Ostatnio byłem z tatą w supermarkecie. Jak zwykle pomagałem mu w zakupach. Przemierzaliśmy kolejne alejki w poszukiwaniu rozmaitych produktów spożywczych i nie tylko.
Kiedy dotarliśmy do półek z sokami tata poprosił mnie o wybranie tych, z którymi udamy się do kasy. Ochoczo zabrałem się więc do wybierania napojów i pakowania ich do sklepowego koszyka.
Kiedy stwierdziłem, że już wystarczy odwróciłem się i... spotkało mnie niemałe zdziwienie. Zamiast mojego taty ujrzałem zdenerwowaną pracownicę sklepu, która usiłowała wykładać produkty z koszyka na półki. A ja wkładałem inne z powrotem do niego myśląc, że to koszyk mój i mojego taty. Wyglądało to na bardzo niewyrafinowany żart.
Jakieś 5 lat temu zakończył się mój długoletni związek. Byłam odrobinę zmieszana po wszystkim mimo, że to ja zakończyłam tę relację - wiecie, po drodze były zdrady, kłamstwa, jeszcze więcej kłamstw i zdrad... Więc w sumie nie powinno mi być przykro, ale jednak.
Jak to często bywa szukałam szybkiego pocieszenia. Postanowiłam więc postawić na znajomości internetowe. Od jakiegoś czasu utrzymywałam kontakt z pewnym mężczyzną, który grywał ze mną w pewne MMORPG. Z uwagi na to, że zaczął jasno dawać do zrozumienia, że jest zainteresowany znajomością ze mną, pomyślałam - czemu nie?
Nie mogło obyć się bez przeszkód. Obiekt mojego zainteresowania bowiem mieszkał dobre 300 km ode mnie. Oprócz tego był 10 lat starszy, co szczerze mówiąc odrobinę mnie zniechęcało. No ale wiek nie gra roli w miłości, tak wszyscy powtarzali, więc postanowiłam spróbować.
Wspaniałomyślnie mężczyzna ten, nazwijmy go roboczo Iksem, postanowił przyjechać do miasta, w którym mieszkam. Przyjechał, spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, było ach, och i w ogóle super... Nie wyglądał na swój wiek, wręcz trudno było mi uwierzyć, że jest aż tyle starszy.
Następnie zaprosił mnie do siebie. No cóż, pociągi jeżdżą, jestem już dorosła, nic złego nie może się stać! Iks czekał na mnie na peronie z kwiatami, zabrał mnie w piękne miejsca swojego miasta, oprowadził, zabawił. Ale kiedy przyszło co do czego i miałam odjeżdżać - zaproponował nocleg u siebie. Pomyślałam chwilę i doszłam do wniosku, że dziwnie tak nocować u nowo poznanego mężczyzny, no i chcąc nie chcąc - ma to jakiś podtekst pewnie. Iks jednak nalegał, chciał zapewnić mi wygodny kącik tylko dla mnie, a robiło się coraz później, więc ostatecznie się zgodziłam.
Chyba nigdy nie popełniłam większego błędu. W tym miejscu czas na przestrogę - nie ufajcie osobom poznanym w Internecie, nawet jeśli wydaje wam się, że już je znacie, wszystko jest cudownie, milusio i w ogóle. Nie ufajcie im dopóki naprawdę dobrze ich nie poznacie.
Wspaniałomyślny Iks postanowił bowiem uwięzić mnie u siebie w domu. Drugiego dnia rano wyszedł do pracy zamykając mnie w mieszkaniu. Kiedy wrócił - usiłował zrobić mi pranie mózgu, tłumacząc że on potrzebuje kogoś, kim będzie mógł się zaopiekować.
Gdy ostatecznie wróciłam do siebie do domu - pojechał za mną! Do mojego domu! Znalazł mnie i nie opuszczał na krok. Zaczęły się groźby w stylu "jeśli do mnie nie wrócisz, wskoczę pod pociąg". Dostałam zdjęcie opakowania tabletek nasennych, które rzekomo właśnie połknął.
Historia kończy się jednak happy endem. Po długich staraniach i próbowaniu już niemal wszystkich sposobów - w końcu udało się od niego uwolnić. Obraził się kiedy zaczęłam go krytykować. Przez długi czas bałam się, że naprawdę sobie coś zrobi, jednak w takich sytuacjach nie można się wahać. I nie bójcie się opowiedzieć o sytuacji innym! Proście o pomoc, nawet jeśli sytuacja wydaje się bez wyjścia.
Amatorsko gram w piłkę nożną. W mojej okolicy istnieje wiele klubów i co pewien czas organizowane są dla nich turnieje, na których zbiera się masa kibiców, ponieważ w okolicznych miejscowościach nie ma zbyt wielu atrakcji. Pechowa sytuacja, o której za chwilę napiszę, miała miejsce rok temu, ale z pewnością pamięta i opowiada ją do dziś wiele osób.
Przed jednym z turniejów otrzymaliśmy nowe stroje. Za wszelką cenę pragnąłem mieć numer "7", więc fakt, że koszulka była za mała na mnie, a spodenki były zbyt ciasne, nie przeszkadzał mi. Do czasu.
Podczas meczu otwarcia, na którym zgromadziło się wiele osób, m.in. wójt gminy, strzeliłem fantastyczną bramkę i ucieszony pobiegłem w stronę trybun celebrować ją. Podbiegłem pod najliczniejszy sektor, odwróciłem się plecami, wskazując kciukami na numer i... w tym momencie pękła mi gumka w spodenkach! Spodenki zsunęły się do kostek, a zbyt mała koszulka nie zakryła mojego zadka. W ten oto sposób zaprezentował em swoją tylną partię ciała wielu osobom. Do tamtego feralnego dnia nie sądziłem, że ludzka twarz może przybrać kolor ciemniejszy nawet od spalonej cegły, ale doświadczyłem tego na swoim przykładzie.
Utkwiony w pamięci ryk śmiechu i miny ludzi z trybun do dziś napawają mnie zażenowaniem, gdy sobie o tym przypomnę.
Wczoraj korzystając ze słonecznej pogody poszłam się uczyć na tarasie na leżaku. Dwie i pół godziny później, gdy się obudziłam, okazało się że mam przypalony na czerwono dekolt i pół twarzy, a druga część twarzy jest biała jak papier, bo zasłaniała ją książka. Najbliższe dni w szkole będą trudne...
Odkąd pamiętam moja mama zawsze powtarzała mi "Ucz się synu, bo jak nie będziesz miał wykształcenia to będziesz kopał rowy i klepał biedę". Tak więc uczyłem się, nawet pilnie. Skończyłem liceum, potem studia.
Teraz z moim wyższym wykształceniem od paru lat pracuję w muzeum, zarabiam nieco ponad 1400 zł na rękę i klepię biedę. Przy kopaniu rowów zarabia się lepiej.
To były moje 18 urodziny. Byłam cichą i dość zamkniętą w sobie dziewczyną więc nie miałam za wielu znajomych i co za tym szło zero doświadczenia w imprezowaniu, ALE za to miałam chłopaka.
Rodzice by pomóc mi w otwarciu się na ludzi pozwolili mi zorganizować imprezę z dużą ilością alkoholu (bo przecież alko jest cool). By mój chłopak nie czuł się obco w gromadce moich znajomych pozwoliłam mu zaprosić jego przyjaciela wraz z dziewczyną. Na imprezę prócz kuzynostwa, paru bardzo starych znajomych mieszkających po sąsiedzku i kilku dalszych sąsiadów nie przyszedł nikt z klasy ani żadna z (jak wtedy myślałam) przyjaciółek. Do tego okazało się że przyjaciel mojego chłopaka musi siedzieć do późna w pracy i dołączy później, ale jego dziewczyna będzie od początku.
Okazało się, że dziewczyna jest bardzo atrakcyjna przez co po paru toastach stała się główną atrakcją wieczoru. Niestety również dla mojego faceta. Alkoholu było więcej niż ludzi, więc impreza bardzo szybko się rozkręciła. Nim zrobiło się zupełnie ciemno wszyscy byli już pijani, oprócz mnie ponieważ byłam zbyt zajęta donoszeniem krokietów, chipsów i popity. Dodatkowo ludzie zaczęli łazić po całym domu co oczywiście nie za bardzo podobało się rodzicom. Dość często traciłam z oczu mojego faceta który za bardzo był zajęty zabawianiem koleżanki.
Ludzie powoli zasypiali i zbierali się do domów. Rodzice pozwolili mi przenocować paru znajomych. Poszłam szukać mojego chłopa. Ludzie zaczęli śmieszkować, że pewnie intensywnie opiekuje się dziewczyną przyjaciela. Kuzynka podobno przyłapała ich na mało przyjacielskich uściskach, a do tego wszystkiego nawet moja mama zaczęła robić się podejrzliwa. Znalazłam ich na podwórku, samych. Oboje konkretnie nawaleni. Pytam mojego dlaczego nie świętuje z solenizantką, a na to miła koleżaneczka "My tu coś omawiamy, Piotr musi ci coś wyznać".
Zrobiło mi się słabo i mega, mega smutno. Spoglądam na owego Piotra a ten z trudem klęka na kolano, wyciąga do mnie dłoń z małym pudełeczkiem i bełkocze "Wiem że oboje jesteśmy jeszcze młodzi ale czy uczynisz mi ten zaszczyt i obiecasz mi że kiedyś zostaniesz moją żoną? ". Otwieram pudełko, patrzę na zawartość a tam pierścionek jak z jakiegoś automatu z kulkami. Imitacja srebra i źle przymocowany błyszczący kamyczek. Ot tak w pudełku, póki się go nie dotknęło wyglądało ładnie. Ale niestety w praktyce porażka.
Wzięłam pierścionek odpowiedziałam, że nie wiem co powiedzieć i zostawiłam ich na tym podwórku. Właśnie spędziłam długi, ciężki dzień otoczona ludźmi którzy przyszli tylko dla wódki, którzy traktowali mnie jak służącą, do tego pozbawiona wsparcia i pomocy najbliższej osoby i na koniec dostaje pijackie, najgorsze oświadczyny ever.
Mój Piotr nawet za mną nie poszedł. Przyszedł po jakimś czasie z przyjacielem, który złożył mi życzenia i zabrał się za jedzenie bo przecież "prosto z pracy". Piotr stwierdził że wróci z nimi do domu, nie będzie mi zawracał głowy po tak "emocjonującym" dniu.
To była pierwsza i ostatnia impreza urodzinowa jaka zorganizowałam. Tydzień później zerwałam z chłopakiem i jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie.
Tę historię słyszałam od mamy, często też przypomina mi ją ktoś z rodziny. Miałam ok 3/4 lat gdy poszłam z mamą i bratem do kościoła. Siedziałam mamie na kolanach, jak to dziecko. W kościele była grobowa cisza. Nagle słychać było na cały kościół MÓJ głośny pierd, tak małego dziecka. Mało tego. Krzyknęłam wtedy jeszcze dwa słowa "TO JA!".
Technikum budowlane parę lat wstecz. Lekcja religii. Mała salka do katechezy wypełniona uczniami zagłębiającymi się w tajniki wiary i wsłuchującymi w słowa (monolog) księdza, jednocześnie rozwiązując krzyżówki i buszując po internetach na swoich smartfonach.
Jednemu z moich kolegów bardzo zachciało się do toalety w cięższej sprawie, o czym dyskretnie nie omieszkał mnie poinformować. Zaleciłam mu przerwanie wywodów księdza i wyjście, bo do dzwonka pozostało jeszcze około 20 minut, a w tak małym pomieszczeniu może być dosyć nieprzyjemnie, gdy zacznie się z niego niebawem coś ulatniać.
Jednakże kolega nie zastosował się do moich rad. Minęło kilka minut. Dostrzegalne krople potu na czole kolegi i już prawie, że namacalny swąd unoszący się w i tak zatęchłym powietrzu. Odwracam się i mówię mu by poszedł się do toalety, bo jak mam już zginąć w tragicznych okolicznościach, to pod kołami sportowego auta, a nie od odoru z jego czterech liter.
On już całkiem pobladły oznajmia, że nie wie jak się ma do księdza zwrócić, bo nie powie przecież "Proszę pana". Kolega siedzący po jego drugiej stronie słysząc naszą ożywioną rozmowę podpowiada, by zwrócił się do kapłana "Panie ksiądz". Mówię by nie byli śmieszni i że musi się do niego zwrócić "Proszę księdza".
Kolega na skraju wytrzymałości zrywa się z krzesła z tekstem: "Proszę księcia, muszę kupę". Wszyscy oderwali się od swoich zajęć ze śmiechem, a kolega ostatkiem sił pobiegł do ubikacji. Chłopak sugerujący zwracanie się do duchownego "Panie ksiądz" dobił wszystkich jeszcze stwierdzeniem, że ta pomyłka wzięła się zapewne z tego iż stolec naciskał biedakowi na mózg.
Pewnego razu poszłam z młodszym bratem (lat 6) do Rossmanna. Po wypraniu produktów ustawiłam się w kolejce. Braciszek zaczął błagać, żebym kupiła mu jakieś słodycze. Zgodziłam się żeby wybrał sobie jedną rzecz, pod waruniekm, że przyniesie jeszcze herbatkę na przeziębienie (coldrex, fervex, gripex), której zapomniałam wziąć, a nie chciałam opuszczać kolejki. Nie wiedziałam jakie tam sprzedają, więc powiedziałam, że obok słodyczy na półce są lekarstwa i żeby przyniósł prawdopodobnie czerwony kartonik, który ma napisane "EX" na końcu słowa.
Już stałam przy kasie i przyszedł brat z ciasteczkami i kartonikiem. Zapytał czy takie właśnie chciałam. Nie przyglądając się szczególnie odpowiedziałam "Świetnie się spisałeś, to moje ulubione". Sprzedawca dziwnie na mnie spojrzał i zapakował mi zakupy.
Gdy w domu rozpakowywałam zakupy zorientowałam się, że kartonik który mój młodszy brat przyniósł to żel intymny z napisem DUREX. Co musiał pomysleć sprzedawca, gdy małe dziecko przynosi nastoletniej dziewczynie taki oto żel. W tym momencie poczułam się jak bohaterka "Teen Mom Poland". I nie było to miłe uczucie.
Od kilku lat zajmuję się hodowlą pawi i innych ozdobnych ptaków. Pewnego razu śpię, a tu dzwoni telefon. Mama, która pracuje w szkole obok "centrum" mojej wioski, mówi: "Słuchaj przyjedź na rynek, bo 4 osoba przychodzi i mi mówi, że jakiś zielony paw chodzi po rynku". Zwlekam się z łoża, w samochód i ogień - bo centrum znajduje się ok 1 km od mojego domu.
Na rynku nic, popytałem to mówią, że faktycznie, był taki zielony z krótkim ogonem. Jadę do matki, do szkoły. Informuje mnie, że gdzieś koło stawu widzieli mojego pawia. Idę, patrzę, a koło kaplicy chyba z 10 osób i coś kamerują, podchodzę bliżej i widzę moją celebrytkę jak żre trawę. No to ja niczym mistrz parkouru chyc w jedną, chyc w drugą, a ona spierniczała jak to potrafi. Pawica biegiem, a ja za nią, a za mną te 10 osób kamerujących.
W pewnym momencie zerwała się i fruuuu, ale jako, że ta pokraka lata jakby ważyła 50 kg, podleciała tylko przez siatkę na dziedziniec koło zabytkowego pałacu. Ten, co go pilnował wyleciał i mówi żebym chwilę poczekał, bo zrobiłby zdjęcie, jak na dziedzincu chodzi "bo to ładnie by wyglądało" (nie ważne, że ptaka już nie widać). W delikatnych słowach rzuciłem, że pierd*lą mnie jego zdjęcia i muszę ją gdzieś zapędzić, bo jak do fosy wpadnie to po niej.
Jako, że jednak szmaragdowa pawica okazała sie jeszcze większą suką niż jest -przeleciała za fosę i siedzi. No to ja przez pałac niczym księciuniu z piekła rodem, wylazłem przez budynek za nią. Tylko mnie zobaczyła i jeb znów poderwała się. Masa zrobiła swoje i jak się okazało, że nie startowała z górki, to tak ją ściągneło, że mało się nie wpierniczyła do tej fosy. Dryb dryb dryb i jak gdyby nigdy nic - opuściła teren pałacu i zaczeła drzeć w kierunku rynku znów... Myślę, że w takim tempie to nigdy jej nie złapię. Ale patrzę - a jakiś budynek mieszkalny jest otwarty. Więc jakimś, naprawdę dzikim cudem i szczęściem udało mi sie ją zapędzić do jego wnętrza.
Patrzę, korytarz - jedno wyjście - "Jestes moja". Zanim jeszcze podszedłem, jak zaczeła się drzeć no to ja w te pędy jeb za nasadę skrzydeł. Wtem z mieszkania wylazła jakas stara babka. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zaskoczonego wyrazu twarzy pomieszanego z przerażeniem. Mówię, żeby zamknęła drzwi, bo wyszedłem z pawiem na spacer i mi uciekł (mój czarny humor właczający się w sytuacjach stresowych). Pojmałem ptaka, podziękowałem za udostępnienie lokalu i idę w kierunku samochodu. Wracam, kumpel do mnie dzwoni i mówi że na posterunek dzwonił dyżurny z komendy, ze zgłoszeniem interwencji, że "Jakiś wielki ptak chodzi po wsi" i uwaga jest "Agresywny".
Dodaj anonimowe wyznanie