Powiem krótko: jestem niewolnikiem. Mojej własnej mamy. Ona jest Matką Boską Nieomylną. Ja wiecznie jestem „nie taka”. Za mało pomagam, za mało sprzątam, za mało zajmuję się bratem. Za mało robię wszystko. Wyjadę — źle, bo kto jej pomoże z domem. Siedzę w domu — jestem dziwna, bo nie wychodzę do ludzi. Ja muszę zrobić to, tamto, owamto. Muszę być taka, jaka ona chce, żebym była. Grzeczna, ułożona, wiecznie szczęśliwa, radosna, zero sprzeciwu, gotowa na jej każde zawołanie i primo voto zdrowa psychicznie. Nie mówię nic, nie skarżę się, wszystkie swoje komentarze zachowuję w głowie. Z cierpliwością znoszę każde jej słowa, choć mnie niemiłosiernie ranią. Jak płaczę, to tylko w toalecie lub na zewnątrz — sama. Potem uśmiecham się do niej i udaję, że nic się nie dzieje i jestem nadal tą córką, z której chyba nigdy nie będzie dumna.
Szukam pracy (bo od roku kładzie na mnie nacisk, że muszę pracować i dokładać się do budżetu). Nie mam źle — z okazji matury dostanę psa, jeździmy na wakacje. Ale kiedy było tragicznie i ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, to ja oddawałam jej wszystkie moje grosze, nawet te, które dorobiłam. Nigdy nie upomniałam się o zwrot i nigdy nie powiedziałam jej, co czuję, gdy brała moje pieniądze, by kupić sobie kolejne ubrania w tajemnicy przed moim tatą. Spełniałam swoją rolę — byłam grzeczna i ułożona.
Chciałabym żyć inaczej, chciałabym nie żyć w strachu przed kolejnym ochrzanem za to, że nie domyśliłam się, co mam zrobić. Chciałabym usłyszeć z jej ust, że jest ze mnie dumna. Sprzątam dom, chodzę na zakupy, wychodzę z nią na dwór z moim bratem, prawie nic sobie nie kupuję, a i tak słyszę to, jak że mnie jest niezadowolona. Nie mogę się wyprowadzić, nie stać mnie. Nie mogę jej powiedzieć tego, jak przez nią cierpię, bo nie zniosę tej kłótni. Pozostaje mi wegetować. Pozostaje mi słuchać tego, jak za każdym razem narzeka na swoje życie (cały czas musi pracować, cały czas musi gotować, sprzątać, wszyscy mogą odpocząć, tylko nie ona, każdy ma wszystko w dupie, jesteśmy leniami, ona nie może chwilę odpocząć, tylko cały czas ma pełne ręce roboty, nie ma tego, nie może tamtego, ma cały czas pod górkę w życiu) i żyć z myślą, że żałuje, że mnie urodziła. Już dawno nie mówię jej nic negatywnego o swoim życiu. Przestałam.
Po takich sytuacjach jak ta dziś wracam do normalności i staram się przygotować na kolejny cios. Miło, że choć czasem swoim emocjom mogę ulżyć na Anonimowych.
Dzięki i cieszcie się swoimi rodzicami, nawet jeśli czasem nie są idealni. Zawsze mogliście mieć gorzej.
Przez cały okres liceum i początek studiów nie miałem kontaktów seksualnych. W pewnym momencie uznałem, że nadszedł czas, aby takowe rozpocząć, tym bardziej że większość moich kolegów już dawno to zrobiła. Jako że jestem stosunkowo przystojnym wysokim mężczyzną, na każdej imprezie w klubie mogłem praktycznie wybierać w kandydatkach, ale nigdy z tego nie korzystałem. Gdy już się zdecydowałem na jednej z imprez plenerowych, gdy każdy był nieźle zrobiony, zabrałem jedną z dziewczyn, której wyraźnie się podobałem, do mieszkania. Korzystając z rad kolegów, przed wszystkim zwaliłem gruchę, aby móc dłużej wytrzymać.
Bez większej gry wstępnej po chwili pocałunków przeszedłem do rzeczy i po jakichś 15 minutach był koniec. Później po chwili odpoczynku zrobiliśmy to drugi raz i poszliśmy spać. Rano grzecznie się pożegnaliśmy, a dziewczyna powiedziała, że cieszy się, że trafiła na kogoś tak doświadczonego, bo ona robiła to dopiero trzeci raz (co było widać po jej zdenerwowaniu). Nigdy nie spodziewałem się, że to jest takie proste i w sumie łatwe. Później w ciągu trzech miesięcy udało mi się zaprosić do siebie kolejne cztery dziewczyny, z których żadna nie narzekała, a ją nabrałem ogromnej pewności siebie. Dwie z nich były nawet materiałem na związek i sporo do mnie później pisały, ale ja nabrałem ochoty na przygody.
Niestety moje szczęście nie trwało długo, pewnego razu na imprezie dziewczyna cały czas się na mnie patrzyła, więc już wiedziałem, że tego dnia będzie mój piąty raz. Tym razem było inaczej, bo to nie ja ją zaprosiłem do siebie, a ona mnie. Niczego nie podejrzewając, jako że dziewczyna była bardzo ładna i o dwie głowy niższa ode mnie, poszedłem. Gdy już leżeliśmy razem na łóżku, poprosiła mnie, abym założył opaskę na oczy i zaczął od pozycji na pieska. Jako że byłem już po czterech piwach i kilku szotach, zgodziłem się. Niestety okazało się to największym błędem w moim życiu, bo po kilku minutach poczułem coś mokrego i gęstego na moim przyrodzeniu. Natychmiast odskoczyłem i okazało się, że mam do czynienia z mężczyzną, który zapomniał się wypróżnić przed stosunkiem analnym. Po tym zdarzeniu już od kilku miesięcy nie uprawiam seksu i chyba będę miał uraz do końca życia...
Moi znajomi oburzają się, jak ktoś puści bąka albo beknie przy piwie, ale kwestie zdrady w związkach, dawania ciała przed pierwszą randką itd. uważają za zupełnie NATURALNE i po prostu ludzkie rzeczy. Jeśli jest w tym jakaś logika, to bardzo chciałbym ją poznać.
Mama zawsze mnie ostrzegała, że seks bez zobowiązań też ma swoją cenę.
Przekonałem się o tym, poznając swoją przyszłą teściową. Od razu zdałem sobie sprawę, że my się już znamy. I to dogłębnie...
Jako dziecko zawsze lubiłam czytać książki. Czytałam je wszędzie — w łazience, przy obiedzie, a nawet jak szłam chodnikiem. Z wiekiem to mi się nie zmieniło i ciągle siedziałam z nosem w książkach. W gimnazjum mieszkałam w małym miasteczku w górach. Często chodziłam do biblioteki i miałam do niej blisko. Wystarczyło przejść po pasach i wejść w uliczkę i było się u mnie pod domem. Zawsze jak szłam i czytałam książkę, to nasłuchiwałam otoczenia, aby usłyszeć, czy ktoś idzie albo czy jedzie auto. Zawsze się sprawdzało i słuch mnie nie zawodził.
Pewnego dnia, jak szłam z książką do tejże biblioteki, jak zwykle wychodząc z uliczki, wzrokiem szybko przeczesywałam okolicę i wracałam do lektury. Często było pusto i tak było tym razem. Czym prędzej wróciłam do mojej lektury i tam był tak fascynujący moment w powieści, że nie skupiłam się na drodze. Chciałam przejść po pasach na drugą stronę jezdni i weszłabym tam, gdyby mnie ktoś nie pociągnął za ramię. Momentalnie oderwałam się od powieści, a centymetry od mojego nosa przejechał tir.
Zszokowana rozglądam się i szukam wybawcy. Do dziś nie wiem, kto mnie uratował, bo jak się odwróciłam, nikogo nie było. Nie wiem kto lub co to było, ale dotyk tej dłoni na moim ramieniu długo mnie prześladował.
No i nauczyłam się jednego — nie czytam książek, gdy gdzieś idę ;)
Poszedłem ostatnio z żoną do restauracji. Wybraliśmy ładniejszy lokal niż przeciętny, ale nadal dla zwykłych ludzi. Było to z okazji naszego urlopu, w czasie którego zwiedziliśmy dawną stolicę Polski.
Jedzenie było wyśmienite, dawno nie zjadłem czegoś tak dobrego, tak innego, a jednocześnie klasycznego. Obsługa z kolei była bardzo niemiła — kelnerka bez uśmiechu, bez energii, zapomniała o napojach, nawet aperitif podała, gdy jedzenie już stało na stole. Zapomniała o deserze, przez co musieliśmy długo czekać, oraz kłóciła się, że wcale nie zamówiliśmy. Sam kiedyś pracowałem jako kelner i jej obsługę oceniłem bardzo miernie. Absolutnie nie zasłużyła na żaden napiwek.
Gdy już w końcu doczekaliśmy się rachunku, ten opiewał na coś około 270 zł. Włożyłem banknot 100 i 200 i oddałem kelnerce bez słowa — żadnego „reszta dla pani” czy też „dziękuję za obsługę”, nic, co by wskazywało, że należy jej się napiwek. Po kolejnych 10 minutach wstałem i podszedłem do lady — na wstępie usłyszałem: „Obsługujemy przy stolikach”. Wytłumaczyłem, że nie dostałem reszty. Moja kelnerka zrobiła wielkie oczy: „Uznałam, że to napiwek”. Prychnęła. „Poproszę resztę, nie zamierzam zostawiać pani napiwku” — rzuciłem, a dziewczyna spaliła buraka. Stała chwilę i w końcu wyciągnęła z kasetki trochę ponad 30 zł i rzuciła na bar. Bez słowa zniknęła na zapleczu. Słyszałem, jak za wahadłowymi drzwiami żali się na mnie kucharzowi... Wziąłem te pieniądze, otworzyłem drzwi do kuchni, zapytałem kucharza, czy on gotował moje dania. Lekko zmieszany przytaknął. Położyłem mu te 30 parę zł na wydawce tuż obok ciepłych talerzy i dzwoneczka. „Proszę — panu należy się napiwek. Nie jej”. Jego mina była bezcenna, ale jej karmazynowy odcień twarzy był wartym wszystkich pomiędzy widokiem. Po tym wyszedłem, poszedłem po żonę i wyszliśmy.
Cała akcja trwała krócej niż jej opisanie, wszystko działo się we względnej ciszy i bez robienia hałasu na całą restaurację.
Byłam bardzo ciekawskim, ale nierozgarniętym dzieckiem, wszystkiego chciałam spróbować i nie jest zaskoczeniem, że ciągle mi się coś działo. A to skręcone kolano lub kostka, a to złamana ręka czy inne. Dlatego wiele razy byłam w szpitalu.
Pewnego razu przyjechałam do szpitala z rozciętą ręką. Bawiliśmy się z bratem na podwórku, on mnie popchnął i się przewróciłam. Upadlam bardzo niefortunnie, bo ręką wpadłam w rozbitą butelkę. Był krzyk, polała się krew i brat pobiegł po rodziców. Przecięłam dłoń od zewnętrznej strony, mniej więcej od kciuka do środkowego palca. Nie było to bardzo długie przecięcie, ale było dosyć głębokie. Z tego powodu rodzice postanowili zabrać mnie na ostry dyżur. Po 15 minutach jesteśmy w szpitalu. Tutaj muszę dodać, że od razu po wejściu podeszła do mnie bardzo miła pielęgniarka i zaczęła pocieszać, dała tacie dokumenty do wypełnienia i pokazała, gdzie przyjmuje lekarz. Tutaj zaczyna się historia właściwa.
Czekamy przed gabinetem, przed nami w kolejce jest dwoje dzieci. Jedno miało złamaną nogę i czekało na założenie gipsu, a drugie czekało na ściągnięcie szwów. Ja cały czas krwawiłam, więc rodzice poprosili, czy moglibyśmy wejść przed nimi. Chyba zrobiło im się żal zanoszącej się płaczem ośmiolatki, więc stwierdzili, że nie ma problemu. Po 20 minutach z gabinetu wyszedł uśmiechnięty doktor i sobie poszedł. Bez żadnego słowa wyszedł i wrócił po półgodzinie, wszedł do gabinetu i zawołał pierwszą osobę. Jako że mieliśmy wejść jako pierwsi, poszliśmy do gabinetu, ale doktor stwierdził, że on ma karty ułożone inaczej i teraz jest nie nasza kolej. No więc wyszliśmy. Znowu czekaliśmy około godziny, półtorej. Dopiero po tym czasie zostałam zaproszona do gabinetu. Lekarz był mocno wczorajszy, czuć było od niego alkohol, no ale działamy dalej. Lekarz podszedł, zobaczył rękę i powiedział: „Szyjemy”. Zabrał mnie do sali, dał znieczulenie miejscowe i wyszedł. Zostałam sama na sali, bez nikogo, przerażona. Wrócił po mniej więcej 20 minutach i zaczął działać. Nic nie czułam, więc tutaj nie mogę narzekać, jednak gdy znieczulenie przestało działać, poczułam, jak mocno ścisnął mi szwy. Praktycznie nie mogłam ruszać ręką. Pojechaliśmy do szpitala drugi raz, gdzie inny lekarz stwierdził, że nie założy mi ich drugi raz, bo są dobre.
Do dzisiaj mam bliznę, nie tylko od przecięcia, ale również od szwów, które jednak były za mocno ściśnięte. Ściągnięcie ich było równie nieprzyjemne, ale to już inna historia.
Nie mówię, że cała służba zdrowia jest zła. Wręcz przeciwnie, spotkałam wielu lekarzy z powołania. Jednak są tacy, przez których można stracić wiarę w lekarzy.
Coś, z czego dopiero ostatnio zdałam sobie sprawę.
Właściwie od zawsze wiedziałam, że podobają mi się i chłopcy, i dziewczyny, ale jakoś tak się złożyło, że zawsze tworzyłam związki z mężczyznami. Możliwe, że miało to związek z tym, że pochodzę ze wsi w Polsce B — wiadomo, prawdziwa rodzina to chłopak i dziewczyna itp. Faktem jest, że do 28. roku życia miałam za sobą parę związków z mężczyznami, w tym jeden długoletni, 7 lat. Były rozmowy o ślubie, mieszkaliśmy razem, po zaręczynach i w ogóle. Aż w końcu po wieeeelu próbach naprawy, terapiach, niezliczonych rozmowach, ale też okresach, gdzie było jak w niebie — pałka się przegła i miałam dość jego lenistwa, wiecznych wymówek, byle tylko czegoś nie zrobić, targowania się („Przecież możesz ty pozmywać, ja wczoraj zadzwoniłem umówić elektryka!”). Zdałam sobie sprawę, że jestem bardziej matką w tym związku niż partnerką. Jego problemy były naszymi, ale moje były albo tylko moimi, albo wręcz tylko wymysłami. Doszło do tego, że musiałam wykonywać jakieś 70-80% obowiązków w domu, mimo że oboje pracowaliśmy na pełen etat. I zanim ktoś będzie chciał przełożyć to na finanse — ja zarabiałam więcej. Po kolejnej próbie przedstawienia mojego punktu widzenia i po kolejnym szantażu emocjonalnym w odpowiedzi („Gdybyś mnie naprawdę kochała, to wspierałabyś mnie, żebym się zmienił!”) po prostu miałam już dość. W ciągu miesiąca zerwaliśmy wszelkie kontakty.
Przez ponad rok byłam singielką i czułam się FANTASTYCZNIE. Będąc w związku, czyli teoretycznie rozkładając obowiązki domowe na dwoje, nie miałam tyle wolnego, jak gdy byłam sama. Aż w końcu poznałam ją, powiedzmy Anię. Zaczęłyśmy się spotykać, na początku dość luźno (bo już przywykłam do spokoju, jaki daje samotność), ale w końcu związek stał się naprawdę poważny. I tak już od trzech lat mieszkamy razem. I nigdy nie byłam szczęśliwsza! Zero szantaży emocjonalnych, zero durnych kłótni o nic, typu kto dziś odkurza, zero fochów i „matkowania”. Nic, do czego byłam przyzwyczajona przez związki z facetami.
I dopiero ostatnio zauważyłam, że moje doświadczenia sprawiły, że mam bardzo negatywną opinię o mężczyznach jako o partnerach. A rozmowy z zajętymi, heteroseksualnymi koleżankami na temat ich związków tylko mnie w tym utwierdzają.
Tak że gdy widzicie „typową feministkę nienawidzącą facetów”, może to tylko ja, wspominająca dawne, nieudane życie z osobami, które szczerze kochałam i o które dbałam, a niestety nie dostałam w zamian nic.
Przyprowadziłem ostatnio dziecko do lekarza. Żona też była z nami. Weszliśmy, opowiedziałem, w czym problem itd. Lekarka mówiła tylko do mojej żony, choć ta się nawet nie odzywała. Ja opowiadałem, odpowiadałem na pytania, pytałem o szczegóły, a lekarka nawet na mnie nie patrzyła, jakby nie widziała, że to ja mówię, a nie żona, całkowicie ignorując fakt mojej obecności w gabinecie.
Przykre, że dla większości kobiet liczy się tylko matka, jakby ojciec się nie liczył.
W pogoni za naprawdę dobrym stanowiskiem wyjechałam z mojego miasta. Wynajęłam sobie fajne mieszkanie, urządziłam się. Jest świetnie, tylko nikogo nie znam. Nic to, jako introwertyczka nigdy nie miałam dużych potrzeb i przy tym łatwo zdobywałam znajomych. I właśnie tak poznałam Maćka. Mężczyznę, z którym po prostu zgadałam się na przystanku. Zwrócił moją uwagę oryginalnym stylem i otwartością. Zaczęliśmy się kolegować. W ciągu tygodni robił na mnie coraz większe wrażenie. Niezbyt przystojny, ale nadrabiający charyzmą i mądrością. Z dumą pokazywał mi swoje projekty, błyszczał coraz bardziej. I zaprosił mnie na randkę. Bawiłam się świetnie, urzeczona jego poczuciem humoru i błyskotliwością. Ważne było też dla mnie, że był wolny od nałogów, bo pochodzę z rodziny z problemem alkoholowym. W końcu zostaliśmy parą, a on wprowadził mnie w krąg swoich znajomych. I wtedy zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego, że coś tu nie gra, ale bacznie obserwowałam. Zaczął próbować mi zaimponować pieniędzmi, z czym czułam się średnio. Potem zaczęłam odkrywać drobne kłamstwa. Jakiś projekt nie okazał się jego, była dziewczyna go rzuciła, a nie on ją, jak twierdził. To były drobiazgi, ale liczy się, że kłamał. Potem było coraz gorzej. Cokolwiek sobie kupiłam, on się chwalił, że mi to kupił, gdziekolwiek poszliśmy do restauracji, to opowiadał, że mnie zabrał, mimo że sama płaciłam. Naiwnie nie demaskowałam jego kłamstw, bo jakoś tak litościwe nie chciałam dobijać jego i tak, jak się okazało, niskiej samooceny. Potem odkryłam, że pije. Codziennie. Prosiłam, żeby tyle nie pił, mówiłam, że jest uzależniony. Wtedy zaczął opowiadać znajomym, że się zmieniłam, że robię mu awanturę o jedno piwko raz na tydzień. Oni przestali mnie zapraszać. A przynajmniej tak myślałam, bo okazało się, że po prostu nie przekazywał mi tych zaproszeń. Zostawiłam go, ale ubłagał kolejną szansę, którą dostał. Jak można się domyślić, nic się nie zmieniło, poza tym, że intensywniej budował mój image wariatki, o czym się dowiedziałam dużo później. W końcu po zdecydowanie zbyt długim czasie znów zerwałam. Tym razem ostatecznie. Błagał, prosił. Tym razem byłam twarda. Zaczęłam dostawać obraźliwe wiadomości. Od kilku dziewczyn z grupy. Że jestem zdzirą, szmatą i inne gorsze. Bo opowiedział im ckliwą historię, jak mnie kopnął w tyłek, bo złapał mnie na zdradzie. Cóż, mogłam się tego spodziewać.
Nie mogę przeżyć, jak się wkopałam. Dorosła baba, a dała zrobić się jak małolata. Brawo ja.
Dodaj anonimowe wyznanie