Gdy byłam mała, mieszkałam z rodzicami w bloku, gdzie wszyscy dobrze się znali, a najnowsze wieści rozchodziły się z prędkością światła.
Pewnego razu cały blok obiegła informacja, że w toalecie jednej z sąsiadek z muszli wybiegł szczur. Miałam wtedy może 6 lat. Od tamtej pory panicznie bałam się wszelkiego rodzaju muszli klozetowych. Na szczęście miałam lalkę, która potrafiła siusiać i dołączony był do niej nocnik — to do niego się załatwiałam, niestety później nie wylewałam wszystkiego do klozetu (bałam się, że gdy go otworzę, wybiegnie na mnie szczur), a wylewałam do umywalki. Dwójeczkę wyrzucałam przez okno — prosto do ogródka owej sąsiadki. Do tej pory nikt nie ma o tym pojęcia. Tylko ja i wy.
Nie umiem przyjmować pomocy. Nie umiem nawet prezentów przyjmować. To znaczy przyjmę, ale tylko po to, by nie zrobić przykrości i przez cały czas czuję się dziwnie skrępowany. Dlatego nie wyprawiam żadnych urodzin czy imienin. O drogę też nie zapytam. Potrafię dłuższy czas krążyć po nieznanej sobie miejscowości, aż trafię, gdzie chciałem, lecz na pewno nikogo nie zapytam o drogę.
Albo inny przykład z wczoraj. Stawiałem dużą altankę kupioną w sklepie. Mimo że metalowa, nie była ciężka, bo składała się z rur i profili o dość cienkiej ściance. Natomiast była cholernie niewygodna w składaniu ze względu na swe obszerne gabaryty. Nie byłem w stanie podnieść jednocześnie obu boków, a było to niezbędne do prawidłowego zamontowania „dachu”. Mógłbym oczywiście poprosić sąsiada i postawilibyśmy we dwóch altankę w ciągu godziny, może nawet mniej. Ale ja wolałem się pierdolić dwa dni z ustawianiem rusztowania z desek i w ten sposób sobie poradziłem, ale o pomoc nie poprosiłem.
Dodam, że gdy ja zostanę poproszony o udzielenie komuś pomocy, to nie mam z tym kłopotu. Chętnie pomagam innym, o ile oni sobie tej pomocy życzą.
Czy jestem dziwakiem?
Kiedy chodziłam do przedszkola, jedna dziewczynka strasznie mi dokuczała, nienawidziłam jej, każdy mój dzień w przedszkolu kończył się płaczem. Rodzice i pani przedszkolanka o niczym nie wiedzieli.
Pewnego razu podczas jedzenia jajek na śniadanie rodzice powiedzieli mi, że mam bardzo dokładnie obrać ugotowane jajko i uważać, gdyż zjedzenie skorupki grozi śmiercią. Wiadomo, że to bzdura i powiedzieli mi to tylko po to, żebym się nie zakrztusiła albo coś, ale jako małolata uwierzyłam w tę bajeczkę i tak, jako mała pełna złości i nienawiści gówniara, wpadłam na złowieszczy plan i podwędziłam kawałek skorupki. Dokładnie ukryłam broń w opakowaniu na mazaki i przez cały weekend biłam się z myślą – zabić czy nie zabić? Upewniłam się, czy narzędzie zbrodni jest odpowiednio ostre i po całonocnej kontemplacji zapadł skazujący wyrok – ta małpa musi zginąć! Z planem zabójstwa popędziłam po weekendzie do przedszkola. Czekałam podekscytowana na obiad. Kiedy nadszedł ten moment, dyskretnie wrzuciłam jej skorupkę do zupy i uciekłam w obawie przed schwytaniem do ubikacji (nie chciałam też oglądać, jak umiera), gdzie przeczekałam parę minut i poszłam leżakować. Czekałam niecierpliwie na rezultaty i niestety, ale mój złowieszczy plan nie zadziałał.
Ona przeżyła, a ja jak codziennie, tradycyjnie byłam szarpana za kucyki.
Gdy byłam jeszcze małym wypierdkiem, często spędzałam czas z 16-letnią kuzynką, która bardzo boleśnie przeżywała okres. Byłam tym przerażona. Postanowiłam napisać list do Mikołaja i między zestawem małego kuchcika poprosiłam o to, abym nigdy nie miała okresu.
Mikołaj chyba jednak istnieje. Mam 18 lat i ciągły brak okresu :)
Nienawidzę się żalić, ale „czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – a ja jak tego nie wyleję z siebie, to się uduszę. Dosłownie.
Cała akcja zaczęła się dziać jakieś cztery miesiące temu, jedna zła decyzja kosztowała mnie słono – stanąłem swoją firmą na skraju bankructwa, ale to i tak nie główny problem. Problemy to się zaczęły z moją żoną – ona też prowadzi firmę, ale „moimi rękami”. Ona zbiera pochwały od managerów (obydwoje działamy we franczyzie) i dyrektorów za MOJĄ pracę. Ogarnięcie towaru, zamówienie go, sprawdzenie, czy się zgadza, faktury i cała masa innych papierków, kwitków, druczków i co tam jeszcze nasze mądre głowy u władzy wymyślą, jak dowalić przedsiębiorcy, robię JA. Moja szanowna małżonka natomiast napisze grafik, pogada z pracownikami i załatwi coś, z czym poradziłby sobie nawet szympans, a jest przemęczona, wytyrana i psychicznie zmiażdżona. Dzięki temu zaniedbałem swoją firmę i mam co mam.
Wytykanie błędów, że czemu u mnie nie hula, jak u niej hula, że mój biznes nas ciągnie w dół itp., itd. A przecież przez pilnowanie tego, na co mógłbym mieć słodko wywalone, u mnie zaczął się pożar w burdelu.
Zacząłem szukać rozwiązania problemów finansowych, zainteresował mnie Multi Level Marketing, zacząłem powoli kumać, z czym to się je – „Dlaczego nie ma zysku, już miesiąc w tym siedzisz!”.
Moją pasją jest OSP i ogólnie lubię pomagać ludziom – „Ale to nie przynosi żadnego dochodu, po co to robisz?”.
Każde moje hobby jest złe (a mam ich kilka), bo na tym nie zarabiam.
Na każdym kroku uświadamia mi, że wszystko, co robię, jest złe, i jestem generalnie do niczego, a ona ideał. Ja nieudacznik...
Dziś przypaliłem zapiekankę w piekarniku – afera nie z tej ziemi (zgadnijcie, czym się wtedy zajmowałem. Kto zgadnie, wygrywa żeton na kielnię i beton).
Jak tak dalej pójdzie, skończy się to rozwodem, nie wiem, kto pierwszy walnie pozwem, ale jest do tego bliżej jak dalej.
Od lat dokucza mi alergia na pyłki. Na szczęście już nie płaczę. Tylko kicham. Pewnego słonecznego dnia wybrałem się na spacer – jakoś mnie tknęło, żeby tym razem wybrać się znacznie dalej niż zwykle. Pojechałem pociągiem jakieś 50 min. Pospacerowałem, wypiłem kawę i jak to po kawie bywa, zachciało mi się... kupę. Jako że nigdzie w pobliżu nie było toalety, stwierdziłem, że mieszkam niedaleko stacji i załatwię się, jak tylko wrócę do domu.
W tym momencie alergia przypomniała o sobie. Walczyłem z kichnięciem, ale ono wygrało... i zmajstrowało mi magiczny nr 2 w moich spodniach. Nie chcielibyście widzieć mojego wyrazu przez 50 min jazdy pociągiem. Siedziałem i udawałem, że śmierdzi nie ode mnie.
Pływam od dziecka, w zasadzie jest to jedyny sport, w którym jestem dobry. Na basen chodzę co drugi dzień. Owego dnia był spory ruch nawet na basenie sportowym, pewnie z racji tego, że woda jest w nim zimniejsza niż serce mojej byłej, a na dworze piekło niemiłosiernie. Pływam sobie kulturalnie żabką, każdy wie, jak to wygląda. Na moim torze była jeszcze pewna pani i jej córka/wnuczka lat na oko 10.
W pewnym momencie gdy zbliżam się do końca toru z zamiarem nawrotu i rozpoczęcia kolejnej długości, zostaję złapany za nogę przez ową panią. Zaczęła się wydzierać, że jestem zbokiem, bo rzekomo patrzę się pod wodą na części intymne młodej. Ja jej mówię, że w życiu, że tak się pływa żabką, i próbuję uspokoić sytuację, jednak ona dalej swoje. Dla spokoju zmieniam tor, jednak ona dalej drze się na cały basen, że pedofil i w ogóle armagedon. Całe szczęście, że ratownikiem był mój kolega, który uspokoił panią i jakiegoś typa, który chciał się zachować jak rycerz i mnie pewnie utopić.
Sprawa skończyła się tak, że pani niechętnie mnie przeprosiła. Jednak niesmak pozostał, a świadkiem zdarzenia była dziewczyna, która mi się podoba...
Ot taka sytuacja, pozdrawiam pływaków.
Jak miałam 8 lat, pielęgniarka na SOR-ze powiedziała mi, że jeśli ruszę ręką, specjalnie złamie mi igłę w żyle, żeby wzięli mnie na szpital i tam się mną zajęli.
Dziś mam 17 lat i panicznie boję się igieł. Muszą mnie trzymać, żebym nie zabrała ręki. Tak mi wstyd, bo ja już tego nie kontroluję.
Historia bardzo lekka, ale pokazująca, jak nieprzewidywalne potrafi być życie.
Miałem 10 lat, gdy rodziła się moja najmłodsza siostra. Rodzice zastanawiali się, czy dać jej na imię Anna, czy Karolina. Ja podkochiwałem się wówczas w pewnej dziewczynie o imieniu Karolina i oczywiście zakładałem, że kiedyś się z nią ożenię, a nie chciałem mieć później w rodzinie dwóch osób o tym samym imieniu i nazwisku. Przekonałem zatem rodziców (rzecz jasna nie zdradzając prawdziwych powodów), żeby nazwać moją siostrę imieniem Anna.
15 lat później ożeniłem się... z kobietą o imieniu Anna.
Tu ta krótka opowieść mogłaby się skończyć, dając kolejny dowód, że plany planami, a życie i tak robi swoje. Ale... Kilka lat później ożenił się mój brat. Jego żona ma na imię Karolina.
Niedawno moja wspomniana najmłodsza siostra Anna wyszła za mąż. I już nie ma tego samego nazwiska co moja żona. Ostatecznie zatem mój zamysł o nieposiadaniu w rodzinie dwóch osób o tym samym imieniu i nazwisku się powiódł.
Moja strategia okazała się skuteczna :-)
Czasami zdarza się tak, ze zaraz po przebudzeniu idę do toalety załatwić grubszą potrzebę. Kiedy się tak zdarza, zawsze w trakcie tej czynności mam „mini zawał”. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy to na pewno nie jest sen, i nie sram właśnie w gacie, śpiąc smacznie w łóżku.
Dodaj anonimowe wyznanie