Sytuacja przydarzyła mi się kilka dni temu. Zacznijmy od tego, że jestem wzorową uczennicą, w swojej dziesięcioletniej karierze ucznia ani raz nie byłam na wagarach, nie podrabiałam zwolnień ani nic.
Tego dnia miałam tak kiepsko umówione korepetycje, że zaczynały się równo o godzinie, o której kończyłam lekcje. Niby daleko nie miałam, no ale nie teleportuję się przecież, musiałam mieć czas żeby tam dotrzeć. Ostatni był wf, nie ćwiczę, no to myślę sobie "Co mi tam, spytam panią, może mnie wypuści". O dziwo się zgodziła i zyskałam w ten sposób 20 min. czasu. Jako, że tak dużo nie potrzebowałam, weszłam do łazienki na parterze, położyłam plecak na parapecie w otwartym oknie i zaczęłam poprawiać włosy. W momencie kiedy chciałam włożyć szczotkę z powrotem do plecaka niechcący go popchnęłam i mój kochany tornister z hukiem wylądował na zewnątrz. W plecaku miałam portfel, telefon, a żeby do niego dotrzeć "legalną" drogą musiałabym biec przez całą szkołę. Wolałam nie ryzykować, więc podążyłam w ślady mej torby przez okno.
Ledwo moje stopy dotknęły ziemi nad moim uchem rozległ się krzyk "TAK SIĘ ZE SZKOŁY WYCHODZI?!". Mało nie padłam na zawał. Odwracam się i mym oczom ukazuje się najwredniejsza sprzątaczka na tej planecie. Złapała mnie za ramię i ciągnie do szkoły: "Ja was nauczę! Wagarować się pannie zachciało?! Tak?! Zaraz idziemy do dyrektorki!". Byłam tak przerażona, że aż nogi mi odmówiły posłuszeństwa i glebnęłam jak długa.
Upadek zaowocował wyzwoleniem jakiegoś instynktu zamozachowawczego, bo ledwie się podniosłam a pomknęłam niczym Usain Bolt, do najbliższej bramy. Krzyki sprzątaczki słychać było jeszcze dłuższą chwilę. Od tej pory większość przerw spędzam w kiblach, żeby się na nią nie natknąć.
Jakiś czas temu byłem w szpitalu na badaniach. Przychodzili do mnie do sali różni lekarze i pielęgniarki z lekami. W drugi dzień pobytu przyszedł neurolog. Byłem zdezorientowany bo już prawie zasypiałem kiedy wszedł. Przywitał się, przedstawił zapytał się jak się czuję, a ja tylko wpatrywałem się w niego nie wiem dlaczego, jak przestraszony.
Aby zacząć badanie kazał mi się położyć na plecach. Ja próbując szybko przeanalizować czego ode mnie oczekuje niezwłocznie wykonałem ruch. Po kilku sekundach zorientowałem się, że coś jest nie tak, gdy lekarz powtórzył "na plecach". Okazało się, że leżę jak debil na brzuchu i czekam na reakcję. Poczułem się jak idiota, ale to nie koniec. Kiedy położyłem się na plecach kazał wykonywać jakieś ruchy nogami, chyba żeby sprawdzić koordynację. Wykonywałem je cały czas się myląc. Potem kazał wstać, to mi się udało. Powiedział "wyciągnij ręce przed siebie" a ja oczywiście rozłożyłem ręce na boki i stoję. Lekarz nie wiedząc co zrobić popatrzył na mnie czekając na reakcję, a ja nic. Powtórzył "przed siebie" śmiejąc się.
Byłem już cały czerwony, kiedy zakończył badanie i wyszedł śmiejąc się. Pewnie wziął mnie za debila.
Pamiętacie jeszcze historię o "kalafijorze"? Zdarzyło mi się coś podobnego. Brat z kolegą DJem jechali na dyskotekę do klubu w którym on miał grać. Zabrali i mnie, z czego sie bardzo cieszyłam. W samochodzie miał kilka gratów: jakieś światła, walizki, konsole itp.
Kiedy już dojechaliśmy na miejsce oni brali właśnie te rzeczy i kolega DJ zapytał mnie: "Weźmiesz arbuza?". Pomyślałam, że tak się pewnie nazywa jeden z jego sprzętów, bo kto bierze arbuza na dyskotekę, więc odpowiedziałam: "Nie wiem co to jest arbuz, ale wezmę!".
Kolega DJ spojrzał na mnie jak na głupka, bo to jednak chodziło o prawdziwego arbuza. Brat prawie leżał na ziemi ze śmiechu.
Jakiś czas temu pojechałam w odwiedziny do babci. Mieszka ona w pewnej dzielnicy Sosnowca, która zamieszkana jest w większości przez starsze osoby. Skończył nam się chleb, więc zaproponowałam babci, że pójdę do piekarni i go kupię. Uparła się, że pójdzie ze mną, chociaż winda w wieżowcu była akurat zepsuta.
Kiedy doszłyśmy do sklepu okazało się, że akurat jest ciepłe pieczywo i zebrała się spora kolejka. Babcia spotkała w owej kolejce swoją koleżankę, a ja nie chciałam przeszkadzać im w rozmowie (ani zajmować przestrzeni w tej małej piekarni), więc wzięłam cięższe klamoty i oznajmiłam, że będę czekać na zewnątrz. Założyłam słuchawki na uszy i oparłam się o ścianę budynku, czekając, aż babcia wyjdzie ze sklepu.
W pewnym momencie zauważyłam starszego, niemal wyłysiałego mężczyznę ze sporym brzuszkiem, który stał przed wejściem i gapił się na mnie. Wyglądał dosyć mizernie, minę miał dziwaczną, więc pomyślałam, że nie potrafi wejść po schodkach do piekarni i chciał jakoś poprosić mnie o pomoc. Już miałam powiedzieć "Przepraszam, pomóc panu?", kiedy zorientowałam się, że facet... wali sobie konia!
Dobrze, że powstrzymałam język, bo mógłby to zrozumieć jako dość dwuznaczną propozycję. Babcia akurat wyszła ze sklepu, ale nie zorientowała się, co się tam akurat działo. Najszybciej jak się dało opuściłam tamto miejsce.
Do tej pory myślałam, że Sosnowiec to spoko miasto, tylko może z nieco wyższym odsetkiem pijaków i bezrobotnych (którzy jednak byli jakoś "niewidzialni" za dnia, więc mi to nie przeszkadzało) i cała ta internetowa nagonka na to miasto wydawała mi się bezpodstawna. Teraz jednak sama zaczynam uważać, że w Sosnowcu nie jest tak OK...
Prowadzę sklep internetowy. Ostatnio przytrafił mi się niezwykle problematyczny klient. Kupił najtańszą rzecz w moim sklepie, a miał 1000 pytań i problemów o wszystko: o czas odpisywania, o jakość, o szybkość wysyłki produktu. Sam jednak był niezwykle niekonkretny.
Owszem, klient nasz pan, ale do czasu kiedy nie zaczyna przeszkadzać innym kupującym. Facet strasznie spamował i zaczynał się wygrażać, bo nie dostał tego, co chciał, ponieważ nie przeczytał regulaminu i nie wypełnił formularza wysyłki, by sprecyzować dokładny kolor, model itp. Jednym słowem zaczynał mnie wkurzać. Nie zwykłam podawać prywatnego telefonu moim klientom, bo jeszcze nie miałam takiej sytuacji, ale chciałam wyjaśnić sprawę jak najszybciej. Poczta pękała w szwach od jego wiadomości, a nie umiał konkretnie odpowiedzieć na zadane pytania. Wysłałam więc krótką wiadomość „W związku, iż nie wywiązał się z regulaminu, który akceptowany był podczas zakupu i z niemożliwością wyjaśnienia sprawy poprzez e-maila jestem zmuszona zablokować wiadomości przychodzące od Pana na naszą skrzynkę e-mail. Jednak zależy mi zadowoleniu każdego klienta, więc podaję swój numer telefonu. Proszę o kontakt i na pewno wyjaśnimy sprawę. Właścicielka ....”.
Po godzinie dostałam tylko smsa „Przepraszam za nachalność. Już wszystko dobrze.”. Oddzwoniłam. Nie odbierał. Po kilku minutach dostałam wiadomość „Jestem trochę zmęczony. Nie mogę rozmawiać. Przepraszam.”.
Doznałam szoku. Mężczyźni XXI wieku: ogiery komputerowe, mistrzowie strzelanek, niewyparzone najmądrzejsze gęby na forach internetowych... Czy naprawdę to takie strasznie porozmawiać z kobietą przez telefon?
Dzisiaj rano moi rodzice pojechali na zakupy. W stercie różnych produktów znalazły się również truskawki. Zapytałam mamę, czy będą potrzebne jej wszystkie, bo chciałabym kilka zblendować. Pozwolila mi i za kilka minut miałam gotowy koktajl truskawkowy.
Wszystkiemu przyglądała się moja babcia. Widząc, że kończę pić koktail rzuciła tylko "Jakbyś sobie do tego ziemniaków dodała to byś się chociaż najadła".
Całe dzieciństwo nie mogłem pojąć, że w kościele wciąż wychwala się Bin Ladena, o którym przecież ciągle w telewizji mówiłą, że jest taki zły. Okazało się, że to po prostu ja nie znam tekstu pieśni i tylko w moim wykonaniu "Hosanna na wysokości" zawsze brzmiała "Osama na wysokości".
Miałam wtedy 15 lat. Byliśmy z ojcem i jego partnerką na wycieczce w Wiedniu. Zajechaliśmy na stację benzynową, obok której była restauracja. Przed nią stał helikopter - taka zabawka dla dzieci do której wrzuca się pieniążka, a ona podnosi się wraz z dzieckiem do góry, gra melodyjka i buja się do przodu i do tyłu. Jestem osobą, której jak się powie, że się nie da, to ja właśnie udowodnię, że się da. Dziewczyna mojego ojca, gdy tylko dostrzegła helikopter wypaliła:
- Ciekawe czy byś się zmieściła do tego helikoptera.
- No pewnie!
- A coś Ty nie ma szans, nie zmieścisz się tam!
No to ja niewiele myśląc wskoczyłam do zabawki. Ucieszona i dumna z siebie mówię do niej: "I co? Zmieściłam się! widzisz?!". W tym momencie wyciągnęła z kieszeni 1 euro i wrzuciła w odpowiednie miejsce.
Nim się obejrzałam zabawka była już w górze wraz ze mną. Wszyscy zaczęli się śmiać, włącznie z przechodniami, ktoś krzyknął "Kleine kinder, kleine kinder!". Ja cała czerwona siedziałam w środku, a ojciec zaczął robić mi zdjęcia. Na szczęście mam dystans do samej siebie i również po chwili zaczęłam się sama z siebie śmiać. Ale nie powiem sprytna baba, załatwiła mnie podstępem.
Mój wujek wierzy w reinkarnację, znaczy... wierzył. Teraz już nie żyje i prawdopodobnie lata gdzieś obok jako motyl. Tak przynajmniej mi mówił, gdy miałem 6 lat.
Moi rodzice nie byli zadowoleni z tego, że opowiada mi o reinkarnacji, bo jesteśmy katolikami. On jednak przekonywał ich, że nigdy w życiu nie będzie się starał zmienić moich poglądów na ten temat.
Gdy skończyłem 9 lat - wujek zniknął z naszego życia. To były ostatnie urodziny, na których go widziałem. Opowiedział mi o tym, że jest chory i nie może się już ze mną widywać. Ostatni raz podzielił się ze mną swoimi marzeniami o tym jak chciałby być po śmierci motylem.
Kilka miesięcy później zmarł i całą rodziną pojechaliśmy na pogrzeb. Każdy, w tym ja - stał zapłakany przy trumnie, gdy nagle do kostnicy wleciał motyl. Jako małe dziecko od razu przypomniałem sobie, o czym mi mówił wujek. Gdy przelatywał postanowiłem go złapać z nadzieją, że to wujek w innej postaci. Wychyliłem rękę, jednak odleciał dalej, więc szybkim ruchem posunąłem się do przodu, by ponowić próbę schwytania owada.
Niestety - przewróciłem się tym samym przewracając jeden ze świeczników. Gdy każdy patrzył, czy nic mi się nie stało - ogień z świecy podpalił jakąś płachtę przy trumnie. Gdy płomień zbliżał się do otwartej trumny zauważyła go moja babcia. Krzyknęła, by ktoś coś zrobił. Niestety w panice nikt nie wiedział, jak ma się zachować. Dopiero po 2 minutach udało się ugasić ogień. Oczom wszystkich ukazały się spalone kwiaty, płachty i wujek obsypany proszkiem z gaśnicy.
Gdy moja ciocia zaczęła na mnie krzyczeć popłakałem się. Kazała mi się wytłumaczyć. Ja pokazałem jej motyla, którego w końcu udało mi się złapać i schować do szklanego wazonu. Powiedziałem: "Ja... Ja zobaczyłem tego motyla. I chciałem pomóc wujkowi. On nie chciałby oglądać siebie martwego." Wszyscy przypomnieli sobie o poglądach zmarłego i zamilkli na moment.
Cała sytuacja zakończyła się dobrze. Rodzina zrozumiała, że to nie był głupi wybryk. "Wujka" motyla wypuściliśmy po pogrzebie. Pomimo tego, że nie wierzę w reinkarnację, to wydarzenie utkwiło mi w pamięci.
Dwa lata temu pojechałam z moimi znajomymi na spotkanie młodzieży. Mieliśmy trochę wolnego czasu, więc poszliśmy do Rossmanna. Na półkach stoły figurki różnych zwierząt, w tym koni. Chciałam wziąć jednego, ale się przewrócił i spadł. Powiedziałam do kolegi na głos: "Oj, zwaliłam konia!". Jego śmiech i miny ludzi bezcenne.
Dodaj anonimowe wyznanie