W weekend przyszli do nas znajomi. Specjalnie na tę okazję upiekłam ciasto. Chciałam je podać, ale wszystkie talerze były w zmywarce. Wyciągnęłam jeden duży, był nieco wilgotny, więc inteligentnie zaczęłam nim machać, aby go wysuszyć (wycieranie ścierką jest dla mięczaków). Nie wpadłam na to, że mokre=śliskie, talerz wymsknął mi się z rąk i z wielkim hukiem uderzył w ścianę, rozbijając się w drobny mak.
Stojący wtedy obok pies ma teraz uraz psychiczny i ucieka jak tylko widzi, że wyciągam coś ze zmywarki.
Miałam nawyk obgryzania paznokci. Robiłam to głównie z nudów, tak sobie - od niechcenia. Nadszedł jednak moment gdy z zazdrością spojrzałam na paznockie przyjaciółki. Jak to Polka pomyślałam: "I co? Że niby ja nie dam rady?".
Wytrzymałam całe dwa dni i znów rzuciłam się na pazury, jak feministka na przecenione pączki. Uznałam, że gdy je sobie pomaluję odechce mi się obgryzania. Plan zadziałał bo zamiast obgryzać paznockie, zdrapywałam lakier. Zadowolona z sukcesu postanowiłam wynagrodzić swoje starania, wybierając się na basen.
Od razu wyłapałam smakowity kąsek. Odpoczywał w jacuzzi, a ja nie myśląc wiele postanowiłam zagadać. Z uśmiechem od ucha do ucha chciałam się zaznajomić. Jakież było moje zdziwienie gdy upatrzona gazela od razu uciekła, potykajac się o własne raciczki. "Może chory jakiś" - pomyślałam. Zniechęcona wlazłam do jacuzzi mrucząc coś pod nosem.
Przyłączył się do mnie mój dawno niewidziany znajomy.
- Hej, gdzieś ty na tyle zniknęła kobieto?
- Ooo, cześć! Zabiegana byłam, jakoś wyszło.
- Zabiegana tak bardzo, że wybiłaś sobie zęba?
Zszkowana zaczęłam liczyć uzębienie językiem. Wszystko było ok ale dla pewności pobiegłam do łazienki. Spojrzałam w lustro i co zobaczyłam? Duży kawałek obgryzionego, czarnego lakieru przyklejony na moim zębie.
Gdy ja i mój brat byliśmy dziećmi, każde wakacje spędzaliśmy u babci. Ma ona dość duży ogród za domem i gdy tylko nam się nudziło, szliśmy do ogrodu i jedliśmy truskawki. Były to takie deserowe truskawki, duże i niemal puste w środku. Bardzo nam wtedy smakowały, lecz po pewnym incydencie, o którym właśnie chcę opowiedzieć, zaczęłam dokładnie oglądać każdą taką truskawkę.
Pewnego pięknego dnia jak zwykle wybrałam się z bratem do ogrodu, wyjadać nasze pyszne truskawki (a właściwie to babcine pyszne truskawki). Jemy w najlepsze, nieważne, że były brudne od ziemi, miały pełno piachu w sobie, praktycznie na nic nie zwracaliśmy uwagi. W końcu ja miałam już dość, byłam pełna i tylko przyglądałam się, jak mój brat zrywa kolejną truskawkę i przykłada do ust. Pamiętam ten moment bardzo dokładnie, dosłownie w zwolnionym tempie. Ugryzł truskawkę i momentalnie ze środka wylazło pełno mrówek. Wyglądało to tak, jakby się wylały ze środka truskawki, a była ona naprawdę duża. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Dodam jeszcze, że to nie były takie zwyczajne, malutkie, czarne mróweczki, tylko duże, straszne, czarne mrówy... Ale to chyba dlatego, że babcia mieszka zaraz obok lasu, a w lesie takich pełno.
Co było później, łatwo się domyślić. Brat od razu wszystko wypluł, sekundę później byliśmy już w domu, a brat prawie że płakał z głową przy kranie.
Najbardziej żenująca chwila mojego życia miała miejsce podczas mistrzostw świata w piłce nożnej. Pojechałem po lekcjach z moją dziewczyną do jej domu. Byliśmy sami, więc bardzo miło. Po kilkunastu minutach ona musiała wyjść na kurs niemieckiego, miała wrócić za godzinę, a ja w tym czasie oglądałem mecz.
Po może 15 minutach zachciało mi się postawić klocka. Poszedłem do łazienki, zostawiłem drzwi otwarte żeby słyszeć telewizor z pokoju i zasiadłem na tronie. Telewizor trochę odbijał mi się w lustrze na przedpokoju, tak więc sielanka, brakowało tylko piwa w ręce.
Ledwo pociąg zaczął wyjeżdżać z tunelu, a usłyszałem dźwięk otwieranego zamka i drzwi od mieszkania się otworzyły. A w nich mama mojej dziewczyny. Ja popatrzyłem na nią, ona na mnie. Wydusiłem z siebie tylko "Dzień dobry...", licząc że może litościwie wyjdzie poza pole widzenia, abym się oporządził, albo chociaż mógł się na moment podnieść i zamknąć drzwi. Ale nie... jak gdyby nigdy nic zaczęła coś do mnie nawijać. Gdyby to było możliwe to najchętniej spuściłbym wodę i uciekł kanałami do morza.
Zaraz po pierwszej Komunii Świętej był taki zwyczaj, że czytało się jakieś czytania na mszy podczas "białego tygodnia". Jako, że też byłem u komunii i na mnie spadł obowiązek czytania.
Pełen kościół ludzi, wszyscy skupieni w modlitwie czekają aż zacznę czytać. Tak więc wstałem, poszedłem w kierunku ambony i dalej poszło jak po sznurku... Zaczepiłem nogą o kabel leżący na podłodze, przewracając się uderzyłem głową w kwiaty stojące przed ołtarzem, a ręką przewróciłem krzyż stojący koło księdza. Tak, ksiądz dostał krzyżem w głowę a cała akcja wyglądała jak wycięta z komedii.
Od dawna nie miałem już babci i obojga dziadków. Miałem natomiast drugą babcię, która ewidentnie nie darzyła swoich wnuków, jak i większości rodziny, sympatią. Można powiedzieć, że ciągle toczyła z każdym wojnę. Lubiła każdego obgadywać, dodając przy tym parę nieprawdziwych słów. Walczyła dosłownie z każdym. Zawsze w zaparte brnęła w kłamstwa, zawsze była najmądrzejsza.
Pewnego dnia przydarzył się jej wypadek, w którego efekcie musiała przejść drobny zabieg. Incydent z wypadkiem wyprzedził Dzień Babci. Tego dnia miałem naprawdę koszmarny dzień, przez co jej nie odwiedziłem. Poszedłem kolejnego dnia. Choć nie byliśmy w dobrych stosunkach, miała żal do mnie, że nie przyszedłem poprzedniego dnia.
Następnym świętem były moje 18. urodziny. Rozpoczęcie pełnoletniego życia. Odwiedziłem babcię i powiedziałam o moich urodzinach. Nie złożyła mi nawet życzeń... Tamtego dnia pomyślałem "Koniec tego. Pamięta o mnie jedynie, gdy czegoś chce. Nie będę już jej odwiedzał tak często, a przede wszystkim - nie będę jej opowiadał o wydarzeniach mających wpływ na moje życie". Tak też zrobiłem. Choć bardzo chciałem pochwalić się wieloma ważnymi dla mnie przeżyciami, nie zrobiłem tego. Pytałem jedynie o jej zdrowie.
Pamiętam, jak 4 dni przed zabiegiem żartowała sobie jeszcze, nawet trochę się ze mnie śmiała. Odwiedziłem ją jeszcze 2 dni później. Babcia źle się czuła. Personel szpitala poznał się na jej charakterze i stwierdzili, że jeszcze nas wszystkich przeżyje. Nie odzywałem się wtedy. Powiedziałem tylko "cześć" przy wejściu i wyjściu z sali. Chciałem porozmawiać, ale miałem do niej żal.
Następnego dnia, gdy wszedłem do sali łóżko babci było już zaścielone. Tysiące myśli przeszło mi przez głowę, ale dopiero słowa pielęgniarki pozwoliły mi zrozumieć, że odeszła. Ta, która zawsze była niepokonana umarła. Wtedy dopiero uświadomiłem sobie że bardzo ją kochałem i bardzo mi jej brakuje.
Piszę to, aby nikt z was nie popełnił tego samego błędu, co ja. Miałem żal do babci, ale gdybym mógł wrócić do tamtych wydarzeń, porozmawiałbym z nią, powiedział wprost, co mnie boli. A teraz... Teraz nie ma już nic.
Choć minęło tyle czasu, pamiętam jak wczoraj, gdy wychodziłem od babci mówiąc ostatnie "cześć". Życie jest za krótkie na obrażanie się, a przez nie najwięcej tracimy my sami.
Mój przyjaciel postanowił pójść na zakupy i poprosił mnie abym poszła razem z nim. Pojechaliśmy razem do galerii handlowej i weszliśmy do New Yorkera. On przymierzał spodnie. Rozmiar który mu dałam był za duży, więc poszłam po mniejszy i mu dałam.
Czekałam przed jego kabiną gdy nagle zawołał mnie bym przyszła i pomogła mu je zdjąć, bo były tak obcisłe, że by je rozerwał gdyby szarpnął. Oczywiście jako dobra koleżanka przyszłam mu z pomocą. Klęknęłam przed nim by jak najmocniej ściągnąć je w dół, ale tak by nie rozerwać. Wtedy ochroniarz widząc pod drzwiami że klękam podszedł do kabiny i powiedział, że tylko jedna osoba może być w środku.
Z nerwów otworzyłam drzwi i powiedziałam że ja mu tylko pomagałam zdjąć spodnie... Ochroniarz zrobił taką minę, że aż mi sie wstyd zrobiło jak głupio musiało to zabrzmieć. Oczywiście wzrok klientów sklepu był skierowany na mnie, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Trzy lata temu spędziłem ze znajomymi wcześniej zaplanowany weekend we Wrocławiu. Los chciał, że w poniedziałek musiałem załatwić sprawy służbowe w Krakowie. Po odbyciu wszystkich spotkań byłem bardzo zmęczony. Postanowiłem, że będę wracał do domu, aby mieć cały wtorek na regenerację.
Na początku 12 godzinna podróż przebiegała wręcz wzorowo. Ja + 2 osoby w przedziale. Jednak na kolejnej stacji do pociągu wsiadło mnóstwo pasażerów. Do mojego przedziału dosiadło się 3 wojskowych wracających do domu i babcia z wnukiem chorym na zespół Downa. Oprócz tego na korytarzu był ścisk taki, że trudno było dostać się do toalety.
No i się zaczęło. Na korytarzu podróż spędzał człowiek pod wpływem alkoholu, który gdy dowiedział się, że moi współpasażerowie służą w wojsku zaczął ich obrażać. Wojacy zachowywali spokój i co jakiś czas próbowali uspokajać co rusz otwierającego drzwi od przedziału, czy też pukającego w szybę, człowieka. Było to bardzo uciążliwe, bo dobre 3 godziny przejechaliśmy w krzykach, że Wojsko Polskie to..., że on im ... Do tego co chwilę otwierane drzwi i stukanie w szyby.
Udało się. Na kolejnej stacji umilający nam podróż człowiek wysiadł. Kiedy myślałem, że końcówkę mojej 12 godzinnej podróży spędzę w sielankowej atmosferze chory chłopak zaczął wydawać z siebie różne dźwięki, różnymi częściami ciała. Na twarzy babci było widać spore zakłopotanie. Chciała uspokoić swojego wnuka, jednak nie dawała rady. Wtedy do akcji wkroczyłem ja. Zmęczony po ciężkim weekendzie i całym dniu do tej pory prawie w ogóle nie zabierałem głosu, choć przedział cały czas komentował zachowanie poprzedniej osoby, która zatruwała nam podróż. W tym momencie poczułem, że trzeba babcię wesprzeć. Nie myśląc wiele powiedziałem pierwsze co przyszło mi do głowy: "Niech się Pani nie przejmuje, gorszego Downa tutaj dzisiaj idzieliśmy!".
Ciszę, która zapadła w przedziale pamiętam do dzisiaj.
Kilka dni temu zebrałem się na odwagę i umówiłem się z dziewczyną z uczelni, która od dawna mi się podobała. Spotkaliśmy o g. 18.30 i poszliśmy coś zjeść do fajnej nowej knajpki. Byłem bardzo podekscytowany, zapowiadał się super wieczór.
Przyszliśmy na miejsce, usiedliśmy przy stoliku, chwila studiowania menu i złożyliśmy zamówienie. Wtedy ona powiedziała "Mam nadzieję, że szybko się z tym uwiną, o godz. 20 jestem umówiona ze znajomymi".
Było to 6 lat temu. Chodziłam wtedy do 3 klasy, a dokładnie był to pierwszy dzień 3 klasy. Postanowiłam, że wrócę do domu sama w towarzystwie koleżanki. Wyszłyśmy ze szkoły, a zaraz obok są pasy. Czekałyśmy aż ciężarówka się zatrzyma, co zrobiła. Popatrzyłyśmy czy aby na pewno nic nie jedzie. Kiedy byłyśmy w połowie drogi jakiś niecierpliwy i bardzo rozpędzony rowerzysta zamiast poczekać za ciężarówką postanowił ją wyprzedzić nie biorąc pod uwagę, że ktoś akurat może przechodzić przez pasy.
Niefortunnie wjechał prosto we mnie, a ja z taką mocą jaką we mnie uderzył upadłam na środk drogi razem z koleżanką. Rowerzysta zamiast pomóc dziesięciolatce uciekł z miejsca wypadku. Wróciłyśmy do szkoły i udałyśmy się do szkolnej pielęgniarki, która opatrzyła nasze odarcia i odesłała do domu. Jako, że moja koleżanka mieszkała bliżej postanowiłyśmy iść do niej i tam zadzwonić do mojej mamy, żeby po mnie przyjechała, bo sama nie byłabym w stanie dojść do domu.
Z łzami opowiedziałam jej co się wydarzyło. Ta szybko po mnie przyjechała i od razu pojechałyśmy na policję to zgłosić. Spisali tylko zeznania i zawieźli mnie na miejsce wypadku, aby omówić co się dokładnie stało. Policjant zapytał mnie czy byłam nietrzeźwa, a jako dziesięcioletnie dziecko nie znałam tego słowa i zapytałam co to znaczy. Wtedy policjant zapytał wprost czy byłam pijana. To chyba miał być żart, bo jak 10-latka może być pijana. Ale w stresie odpowiedziałam "Nie, bo jestem po komunii i nie mogę już pić". Moja mama nie wiedziała nawet jak się zachować, a policjant tylko się zaśmiał.
Natomiast osoba, która mnie potrąciła nie została znaleziona. Bardzo żałuję, że uszło mu to płazem. Jak można się nie zatrzymać i nie pomóc dziecku?
Dodaj anonimowe wyznanie