się obronić, ale ja wtedy dostrzegłam w nim takie zwierzę. Jego wyraz twarzy, głos, krzyk, zachowanie były straszne. Był tak nabuzowany, że bałam się go. Od razu wróciły mi złe wspomnienia z domu i byłego związku. Pocieszam się tym, że i tak głupio razem wyglądaliśmy, bo ja mam 160 cm, a on ponad 190.
Mania czystości czy zdrowy rozsądek? Sami oceńcie.
Nigdy nie dotykam gołymi rękami klamek, guzików i poręczy w miejscach publicznych — robię to przez rękaw w bluzie, a drzwi „pchaj” otwieram nogą.
Kiedy ktoś z przeciwka przechodzi blisko mnie, to wstrzymuję oddech, żeby nie wdychać tego samego powietrza.
Jedzenie w restauracjach mnie obrzydza, bo ciągle myślę, ile osób jadło tymi samymi sztućcami.
Jak ktoś pożycza ode mnie długopis, to niech sobie go już zostawi.
Nie życzę nam kolejnej pandemii, ale fajnie, jakby każdy nosił maseczki.
Wiecie, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Otóż w domu mam jeden wielki bajzel — wszędzie kurz, a na podłodze sterty ubrań i śmieci. No cóż, przynajmniej rzadko łapię przeziębienia.
W trakcie studiów miałem semestr lektoratów z fizjologii człowieka, prowadzonych przez rubasznego doktora po pięćdziesiątce, znanego z ciętego humoru, zabawnych powiedzonek i tego, jak majestatycznie jego sylwetka o kształcie kuli sunęła po sali, gdy przechadzał się, omawiając temat.
W trakcie jednej z takich wędrówek, w trakcie wykładu na temat układu rozrodczego, zatrzymał się niedaleko mnie, wycelował palcem w sufit i spytał: „Jaką metodą badamy zdrowie prostaty?”. Nie byliśmy kierunkiem ściśle medycznym, w dodatku odpowiedź wydawała się zbyt oczywista, by była poprawna, więc na sali zapadła nerwowa cisza. Jako że coś tam obijało się w mojej pustej czaszce, postanowiłem zaryzykować. „Organoleptyczną...?”
Do końca semestru byłem tym, który prostaty pacjentów chciałby wąchać, osłuchiwać i smakować.
PS Poprawną odpowiedzią jest „palpacyjnie”.
Pamiętam, że w moim pierwszym mieszkaniu nade mną mieszkała para gejów. Nie robili „tego” zbyt często, ale jak już, to było bardzo głośno. Mówię o godzinie bez przerwy za każdym razem. Ten facet musiał mieć penisa, który jednocześnie służył jako metronom — tak idealnie trafiał w rytm. A wszystko to działo się dokładnie nad moim łóżkiem.
Muszę przyznać, że wtedy byłem chronicznie samotny i może raz czy dwa, słysząc ich w akcji, „dołączyłem” w swoim stylu. Dziwne, ale hej — skoro ktoś decyduje się na głośny seks, to ja posłucham.
Kilka miesięcy później zaprosili mnie na drinka. Okazało się, że ich pralka stała dokładnie nad moim łóżkiem. Wyszło na to, że byli po prostu platonicznymi współlokatorami, a ja waliłem konia do odgłosów ich pralki.
Byłam kilka miesięcy z pewnym chłopakiem, wszystko zapowiadało się cudownie do momentu, aż nie chciałam go poczuć troszeczkę bliżej niż zwykłe buzi-buzi czy trzymanie za rękę. Moje pierwsze nocowanie z nim było po pewnej imprezie, położyłam się obok niego, przytulił mnie i poszliśmy spać, czułam się fajnie, że ma do mnie szacunek i nie zależy mu tylko na jednym. Potem spaliśmy u siebie jeszcze ze dwa razy, ale też do niczego nie doszło. Pewnego dnia przyjechaliśmy do mnie, no i zaczęło się coś dziać. Gdy pozbył się już dolnej partii ubrań (ja jeszcze byłam praktycznie ubrana), nagle szybko je założył, pozbierał swoje rzeczy i szybko wybiegł do samochodu i odjechał do domu... Byłam w naprawdę wielkim szoku, ale w jeszcze większym byłam, gdy jakiś czas później pojechaliśmy nad jezioro na kilka dni (oczywiście wtedy też byliśmy grzeczni) i gdy już nie wytrzymałam tej dziwnej sytuacji, za którą siebie obwiniałam, postanowiłam go zapytać, czemu nie przejdziemy na dalszy etap. Odpowiedzi udzielonej przez 24-latka w życiu się nie spodziewałam, a mianowicie usłyszałam: „Mama mi nie pozwala”...
Nie muszę chyba dodawać, że to był już koniec.
Za młodu lubiłem trzymać się z paczką moich kumpli. Zawsze byliśmy jak bracia i mieliśmy np. jakieś durne odzywki do siebie, które zawsze nas bawiły, niestety nieźle wchodziły też w nawyk.
Któregoś razu byłem w pubie. Przy barze zaczepiła mnie całkiem fajna dziewczyna, a właściwie to szturchnęła mnie łokciem, patrząc mi głęboko w oczy, niby że przypadkiem, niby że nie przypadkiem, wiecie, jak to jest... W każdym razie moja reakcja była natychmiastowa — sypnąłem jej szybkim: „Jak kurwa chodzisz, debilu!?” (z długim akcentem nad „i”).
Nie, nie wyszła za tego wariata.
Zawsze chciałem posłuchać na żywo pewnego artysty, wychowałem się na jego muzyce. Stwierdziłem więc, że jeśli ma koncert w moim mieście, to muszę się koniecznie wybrać, kupiłem więc bilety na koncert.
Tydzień później chłop nie żył. :(
Mój wujek może nie jest typowym Januszem, ale wielbi i ubóstwia markę VW. Godzinami może opowiadać i wychwalać poszczególne modele, a historię marki ma w małym paluszku. Oczywiście w rodzinie są tylko samochody tej marki. W sumie nikt się temu nie sprzeciwia, bo ciocia traktuje auto tylko jako maszynę, a kuzyn odziedziczył Golfa po wujku, gdy ten przesiadał się na Passata. Wszyscy znają bzika, jakiego ma wujek i czasami sąsiad czy znajomi robią sobie żarty z dyskusji na temat aut. Nikt jednak nie spodziewał się, że może to doprowadzić go prawie do śmierci.
Pewnego dnia kuzyn za zaoszczędzone pieniądze postanowił kupić sobie nową furę. Wujek dumny jak paw chodził po wsi i każdemu mówił, jak to jego syn będzie kontynuował rodzinną tradycję i zajedzie przed dom nowym Passatem, a może nawet Phaetonem...
Jakież było jego zdziwienie, gdy kuzyn wrócił do domu Fordem Focusem ST. Szok, niedowierzanie, bo olaboga, zdrajca jeden, auto na F kupił! Z tych emocji wujek nagle złapał się za pierś i upadł na ziemię. Kuzyn natychmiast wezwał karetkę i udzielał pierwszej pomocy.
Okazało się, że wujek dostał zawału. Na szczęście przeżył, ale teraz każdy czuje lekkie uczcie strachu przy rozmowach o autach, mechanikach i innych sprawach.
Mam 48 lat, mieszkam w najnudniejszym mieście w Polsce, mam najnudniejszą pracę na świecie i najnudniejsze życie, w którym goszczą pieniążki i jeszcze całkiem ładna żona. Żonę kocham, poczciwa, pogodna kobieta, dała mi wspaniałego syna i prześliczną córkę, oboje wyrosną na wspaniałych ludzi i ja to wiem. Kocham moją rodzinę, zarówno dzieci, jak i żonę. Mam też brata starszego o 2 lata, mieszka bardzo blisko, często się spotykamy i wspominamy.
Podczas naszych kolejnych wspominanych lat dziecięcych poruszyliśmy temat niemalże TABU. Ja 11 lat, brat 13, wiosna na wschodzie Polski, ojciec bóg wie gdzie, przepadł, jak to miał w zwyczaju po jakimkolwiek przypływie gotówki, a wracał, gdy procenty uleciały, a kasy brakło. Mama w domu, miała dużo gości, gdy taty nie było... Razem z bratem wiedzieliśmy, że skoro tata zniknął, a mama ma gości, to nie będzie w sumie nic do jedzenia przez kolejne dni. Wiosna, lato, jesień czy zima, mieliśmy w wieku gówniarzerii więcej odwagi niż ówcześni 25-latkowie. Chodziliśmy do lasu, gdzie znając konsekwencje, nielegalnie polowaliśmy, na w sumie wszystko, od zajęcy przez młode sarny, a nawet na dziki. Nasz oręż? Jak prymitywy, łuk i strzały. Do tego dwa noże kuchenne wyniesione z domu...
Wspominając tamte czasy, omijamy jeden bardzo trudny okres w zimie, gdy będąc w lesie i szukając kolejnego jedzenia (starczało na jakiś czas, a rodzice zaczęli się cieszyć, że za darmo żarcie i takie dobre!), trafiliśmy na kogoś (czy to był leśniczy? A może ktoś inny? Tego nie wiemy), kto zauważył nas i zaczął gonić, ale zdołaliśmy uciec... W trakcie biegu usłyszeliśmy głośny krzyk, jakby z bólu, ale strach był silniejszy. Po kilku dniach wróciliśmy do lasu, natrafiliśmy na zwłoki owego mężczyzny, jego noga była wygięta pod kątem jasno wskazującym złamanie, jego but cały zakrwawiony, po śladach krwi doszliśmy do wniosku, że stanął na pułapce na niedźwiedzia (zapewne zostawiona na dzika, niedźwiedzi tam nie było). Nigdy nikomu o tym nie powiedzieliśmy, poszukiwania zaginionego trwały kilka dni...
Wspominając o tym, rozważamy, czy mogliśmy się wrócić? Jak powinniśmy się zachować? Niedługo po tamtym czasie tata zapił się na amen, pijany wracał i zamarzł na dworze w samej koszuli spodniach i jednym bucie. Nas matka odesłała do babci, a co się z nią stało? Tego nie wiem. Kocham moje nudne życie, w którym jest dobre kupne jedzenie, gdzie nie muszę z bratem bać się o każdy krok. Wierzcie lub nie, zwykle ludzi jak ja w tamtym czasie w tamtych rejonach było więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie