#DtxEW
Nie wiem, jak przeżyłam tę noc, jednak następny dzień był powtórką poprzedniego, a wieczór przyniósł ból głowy, chyba dwa razy gorszy niż poprzednio. Rodzice ponownie zadzwonili po pogotowie. Z tej nocy zbyt wiele nie pamiętam. Podobno musiałam sama podawać swoje dane, łącznie z PESELem przez telefon, inaczej nie chcieli przyjąć nawet zgłoszenia.
W końcu przyjechał ratownik — na szczęście inny niż poprzednio — który przeraził się, wysłuchawszy moich objawów. Pierwsze, co zrobił, to kazał mi pochylić głowę tak, żeby brodą dotknąć miejsca nad klatką piersiową. Kiedy nie dałam rady, stwierdził sztywność karku, który jest objawem zapalenia opon mózgowych (jak i wyżej wspomniana wysypka, która jest ostatecznym ostrzeżeniem ze strony organizmu — po jej wystąpieniu należy natychmiast poddać się hospitalizacji). Zabrano mnie do szpitala. Tam potwierdzono u mnie bakteryjne zapalenie opon mózgowych (ponoć groźniejsze od wirusowego) oraz sepsę. Lekarz powiedział, że gdyby wtedy mnie nie zabrano do szpitala, zmarłabym w nocy. Leżałam w szpitalu miesiąc, w tym ponad dwa tygodnie w izolatce. Przez następne pół roku miałam zakaz jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Do końca życia będę miała problemy z pamięcią i koncentracją, ponieważ mój mózg musiał ponieść jakieś szkody.
I w tym miejscu wrócę do lekarza, tego od alergii. Na prośbę sanepidu mama poszła po moją kartę pacjenta do przychodni. To był niecały tydzień po wizycie. Lekarz stwierdził, że takowa w ogóle nie miała tam miejsca, nie było też po niej śladu w mojej karcie. A kiedy mama powiedziała, że była osobiście tu z córką, usłyszała: „Panią pamiętam, córki nie”.
Dzięki, polsko służbo zdrowia.
#52Pw4
Małe dzieci czasem wpadają w histerię, gdy nie mogą czegoś na rodzicach/opiekunach wymusić. Mam takiego w rodzinie. Rodzice młodego (ma 2 lata) starają się dobrze go wychowywać i ogólnie młody jest dość ogarnięty, ale zdarzają mu się czasem „filmy” w miejscach publicznych.
Tak się złożyło, że ja, ciocia, musiałam młodego ostatnio przypilnować... W trakcie zabawy wpadł na jakiś szatański pomysł, którego mu zabroniłam. Młody w ryk (bo to nie był płacz, tylko szantaż), a ja... zaczęłam ryczeć tak samo jak on.
Zgłupiał. Poskutkowało.
#eETfL
Według nich on nic nie wnosi do tego związku i mnie wykorzysta dla pieniędzy, statusu i wygody, że on nie będzie musiał nic załatwiać, bo nie zna języka. Powiedzieli mi, że miłość w życiu to tak naprawdę nic i to, że ma fajny charakter, nie wystarczy. On nie ma nic do stracenia, a ja mam wiele itd.
Tak szczerze to jest przykre, że własna rodzina nie akceptuje moich decyzji życiowych. Mimo tego, że mówiłam im wiele razy, że nie planuję jeszcze brać z nikim ślubu, nic do nich nie dociera. Czasami naprawdę mam aż ból brzucha, kiedy mój chłopak gdzieś z nami wychodzi, a oni go zabijają wzrokiem. Chłopak pracuje na pełny etat, wynajmuje sam mieszkanie, to jak ma jeszcze chodzić na studia? Studia w USA są bardzo drogie.
Nie mam pojęcia co robić. Oni wszyscy by chcieli, abym go zostawiła już, zanim będzie za późno. Nie chcę zrywać ze swoim chłopakiem, bo naprawdę to jest dobry człowiek z dużym sercem. Ta cała gadka o statusie i tym, że ktoś musi mieć studia, jest męcząca.
Dochodzę pomału do wniosku, że będę musiała w pewnym czasie podjąć decyzję, czy zostawić swojego chłopaka, czy zerwać kontakty z rodziną. Po prostu jest mi przykro.
#3CQbd
Znalazłem stare dowody osobiste rodziców (takie zielone książeczki). Tam na końcu jest wbita informacja o grupie krwi. No i niestety oboje mają jednak 0. Nigdy nie byłem jakiś świetny z biologii, ale nie wydaje mi się, żeby z dwóch „zer” nagle wyszło A. To niemożliwe. Wygląda na to, że nie jestem synem swojego ojca. Na pewno nie jestem adoptowany, bo z wyglądu jestem bardzo podobny do mamy. Wszyscy mi mówią, że ja to „skóra zdarta z matki”. Mój brat z kolei jest bardziej podobny do taty. Nigdy nie widziałem w tym nic dziwnego, bo przecież często się zdarza, że jedno dziecko jest podobne do jednego rodzica, a drugie do drugiego.
Sprawa jest dodatkowo skomplikowana, bo mój ojciec zmarł kilka lat temu. Byłem z nim blisko związany i ciężko to przeżyłem, a teraz znowu taki cios. Nie wiem, czy powinienem w ogóle to rozgrzebywać, czy lepiej zostawić. Nie wiem, czy jest sens. Z jednej strony chciałbym wiedzieć, o co tu chodzi, ale z drugiej boję się prawdy, która może tylko wszystkich zranić. Szczerze mówiąc, to nadal w głowie sam się oszukuję i wierzę, że to jednak jakaś ogromna pomyłka i nieprawda.
#mU5QK
Kilka tygodni temu na mojej klatce zaczęło strasznie śmierdzieć — mówię wam, smród nie do opisania. Po czasie zorientowałam się, że być może to z mojego mieszkania, więc przeszukałam całe, ale nie znalazłam nic, co mogłoby tak śmierdzieć.
Po kilku kolejnych dniach poczułam słaby zapach z mojej szafy — więc... Oczywiście, że jej nie posprzątałam. Ta szafa to po prostu schowek na torby, których nie rozpakowałam i raczej nigdy nie rozpakuję. Po prostu zamknęłam tę szafę, która była otwarta od jakiegoś czasu, bo czegoś w niej szukałam. Po kilku dniach spokoju zaczęło śmierdzieć znowu i to jeszcze bardziej — szczerze mówiąc, chyba pierwszy raz, odkąd się wprowadziłam, wzięłam się za sprzątanie. No i nic, smród nie zniknął. Więc postanowiłam jednak dokładnie przejrzeć szafę. Znalazłam jakąś starą reklamówkę, nawet nie wiem, co w niej było, bo od razu podskoczyłam — ogólnie cała była w jakichś larwach i robakach. Zamknęłam ja w innej reklamówce, szybko wyrzuciłam, a teraz siedzę i zastanawiam się, jak powinnam zdezynfekować szafę.
Wiecie, co jest najgorsze? Że aktualnie mam totalny syf w domu, wszystkie rzeczy z szafy (prawdopodobnie w jakimś stopniu zainfekowane tym robactwem, mimo że tego nie widzę) leżą na środku, ale dalej nie mam ochoty sprzątać. Przypuszczam, że minie tydzień, zanim to jakoś ogarnę. Właściwie gdyby nie zaczęło śmierdzieć, to naprawdę bym nic z tym nie zrobiła.
#LYE5g
W kościele jak to w kościele — zaduch, wszystkie miejsca zajęte przez starsze panie, którym przecież się należy, bo są starsze, więc ja, młode, zdrowe dziecko, nie miałam prawa usiąść. Na okrągło klękanie, wstawanie i śpiewanie. Za każdym razem po godzinie takiego wysiłku wychodziłam z kościoła cała zielona, wielokrotnie zostawałam po mszy, aby usiąść, bo było mi tak słabo, że nie miałam sił wrócić do domu. Mimo wszystko wiernie chodziłam do tego kościoła, wmawiając sobie, że to efekty przytłoczenia mocą ducha świętego. Aż pewnego dnia zemdlałam na oczach innych ludzi, podczas kazania. Walnęłam głową w betonową posadzkę tak, że na chwilę zagłuszyło to słowa księdza. I wiecie co? Pomogła mi tylko jedna osoba, bo reszta nie chciała opuszczać mszy. Nikt poza jednym, młodym, około 15-letnim chłopakiem nie zapytał nawet, jak się czuję, kiedy już się ocknęłam. Żadna starsza pani nie ustąpiła miejsca. Ksiądz nie przerwał kazania, mimo że całe zajście widział, a ministrant nie przyniósł wody. Bo oddawanie Bogu czci jest ważniejsze niż jakieś tam dziecko, które straciło przytomność.
Miałam wtedy 12 lat i to właśnie wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo Kościół jest zakłamany. Nigdy więcej od tamtej pory nie byłam na żadnej mszy, a teraz mam 22 lata. Jeśli już muszę pojechać, np. na ślub, to przyjeżdżam pod koniec całego zajścia i stoję na zewnątrz kościoła. Nie jestem w stanie słuchać wylewającej się z kazań tony hipokryzji i absurdu. Za każdym razem, gdy wspominam to, jak płytki i wyszlifowany był wtedy mój tok myślenia, łapię się za głowę. Już w wieku 9 lat miałam kompletnie wyprany mózg i teraz, po latach, naprawdę bardzo się cieszę, że wtedy zemdlałam i w końcu przejrzałam na oczy.
Teraz jestem agnostyczką. Ale wyznaję prostą zasadę, którą każdy, wierzący czy też nie, powinien przyjąć jako absolutną podstawę: Bóg i Kościół to dwie zupełnie różne rzeczy i jeśli wierzyć, to tylko i wyłącznie w to pierwsze. Istnienie tego drugiego... nic dobrego nie wnosi.
#drx8E
Gdy miałam 11 lat, ku mojej uciesze, padła decyzja o zapisaniu mnie do klubu piłkarskiego. Oczywiście nie było oddzielnych sekcji dla obu płci, ponieważ bardzo mało było dziewczyn grających w piłkę. Byłam jedyną dziewczyną w klubie. Na początku niezbyt mi szło, ale z czasem w wyniku moich dużych starań na treningach przerosłam umiejętnościami moich kolegów z drużyny, odstawałam jedynie motorycznie i fizycznie. Gdy miałam 13 lat, zaczęły się pierwsze zaczepki. Chłopacy śmiali się ze mnie, gdy mi coś nie wyszło, w wyniku czego zaczęłam grać trochę niepewnie, a gdy się wywróciłam czy też potknęłam, to śmiechom nie było końca. Na początku to rozumiałam, OK, hormony buzują, to taki wiek. Dopóki nie przekroczyło to wszelkich granic.
Pierwsze ostrzeżenie, że na za dużo sobie pozwalają, dostałam gdy jeden oznajmił mi jak gdyby nigdy nic, że fajnie mi piersi falują, jak biegam. Takie teksty w wieku czternastu lat... Odfuknęłam mu i wszyscy oczywiście zaczynali się zanosić śmiechem. Potem skręcało to w coraz gorszą stronę. Jakieś „przypadkowe” dotknięcia po pośladkach podczas treningów. Ale najgorzej było w szatni. Z dnia na dzień coraz gorsze sprośne żarty i dokuczania w moim kierunku. Żaden (żaden!!!) z 15 chłopaków nie widział w tym nic złego. Żaden nie powiedział, że tak się nie robi. W końcu zwróciłam się do trenera, ponieważ nie miałam żadnej deski ratunku, żadnego oparcia, a powiedzieć rodzicom się wstydziłam. Ten chwilę pokrzyczał, dał jakieś kary, chłopcy odbiegali swoje dwa kółka wokół boiska, odbębnili swoje 15 pompek i wszystko wróciło do normy. Albo nie. Było jeszcze gorzej. W wieku czternastu lat zostałam zgwałcona. Poszło szybko. Po treningu, gdy trener udał się do swojego domu, nikogo w klubie już nie było, a trening kończył się około godziny 22:00, więc przechodniów raczej również nie było, zwłaszcza że klub był na kompletnym zadupiu, więc nikt nie mógł nic usłyszeć. Na początku zostałam złapana za włosy, zaciągnięta do łazienki w szatni i potwory zrobiły swoje. Gdy już im się znudziło, zwierzęta zostawiły mnie samą, z porwanymi ubraniami, rozpłakaną i bezlitośnie skrzywdzoną. Poszukiwała mnie policja, na szczęście uwierzono w sądzie mi właściwie od razu. Nie wiem, co się stało z tymi bydlętami, czy byli w poprawczaku, psychiatryku, więzieniu... Szczerze, mam to gdzieś. Obchodzi mnie natomiast to, że ja mam trwały uszczerbek na zdrowiu, a oni kiedyś wyjdą na wolność. I może zrobią kiedyś jakiejś kobiecie to samo. Nie wiem, jak to nazwać, ale tak nie wygląda sprawiedliwość.
#nxDID
Pewnego dnia mama wpada do mieszkania, gdzie ja teraz pomieszkuję, oczywiście przychodzi razem z nim i jego czternastoletnim synem. Oni rozwalają się w kuchni, ja sprzątam, a mama pije herbatę. Wtedy zauważa jakąś małą śrubkę od krzesła, więc zaczyna ją dokręcać. Jej facet od razu wykrzykuje z oburzeniem: „Co ty robisz?! Dwóch facetów tu siedzi!”, a ja, nie zastanawiając się, odpowiadam: „A co, do dokręcenia śrubki potrzebny jest penis?”. Koleś zaniemówił, a mama dalej gratuluje mi tej odzywki. To chyba można nazwać sukcesem.