Moja mama prowadzi firmę w Katowicach. Nie jest to jakaś ogromna korporacja, jednak całkiem spore, liczące 50 osób przedsiębiorstwo. Mama zawsze starała się utrzymywać dobre kontakty z pracownikami, na tyle dobre, że kiedy jeden z nich oświadczył się swojej dziewczynie, zaprosili szefową na ślub.
Wszystko pięknie, przygotowania do ślubu idą pełną parą, matka wypłaciła pracownikowi premię, żeby wspomóc go w tak ważnej chwili. Tydzień przed ślubem — wszystko praktycznie gotowe, suknia ślubna, tort, sala. Jednak panna młoda, będąc sama w domu, kąpała się w wannie. Niby nic, jednak nagle po prostu... zasnęła. I niestety już się nie obudziła. Pan młody wrócił z pracy, wchodzi do łazienki i co widzi? Martwą ukochaną. Dzwoni po pogotowie, ciągle mając nadzieję, że ona jednak żyje... Niestety — zaczadzenie.
Coś, czego nie czuć, a co wykryć można tylko przez specjalne czujniki, kosztujące durne kilkadziesiąt złotych. Miał być ślub. Był pogrzeb.
Rzecz działa się kilka lat temu, kiedy to po raz pierwszy i ostatni raz odwiedziłam wrocławski aquapark. Na wstępie dodam, że jestem osobą, która... hmmm... nie oszukujmy się, nie potrafi pływać. Nie przeszkadza mi to jednak w podejmowaniu nowych wyzwań w postaci zjazdu ze zjeżdżalni.
Na początku wypróbowałam tylko tę z pontonem, wydawała się całkiem bezpieczna, jednak kolejki do tej zjeżdżalni były niemiłosiernie długie. Stojąc ze którymś razem w kolejce, wpadłam na pomysł zjechania z innej zjeżdżalni, do której stało tylko kilka osób. O zgrozo, nie wzbudziło to we mnie żadnych podejrzeń. Oczywiście z moją sporą wadą wzroku nie zauważyłam, że właśnie wchodzę do niczego innego jak słynnego kamikadze...
Kiedy weszłam do zjeżdżalni, zdążyłam tylko wykrzyknąć połowę niecenzuralnego słowa, nie udało mi się nawet dokończyć. W połowie zjazdu poczułam, że moje majtki zwijają się w stringi i zastanawiałam się, jak tu je dyskretnie poprawić, kiedy tylko znajdę się w brodziku. Po wyjechaniu z tej diabelskiej rury natychmiast zabrałam się za poprawianie majtek, kiedy zauważyłam, że zebrało się sporo ludzi, głównie płci przeciwnej i zaczęli mi bić brawo. Myślę sobie: „Patrz, jaka jesteś odważna, nikomu nie bili braw, tylko tobie”. Nigdy wcześniej nie byłam z siebie tak dumna. Niestety moja euforia nie trwała zbyt długo, gdyż nagle poczułam delikatnie smyranie w okolicach kostki. To był mój stanik, który rozwiązał się podczas zjeżdżania i zjechał sobie za mną. Jak mniemam, to właśnie on był nagradzany brawami, a nie moja odwaga.
W podstawówce byłem nielubiany przez rówieśników. Nie to, że mi ciągle dokuczali, po prostu mnie omijali. Ja z wzajemnością ich omijałem. Zawsze szybko wychodziłem po lekcjach, aby samemu wracać do domu. No bo skoro oni nie lubili mnie, to ja też za nimi nie przepadałem. Miałem tylko jednego przyjaciela, który tak samo jak ja był omijany i nielubiany, lecz, w przeciwieństwie do mnie, on zawsze chciał się innym przypodobać. Na przykład na jakiejś wolnej lekcji cały czas namawiał innych, aby pograli z nim w jakieś gry. No taki trochę był upierdliwy, bo było widać, że raczej nikt nie chce z nim spędzić czasu. Nadszedł jednak moment, kiedy to poszliśmy do szkół średnich. Ja i on wybraliśmy tę samą szkołę i dalej się przyjaźniliśmy. Rzecz w tym, że nasze charaktery nam pozostały. On znalazł wielu kolegów, co bardzo mnie zaskoczyło, bo zawsze myślałem, że na marne cały czas próbuje się każdemu przypodobać. Za to mnie nikt nie polubił. Myślałem, że jak nikogo nie będę się czepiał, to prędzej czy później poznam kogoś nowego. Tak się jednak nie stało. W nowej klasie już wszyscy mnie uznali za dziwnego odludka, a mój przyjaciel najzwyczajniej wolał spędzać czas z nowymi przyjaciółmi.
Wiem, że za swoją samotność jestem odpowiedzialny tylko ja. Nie wiem, może też zacznę być uporczywy względem innych, to może też ktoś mnie polubi.
Kiedy byłam mała, usłyszałam w przedszkolu, że jaskry są bardzo trujące, i jak takiego zjesz, to umrzesz. Ja, jako bardzo odpowiedzialne dziecko, niewierzące we wszystko, co usłyszy, postanowiłam to sprawdzić, więc „w celach naukowych” zeżarłam małe naręcze żółtych kwiatków, żeby zobaczyć, czy umrę.
W ten sam sposób obaliłam szkolny mit, że jak się poświeci laserem w oko, to się oślepnie.
PS Nie umarłam, nie oślepłam.
Krótko i dość obrzydliwie.
Kocham zapach przepoconego stanika. Nie piorę go w ogóle, nawet po pracy (pracuję fizycznie). Chodzę w jednym, dopóki się nie rozwali, a czysty zakładam tylko do lekarza.
W liceum mieliśmy ciętego nauczyciela od historii. Nie był on człowiekiem, który zachęcał do swojego przedmiotu — raczej terroryzował klasę, lekcje z nim śnią mi się do dzisiaj. Pewnego dnia ogłosił, że na jednej z lekcji napiszemy wypracowanie na ocenę. Postanowiłam się nauczyć się tak, żeby to wypracowanie napisać perfekcyjnie. Zaczęłam z odpowiednim wyprzedzeniem (jak nigdy) i powiem szczerze, że idąc na lekcję, byłam pewna siebie. Mieliśmy trzy tematy do wyboru. Wybrałam temat unii lubelskiej, w którym czułam się zresztą najmocniej. Rozpisałam się jak nigdy. Czasem zerkałam na mapę, która jako forma ułatwienia wisiała na tablicy. Wszystko opisywałam z najdrobniejszymi szczegółami, a z każdym kolejnym zdaniem byłam coraz bardziej z siebie dumna. W efekcie wyszło mi całe trzy strony formatu A4. Pomyślałam — wreszcie dostanę więcej niż tróję! Skończyłam pierwsza, dumnie oddałam pracę na biurko i wyszłam z sali. I nagle zdałam sobie sprawę, że popełniłam jeden, jedyny błąd w moim wypracowaniu. Otóż... unia w moim wypracowaniu została zawarta z Czechami.
I tak właśnie, moi drodzy, działa stres. :D
PS Dostałam jedynkę.
Wiecie, jak cudownie po czterech latach związku w końcu zamieszkać ze swoim ukochanym? Po prostu bajka! Tylko że on każdego dnia jeździ do mamusi i wraca do domu tylko na noc.
Chyba inaczej sobie wyobrażałam wspólne życie...
Sytuacja miała miejsce 12 lat temu (dziś mam 23 lata). Byłam wtedy w parku na spacerze z moją ówczesną przyjaciółką, siedziałyśmy na ławce pod drzewem i byłyśmy zachwycone, jak ptaszki się razem bawią, ale szybko przestałyśmy się nimi interesować i zajęłyśmy się rozmową. Było całkiem fajnie do momentu, gdy najpierw pod jej nogi spadła głowa ptaszka, a pod moją jego reszta. Urocze, bawiące się ptaszki w rzeczywistości były wronami robiącymi nalot na gniazdo... Naszego wrzasku nie zapomnę do śmierci.
PS Swoją drogą do ptaków mam pecha. Sześć lat później z grupą znajomych poszłam na papierosa za budynkiem szkoły i prawie dostałam w głowę zdechłym gołębiem, który spadł z dachu... Prawie, bo dzielił mnie od tego zdarzenia dosłownie jeden krok.
Syfiarstwo mojej żony doprowadziło do tego, iż jesteśmy w trakcie rozwodu, ale z racji wspólnego dziecka zostawiłem jej dom, a sam poszedłem na mieszkanie.
Wczoraj wszedłem tam pierwszy raz od wyprowadzki, pod jej nieobecność, bo córa zapomniała swojego misia, a przy okazji chciałem skontrolować dom. Po prostu zwaliło mnie z nóg. W tym domu aż śmierdzi od brudu i potykam się o rzeczy na podłodze, stół tak zawalony śmieciami i brudnymi naczyniami, że aż zapytałem się córki, gdzie i co i z czego wy jecie. Zrobiłem jej przez telefon awanturę i zagroziłem, że nie oddam jej dziecka, jak nie zobaczę porządku, a jak uważa inaczej, to skończy się opieką społeczną i sądem, żeby zobaczyli, w jakich warunkach żyje moje dziecko. Trawa na ogrodzie ma z metr i nawet pies tam przestał wchodzić i załatwia się na kostkę. Śmierdzi na całym podwórku i wszędzie walają się psie kupy i moje dziecko nawet nie ma jak się swobodnie pobawić. Kuchnia letnia to już graciarnia. Wszystko wrzucone na kupę, nie ma gdzie nogi wsadzić. Dobrze, że dookoła jest wysoki betonowy płot i ludzie tego nie widzą. Jestem tak zły, że jest to nie do opisania. Jak można być taką syfiarą? Jak można doprowadzić dom do takiego stanu?
Co wieczór, zanim wezmę prysznic, schodzę do pomieszczenia gospodarczego, żeby wrzucić do niego brudne ubrania do kubła, po czym wybiegam zupełnie nagi na ostatnie piętro mojego domu. Pikanterii dodaje fakt, że co wieczór wszyscy domownicy są w domu i w każdej chwili mogą mnie zobaczyć. Dla ciekawskich... nie, nie widzieli mnie... jeszcze.
Dodaj anonimowe wyznanie