Sytuacja miała miejsce na studiach licencjackich, był to już drugi rok. Cały semestr zajęcia prowadzone były przez wykładowcę, który był najprościej mowiąc zwykłym burakiem. Przedmiot ten był zwykłą zapchaj dziurą w programie nauczania, a facet wymagał na zaliczenie napisania projektu "Aktywizacja osób niepełnosprawnych w moim mieście".
Projekt ten powinien być prowadzony systematycznie przez cały semestr. Następnie raport powinien być napisany w programie Word czcionka Arial, dodatkowo miał specjalnie wymagania dotyczące wyglądu okładki płyty i gdy okładka nie spełniała jego wymagań nie przyjmował pracy. Ją osobiście miałam dość tego Faceta i stwierdziłam że nie będę pisać tego projektu ani raportów, bo mam ważniejsze rzeczy do zrobienia. Więc wgrałam na płytę pusty plik o tytule "Aktywizacja zawodowa osób niepełnosprawnych" i oddałam mu to.
Efekt końcowy: 5 na zaliczenie przedmiotu i pochwała za dobrze przeprowadzony projekt. Po wyjściu z jego gabinetu aż mi było szkoda osób, które ten projekt przygotowywały przez cały semstr a dostały niższe oceny.
Historia miała miejsce jakieś 7 lat temu. Byłam wtedy w ostatniej klasie gimnazjum. Zbliżał się koniec roku szkolnego, oceny były już prawie wystawione. Niestety miałam zagrożenie z historii. Facet ewidentnie się na mnie uwziął.
Tego dnia na jego lekcji miałam być pytana i to jak odpowiem miało zaważyć o tym, czy będę wolna, czy jednak czeka mnie poprawka w sierpniu. Wykułam więc materiał na blachę. Czekając na lekcję historii, podczas przerwy chciałam zabłysnąć przed koleżankami i wypowiedziałam zdanie: "Mam nadzieję, że ten frajer od historii mnie przepuści, nie mam zamiaru pisać komisa w sierpniu".
Nagle zobaczyłam przerażony wzrok koleżanek i poczułam palec na swoim ramieniu: "To się za chwilę okaże, lepiej żebyś była przygotowana...". Tak, to był nasz nauczyciel historii. Z tego wszystkiego cały materiał wyleciał mi z głowy, myślałam że spalę się ze wstydu. Jednak odpowiadałam na tyle z sensem, że postawił mi dopa.
Moje zdanie musiało utkwić mu głęboko w pamięci, ponieważ wczoraj po tych 7 latach zjawił się w sklepie w którym pracuję. Odrazu go poznałam, uśmiechnełam się i zaczęłam rozmowę:
- W czym mogę pomóc, panie S. ?
- Poradzę sobie, nie trać czasu na takiego "frajera" jak ja...
Mieszkam w niedużej miejscowości na małym blokowisku. Pewnego wieczoru siostra poprosiła abym zajęła się jej 5-letnim synkiem. Gdy opiekowałam się nim zauważyłam, że bateria w moim telefonie zaraz padnie. Nie chciałam na brzydką pogodę wlec dziecka po głupią ładowarkę do siebie, ale równocześnie nie chciałam na długo zostawiać go samego, więc postanowiłam szybko przebiec między blokami.
Pech chciał, że cały dzień zmagałam się z bolącym brzuchem. Pod moją klatką zobaczył mnie starszy sąsiad, widząc mnie zadyszaną powiedział "Jak kocha to poczeka, proszę tak się nie śpieszyć" - na co odpowiedziałam "Tylko czy dziecko poczeka?" niefortunnie klepiąc się po bolącym brzuchu.
Następnego dnia mama wracając z pracy cała blada wpadła do pokoju z pytaniem czy jestem w ciąży. Do wieczora odebrałam 3 telefony z tym samym zapytaniem, po osiedlu już się rozeszło, że zostanę 18-letnią matką.
Studiowałem i dorabiałem sobie jako ochroniarz w Biedronce. Przychodziła tam pewna kobieta, która kupowała dużo rzeczy, pełny wózek. Ale zawsze coś ukradła - chowała do torebki (kosmetyki, wędliny itp). Jak to bywa liczyśmy towar i w końcu wypatrzyliśmy kto to i trafiło na mnie. Byłem w pracy, akurat przyszła, zatrzymałem, potem za kasą zaprowadziłem na socjal. Policja przyjechała i tak dalej.
Spotykałem się od pewnego czasu z super dziewczyną. Pewnego dnia jakiś czas po tym zdarzeniu zaprosiła mnie do domu. Wchodzę witam się z ojcem, a potem wychodzi matka. Matką była ta właśnie kobieta którą złapałem w pracy.
Pewnego razu wstałam w nocy, aby załatwić pilną potrzebę fizjologiczną. Nie zaświeciłam światła żeby się nie rozbudzić, a drzwi zostawiłam otwarte. Spokojnie załatwiałam swoją powinność, gdy nagle spostrzegłam dziwny widok. Tuż przed moją głową objawił mi się... tyłek mojej mamy. Z powodu szoku nie wydukałam ani słowa, lecz odepchnęłam rękami niespodziewanego gościa. Krzyk ofiary był nie do opisania.
Uwielbiam książki Stephena Kinga. Historia, którą opowiem, miała miejsce wtedy, gdy byłam w trakcie czytania "Smętarza dla zwierzaków" tego pisarza. Powieść jest o cmentarzu założonym przez dzieci, które chowały tam swoje zwierzątka. Kawałek dalej znajdował się inny, ukryty cmentarz - jeśli pochowało się coś lub kogoś na nim, istota wracała do życia, ale w dość przerażającej postaci. Stało się tak między innymi z kotem głównego bohatera.
Była noc i smacznie sobie spałam, gdy obudził mnie mój brat. Okazało się, że wracał do domu i zobaczył, że na drodze leży mój kot, niestety nieżywy. Szybko się ubrałam i pobiegliśmy na zewnątrz. Faktycznie, kot leżał na ulicy z roztrzaskaną czaszką, ktoś go potrącił. Przyniosłam z domu jakąś deskę i na tych prowizorycznych noszach przenieśliśmy truchło pod dom, by rankiem urządzić mu pogrzeb. Idąc przypomniałam sobie o "Smętarzu dla zwierzaków". Przeszły mnie ciarki i uznałam, że choć lubiłam kota, nie chcę by ożył, bo byłoby to zbyt przerażające.
Weszliśmy do domu. Miałam wrócić do łóżka, gdy usłyszałam jakiś hałas dochodzący z piwnicy. Po otwarciu drzwi wybiegł zza nich mój kot. Zaczęłam wrzeszczeć i kazałam mu wracać tam, skąd przyszedł, wyzywałam go od demonów i tak dalej. Byłam przerażona.
Okazało się, że kot, którego znaleźliśmy na drodze, nie był mój.
Jak miałam może z 5 lat pojechaliśmy z rodzicami do Hiszpanii na wakacje. Nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, po prostu poobijać się nad basenem i zrelaksować. Okazało się, że w mieście w którym byliśmy, w czasie naszego pobytu odbywał się jakiś festiwal. Jak to w Hiszpanii, pięknie, kolorowo, mnóstwo turystów.
Ja jako małe, pięcioletnie dziecko, zażyczyłam sobie balonika, wielkiego, nadmuchanego helem. Zawsze jak czegoś chciałam, to błagałam o to tak, jakby zależało od tego moje życie, więc matka po chwili moich próśb w stylu "ale mamo, ja tak cię proszę, zawsze chciałam mieć takiego balonika, już nigdy nic w życiu nie będę chciała" zirytowana poszła do stoiska, kupić mi upragniony przedmiot.
To był zdecydowanie najpiękniejszy balonik w moim życiu, brokatowy, kolorowy, po prostu bajka. Jak zaczarowana stałam i przez dobre 10 minut go wciąż oglądałam.
Na tym festiwalu, przed nami stał jakiś człowiek i rozmawiał przez telefon, matka od razu poznała że to Rosjanin. Za jej czasów wszyscy w szkołach uczyli się rosyjskiego, jednak teraz nie pamiętała już praktycznie nic w tym języku.
Rusek zapalił papierosa, ja dalej zachwycam się moim przepięknym balonikiem. Oglądałam go dokładnie z każdej strony i obracając nim stuknęłam przez przypadek palącego rosjanina w ramię. On obrócił się, spojrzał na mnie i jednym ruchem przepalił papierosem mój obiekt zachwytu. Momentalnie wpadłam w płacz, a moja matka powoli spojrzała wściekłym wzrokiem na tego typa.
Najwyraźniej momentalnie przypomniał jej się rosyjski, bo przez kilka minut jedyne co robiła to wyrywała się ojcu i wyrzucała z siebie wiązanki przekleństw w putinowskim języku. Mama do tej pory mówi, że nigdy nic nie zdenerwowało jej tak jak ten typ.
Parę lat temu wraz ze znajomymi wybraliśmy się na lody do lodziarni w środku miasta. W ofercie były lody o nazwie "filutki". Był to rożek z gałką lodów śmietankowych i żelkiem na dnie wafelka.
Znajomi poprosili mnie, abym zamówiła trzy, tak też planowałam zrobić. Gdy podeszłam do obsługi zamiast powiedzieć "Poproszę trzy filutki" zamotałam się i powiedziałam "Poproszę 3 FIUTKI". Mina pani podającej lody i śmiech moich znajomych były bezcenne.
Na początku zaznaczę, że jestem krótkowidzem. To było kilka lat temu, miałam wtedy około dwunastu lat. Poszłam z rodzicami do sklepu spożywczego, a największą frajdę zawsze sprawiało mi wybieranie owoców. No wiecie, wybieranie najładniejszych i tak dalej, oglądanie ich, a potem ważenie i wiązanie woreczków. Naprawdę nie mam pojęcia, co mnie tak w tym cieszyło. Ale dlatego zawsze jako pierwsza biegłam do działu z owocami i kupowałam swoje ulubione.
Tamtego dnia zrobiłam to samo - rzuciłam się przodem, żeby zapakować i zważyć banany, jabłka, pomarańcze. Nagle podniosłam głowę i zobaczyłam, że mój tata bezczelnie pakuje jabłka do reklamówki. Jaka ja byłam wtedy zdenerwowana! Zaczęłam machać na niego, ale tata tylko spojrzał na mnie dziwnie, jakby z politowaniem, po czym kontynuował wybieranie jabłek. Tego było już za wiele! Ogromnie wkurzona, zaczęłam krzyczeć do niego, kierując się w jego stronę:
- Przecież ja zawsze biorę owoce! Ale ty jesteś, musiałeś je pakować? Chciałeś mnie specjalnie wkurzyć?
Kiedy podeszłam nieco bliżej, zorientowałam się, że to nie mój tata, tylko jakiś obcy facet. Patrzył się na mnie jak na upośledzoną. Wtedy postanowiłam, że spróbuję ratować sytuację, więc zaczęłam udawać, że to nie było do niego, i wyciągnęłam szyję, że niby to było do kogoś stojącego za nim. Tyle że nikt za nim nie stał.
Historia wydarzyła się w ubiegłą niedzielę. Jak wiadomo maj-sezon komunijny. Do sakramentu przystępował mój siostrzeniec. Od kilku tygodniu zachodziłam w głowę co mogę mu kupić, żeby miał jakąś pamiątkę na lata. Po kilku telefonach do rodziny stwierdziłam, że kupię mu zegarek.
Nadszedł dzień komunii. Młody stoi odpicowany w środku wianuszka gości do którego dumna zmierzam z moim bajerackim zegarkiem, wycmokałam go jak to zwykle na takich uroczystościach bywa i wręczam mu prezent mówiąc, że wreszcie będzie mógł pozbyć się starego, brzydkiego bubla który ma na ręku i może już włożyć ten nowy ode mnie do kościoła. Na co młody odpowiada, że przed chwilą dostał ten zegarek, który ma na ręku. Rozejrzałam się wokół siebie. Panowała grobowa cisza. Po minie łatwo można było odgadnąć, że zegarek był od ciotki, która wręcz mnie nie znosiła i oczywiście stała najblizej kiedy oceniałam "stary, nowy" zegarek siostrzeńca.
Dodaj anonimowe wyznanie