O tym jak status człowieka może zmienić jego postrzeganie.
Nigdy nie byłem zbyt śmiały do dziewczyn. Dopiero na studiach poznałem kogoś, co prawda to był krótki związek, ale podniósł moją samoocenę i potem jakoś tam poszło.
O tym, że mam dziewczynę napomknąłem któregoś dnia koleżankom z roku. I cóż się stało? Te same osoby, które wcześniej traktowały mnie chłodno, nagle otoczyły mnie wianuszkiem i chciały jak najwięcej się o niej dowiedzieć. Po minach niektórych widziałem nawet, że jej zazdroszczą (byłem/jestem w miarę przystojnym facetem).
Tak więc, jeśli macie problemy z przyciągnięciem uwagi płci przeciwnej, małe kłamstwo nie zaszkodzi.
Mieszkam i pracuję poza Polską. Ostatnio do firmy przyszedł Polak, który mówi wyłącznie po polsku, a jako że jestem jedyną osobą, z którą może się dogadać, trafił do mnie na szkolenie. I nie mam pojęcia, co zrobić. Facet się stara, widać, że bardzo chce robić. Próbuje pomagać, co chwila pyta, co robić, i to jest OK. Ale zupełnie nie jest OK sposób, w jaki wykonuje zadania.
Tłumaczę mu dokładnie, co i jak ma zrobić, pytam, czy rozumie, i na końcu okazuje się, że zrobił tylko część zadania, bo poszedł komuś pomóc, i mu się zapomniało, albo coś tam innego. Zadania są proste, jedno naraz, nic, czego by nie zrobił bez doświadczenia.
Wiem, że jest mu ciężko, nasza firma jest z gatunku tych dla lubiących wyzwania, pracujemy w grupie i każdy trybik jest ważny. Jeśli jeden element nie zostanie wykonany, wszyscy stoją, po prostu. Znaczy, nie stoją, tylko nadrabiają braki, żeby ruszyć dalej. Nasz nowy kolega tego nie rozumie, tłumaczenia nic nie dają, a został mu tydzień, żeby udowodnić, że się nadaje. A ja się źle czuję z myślą, że prawdopodobnie będę musiała dać mu negatywną opinię.
Moi rodzice są bezrobotni. I to nie jest tak, że nie mogą znaleźć pracy itd., o nie. Im się po prostu nie chce. Bardzo mnie to wkurza. Mój ojciec jest na rencie, mógłby pracować, ale nie chce mu się.
Dlatego właśnie nienawidzę opowiadać o swojej rodzinie. Nie lubię, gdy inni opowiadają o swojej. Że mają wykształconych rodziców, bogatych i takich mądrych, podczas gdy moi skończyli ledwo podstawówki.
W takich sytuacjach zawsze muszę wymyślać gdzie to oni nie pracują i kim to oni nie są.
Jest mi wtedy przykro, ale wolę powiedzieć kłamstwo niż prawdę.
Jak miałam koło 13 lat uwielbiałam łowić ryby. Pewnego razu gdy nie mogliśmy z wujkiem pojechać na ryby, postanowiłam pójść na staw koło domu babci. Problem w tym, że nie miałam łopaty aby wykopać robaki, więc wzięłam widły. Ale poszłam tam gdzie była najtwardsza ziemia. Wyobraźcie sobie jak wkładam te widły do ziemi naciskam... a one pękają.
Do dzisiaj mam dużą bliznę na czole.
Kilka lat temu z kumplami pojechaliśmy do Poznania, na koncert naszej ulubionej ekipy raperskiej. Koncert był mega udany, transport za parę godzin więc doszliśmy do wspólnego wniosku - idziemy się przysłowiowo "Naj*bać".
Po dłuższym czasie picia w centrum Poznania, coraz bardziej byliśmy głośni i zwracaliśmy na siebie uwagę, co poskutkowało interwencją policji. Jeden z panów sprawdza dokumenty, drugi przeszukuje. Jeden z tych panów znalazł u mojego kolegi może nawet nie cała pół grama trawki. Zabrali go do samochodu, zatrzymali dokumenty i powiedzieli, że po chwili go puszczą i sobie pójdziemy spokojnie w swoją stronę. Po pięciu minutach podjechało jeszcze kilka radiowozów, po czym miły pan policjant nas poinformował, że jesteśmy w Poznaniu i tutaj nie tolerują narkotyków. Gruntowne przeszukania wszystkich, prowokacje, aż po około dwóch godzinach nas puścili, kolegę zabrali na komendę. Zdenerwowani bo godzina późna, transport odjechał nam sprzed nosa, a następny za kilka h (była godz. ok. 1-2 w nocy). Wnioski? Idziemy pić dalej bo i tak nam nic nie zostało! Po jakiejś godzinie, dołączył do nas kolega, którego zabrali smutni panowie, wypuścili go ze względu, że miał daleko do domu, a i tak nie stawiał problemów i wcześniej nie był notowany.
Po paru godzinach naprawdę grubego picia tuż obok stacji PKS, urwał mi się film. Jak otworzyłem oczy byłem już w busie, chciałem się odezwać do kogoś znajomego, okazało się że nikogo z mojej ekipy tutaj nie ma. Sprawdzam telefon, pięć nie odebranych połączeń, kilka sms-ów. Okazało się, że pijany siedząc chwilę samemu, wpakowałem się do jakiegoś losowego busa. Dowiedziałem się, że jedziemy na Warszawę, z Warszawy na Holandię a mi tam wcale nie było po drodze.
Na pierwszej lepszej stacji miły pan kierowca, słysząc jak się tu dostałem zatrzymał się dla mnie żebym mógł wysiąść. Wszystko fajnie, tylko gdzie ja jestem. Przy sobie mam pół paczki papierosów, ostatnie 18zł w portfelu i pięć procent baterii w telefonie. Wchodzę na stację, biorę najtańszą butelkę wody, podchodzę do kasy i pytam przy okazji, GDZIE JA JESTEM?
Reakcja pani bezcenna, odpowiedziała mi na pytanie, że mam stąd około 30km do Łodzi (ostatnie co pamiętam, to że byłem w Poznaniu). No to załamany, biedny i skacowany, wyszedłem łapać stopa na autostradzie. Po chwili ktoś się zatrzymał, gość był dziwnie miły, od razu mi dał podładować telefon, nawet dał piwo na kaca. Gadka szmatka, jechałem z nim już trochę czasu, a on mnie łapie za kolano. Odruchowo go uderzyłem, gość speszony już bez słowa po 5 min mnie wysadził przy jakiejś stacji paliw.
Zszokowany wchodzę na stację, ponownie pytam gdzie jestem. Okazało się, że zostało mi 5km do Łodzi. Złapałem stopa, zatrzymał się kurier i podwiózł mnie na stacje PKP. Kupiłem bilet studencki, choć nim nie jestem.
DOTARŁEM, BEZ MANDATU!
Jak byłam mała, to podobno miałam taki nocnik, który grał jakąś wesołą dziecięcą muzyczkę, jak się coś do niego... wlewało. Z jednej strony ciekawe kto to ode mnie z rodziny kupił, a z drugiej ogarniacie posiadanie toalety z muzyczką?
Wracając do historii, nocnik kiedyś został u prababci w mieszkaniu i wystawiła go "na chwilę" na balkon, żeby wysechł po umyciu. Oczywiście został zapomniany i leżał tam samotnie całą noc. Teraz wyobraźcie sobie, że budzicie się w nocy, a tam z balkonu sąsiadki leci już zazgrzytana wesoła dziecięca muzyczka z nocnika, gdyż akurat pada deszcz...
Trafiłam parę dni temu na wyznanie, które było o mnie i wiecie co? Wszystkie "oskarżenia" są prawdziwe. Kurna, jestem naprawdę beznadziejna. Ciężko się było do tego przed sobą przyznać.
Miałam przyjaciela, nazwijmy go Adam. Z Adamem poznaliśmy się w liceum kiedy to zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i często pisać. Zaufał mi w takim stopniu, że opowiadał mi wiele o sobie, o tym, że mu ciężko i ogólnie wyżalał mi się. Ja natomiast rzadko co mówiłam o sobie, ale jednak znał mnie jak nikt inny. Pewnego dnia Adam powiedział mi o tym, że już nie wytrzymuje, że chce popełnić samobójstwo. Samo w sobie zwierzanie się z tego wydało się być głupie, ale pewnie chłopak po części czuł, że mu pomogę i tak naprawdę nie chciał tego robić. Głupio by było, gdybym powiedziała "Jasne, śmiało".
Ja mocno podburzona jego wyznaniem powiedziałam ze łzami w oczach, że nie może tego zrobić, wystarczy już, że moja siostra się powiesiła, nie mogę stracić kolejnej osoby, na której mi zależy.
I wtedy Adam dostał jakiegoś oświecenia. Poczuł pewnie się źle z tym co powiedział. Zaczął chodzić na jakieś terapie, sama nie wiem, zerwaliśmy kontakt po rozpoczęciu studiów.
Jakiś czas temu spotkaliśmy się na mieście. Ucieszyłam się widząc go całego i zdrowego. Popłakał się przy mnie, powiedział, że jestem najlepszą osobą na świecie, że gdyby nie ja, to nie byłoby go tutaj.
Ja nie pozostałam mu dłużna. Powiedziałam, że nie ma za co, i że jestem i zawsze byłam jedynaczką.
Jestem dziwna. Tak czuję. Moja siostra też jest dziwna. Mam wrażenie, że jesteśmy w pewien sposób... dzikie. Nie umiemy żyć normalnie w społeczeństwie. U mojej siostry to wygląda w ten sposób, że ona jest bardzo specyficzna. Bardzo wrażliwa, a przy tym, ekhm, bardzo szczera, żeby nie powiedzieć złośliwa. Ludzie często się od niej odsuwają, nie chcą utrzymywać bliskich kontaktów. Ja mam zupełnie inny charakter. Jestem bardzo lękowa, wolę nie powiedzieć nic, niż bez potrzeby sprawić komuś przykrość. Z natury jestem pomocna i miła, choć nie uznajcie, że jestem nieasertywna. Choć moim odruchem jest ustępowanie, to mimo wszystko gdy coś narusza moje granice, to wyuczyłam się spokojnego mówienia, że coś mi nie odpowiada. Choć i to tylko wtedy, jak ma to znaczenie, np. nie mówię w pracy, że mnie denerwuje koleżanka jakimś zachowaniem, bo to nie ma znaczenia, w pracy są inne relacje. Ogólnie podobno sprawiam wrażenie mega otwartej, koleżeńskiej itd., a mimo to prawie wszędzie czuję się wyobcowana. W większości prac, w których byłam, pracownicy trzymali mnie na dystans, mimo że z innymi mieli przyjacielskie relacje. Wiem, że w pracy nie ma miejsca na przyjaźnie, ale chciałabym nie być ignorowana w większej grupie, chciałabym, żeby te wszystkie rozmowy nie były takie sztywne. Zdystansowane. Czuję, że to przez to, że jestem dziwna właśnie. Nie pasuję. Mam całkiem sporą grupkę przyjaciół i bliskich znajomych zbudowaną przez lata. Z tak samo dziwnych ludzi. Tylko chciałabym w pracy być traktowana jak inni. Niby zapraszają mnie na zjazdy itd., ale po prostu wszyscy są zapraszani. Żeby przyjaźnie pytali mnie jak wyjazd, co u mnie itd. Nikt się nie zatrzyma, żeby sam z siebie pogadać. Same grzecznościowe small talk. Nie pomaga też narzeczony, który jak się wkurzy, to mówi, że nic dziwnego, że nikt mnie nie lubi, że wszyscy mnie obgadują za plecami. Że nikt inny by mnie nie chciał. Wiem, że to nieprawda, bo zawsze miałam duże grono adoratorów, ale i tak boli, że to mówi.
Gdy miałam ok. 8-10 lat w mojej wsi grasował podpalacz- za cele wybierał sobie na szczęście tylko stodoły. Po kilku takich atakach i -według mojego dziecięcego spojrzenia na świat- żadnych środków zaradczych, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
Zamierzałam co noc czekać w naszej rodzinnej stodole, do momentu, gdy przyłapię przestępcę na gorącym uczynku. Tak więc tego samego dnia, gdy wpadłam na ten genialny pomysł, przygotowałam sobie w plecaczku trochę ciasteczek do zjedzenia (gdybym zgłodniała), podusię (żebym mogła na czymś usiąść), misia (do towarzystwa), zapałki (by oświetlać sobie ciemność) oraz telefon (babciny), bym mogła zadzwonić po pomoc. Nie wtajemniczyłam nikogo w swoje plany, wyobrażając sobie jak rodzice będą dumni, gdy wszystko mi się uda i złapię tego podpalacza.
Późnym wieczorem wymknęłam się przez okno z mojego pokoju i zaczęłam wcielać swój plan w życie. Znalazłam wygodne miejsce pomiędzy snopkami siana i czekałam na jakiś hałas, zdradzający że ktoś się zbliża.
Po dłuższej chwili zaczęło mi się robić zimno, czego nie przewidziałam. Ale i na to zaraz wymyśliłam swój plan- zebrałam trochę siana i podpaliłam zapałkami, chcąc stworzyć małe ognisko. Niestety, sianko spaliło się bardzo szybko, nie dając upragnionego ciepła, a tylko nieprzyjemny zapach. Spróbowałam jeszcze dwa razy, bez skutku. Wtedy sobie przypomniałam, że gdy tata robi ognisko na sianko daje kilka kawałków drewna- szybko więc wybiegłam na zewnątrz by zebrać parę drewienek znajdujących się w szopie obok. Gdy byłam usatysfakcjonowana ich ilością, zaczęłam wracać.
Nigdy nie zapomnę swojego przerażenia, gdy wchodząc do wnętrza zauważyłam wielki ogień, powoli przenoszący się na wszystkie snopu siana (szopa miała wysokość ok. 2 pięter, widok był przerażający). Nie słyszałam praktycznie nic poza swoim pulsem- wystraszona złapałam swój plecak i biegem wróciłam do domu, gdzie zaraz plecak schowałam pod łóżko, a sama schowałam się pod kołdrą strasznie płacząc.
Ogień został niedługo zauważony i podjęto wszystkie środki by go ugasić. Oczywiście i tym wydarzeniem obarczono podpalacza, którego 2 podpalenia później w końcu złapano.
Do tej pory nikt nie wie, że w wypadku w mojej rodzinie, podpalacza wyręczyłam ja i moje "ognisko"...
Ps. Dla ciekawskich - misio zaginął w tamtym pożarze.
Ps.2 Od razu po zauważeniu ognia mama przyszła do mnie do pokoju, ale moje przerażenie wyjaśniła faktem, że widziałam pożar na własne oczy, bo moje okno wychodziło na podwórze.
Ps.3 Buty oraz kurtkę które miałam tamtego dnia na sobie, a potem ukryłam pod łóżkiem, nie wiedzieć czemu przez tydzień chowałam w szopie, przerażona że rodzice je znajdą i wszystkiego się domyślą.
Dodaj anonimowe wyznanie