Mój tata ma grupę kumpli informatyków. Super sprawa - zawsze, gdy cokolwiek dzieje się z którymś z naszych komputerów/telefonów/innych urządzeń tego typu wystarczy podjechać do biura do kolegów, którzy za tabliczkę czekolady czy dobrą kawę z uśmiechem pomajstrują w ustrojstwie.
Raz zdarzyło się coś naszemu stacjonarnemu komputerowi. Tata telefonuje do kolegi - okej, nie ma sprawy, mogą zdalnie zerknąć co się tam dzieje przez jakiś specjalistyczny program, który mieliśmy zainstalować na komputerze, a oni będą w nim "operować" ze swojego biura. Tak więc następnego dnia wszystko gotowe, zostałam oddelegowana do "bycia w gotowości", gdy kolega za pomocą czarodziejskiego programu będzie diagnozował nasz komputer. Byłam sama w domu, więc trochę się stresowałam - w końcu mózgiem komputerowym nie jestem, nawet jeśli miałabym być tylko pomocnikiem ;).
Kolega dzwoni do mnie i prosi, bym włączyła przeglądarkę i wpisała coś do paska adresu, dzięki czemu otworzy się okno z jakimiś informacjami o komputerze. Nazwa była skomplikowana, złożona z ciągu liter więc pan powtarzał ją kilka razy, ale cały czas źle wpisywałam. W pewnym momencie zaczął dyktować imiona, które mam wpisać. Tak sobie myślę- "kurde, jakieś dziwne te adresy, no ale niech będzie". Tak więc wpisuję powiedzmy "Marzena, Bożena, Krzysztof, Kasia, Anna" i tak dalej, klikam enter i dalej nic! Zrezygnowana mówię panu, że komputer chyba jeszcze bardziej się zepsuł, bo wpisuje wszystko jak mówi, a dalej nie działa. Po drugiej stronie słuchawki słyszę głośne westchnięcie zrezygnowania i że pan "sam już sobie poradzi" i się rozłączył.
Dopiero po jakiejś godzinie rozkminiania zorientowałam się, jaką kretynkę z siebie zrobiłam.. Adres składał się z ciągu liter, a facet tylko dyktował mi je w formie imion, bym żadnej litery nie przekręciła.. Serio, było to z 3 lata temu a ja do teraz czuje totalne zażenowanie i wstyd, gdy widzę tego informatyka..
Kiedyś jak byłem mały chciałem przebić opony w rowerze siostry. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zorientowałem się, że przebijam opony w swoim rowerze.
Wykład matematyki na pierwszym roku zarządzania. Pan profesor, już w podeszłym wieku, ale wciąż z ciętym językiem, rozpoczyna wykład o całkach, mówiąc: "Całka pochodzi od słowa dziewica, bodajże z łaciny. Zastanawiam się, ile jest jeszcze całek na tej sali... ". Zapadła cisza, a potem gromki śmiech.
Mam na imię Kamila i mam brata Patryka. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że nasi rodzice nazywają się Patrycja i Kamil. :)
Kiedyś jak byłem małym dzieckiem i miałem może 5 lat, przyszła do mnie siostra (lat ok. 7) i powiedziała, że zobaczyła w telewizji jak dorośli ludzie dotykają się jezykami i że to oznacza miłość. Zabrała mnie do pokoju i powiedziala piękne słowa "Kocham cię braciszku" po czym powiedziala żebym wystawil język. Tak zrobiłem, ona też. Zaczęliśmy się dotykać czubkami języków, tacy podjarani, że jesteśmy jak dorośli i wyznajemy sobie miłość.
Szybko pobiegliśmy do mamy i powiedzieliśmy, że chcemy jej pokazać jak wyznajemy sobie miłość. Wtedy to powtórzyliśmy przy niej. Moja mama zrobiła minę jak krowa próbująca wyjść z bagna. Szybko nas oddzielila i powiedziała, żebyśmy tego nie powtarzali... Cali czerwoni poszliśmy do swojego pokoju.
Mój tata jest kanarem. Ostatnio gdy jechałam autobusem wypisał mi mandat, który sam będzie musiał zapłacić. Ale to nie jest najlepsze, otóż jednocześnie mój ojczulek darował starszej pani Grażynie, która wcisnęła kit że zgubiła bilecik na targu.
Należę do rodziny, w której jest 6 dzieci. Ja, jako jedna z najmłodszych, nie rozumiałam, że mimo że i mama i tata ciężko pracują, nie mamy pieniędzy na np. nowy telefon, taki jak mieli moi rówieśnicy, co też bezmyślnie, ale też niestety dość często rodzicom wspominałam. Ale prawdziwa tragedia stała się w naszej rodzinie trochę później. A mianowicie moja mama zachorowała na nowotwór. Leczenie nie pomogło. Niedługo potem zmarła.
A teraz puenta. Nasza sytuacja finansowa przedstawia się teraz o niebo lepiej. Mam wreszcie swój wymarzony telefon i inne rzeczy. Ale teraz oddałabym bez zastanowienia wszystko to, co dostałam byle tylko jeszcze choć raz zobaczyć mamę i ostatni raz powiedzieć, jak bardzo ją kocham.
Wszystko zaczęło się jakieś 3 lata temu. Miałam super chłopaka, skończyłam liceum i postanowiłam iść do pracy, by choć trochę odciążyć rodziców i mieć swoje pieniądze. Rodzice wzięli kredyt na kupno dość starego domu, więc dużą część dochodów pochłaniała im rata kredytu.
Wszystko ułożyło się po mojej myśli - znalazłam pracę. Co prawda za najniższą krajową, ale byłam z siebie bardzo zadowolona. Po jakimś czasie dostałam umowę na czas nieokreślony. Dumą mnie rozpierała. Jako że mamy w domu osobę poruszającą się na wózku inwalidzkim, a dom był nieprzystosowany dla potrzeb osoby niepełnosprawnej, rodzice poprosili mnie abym wzięła kredyt, który oni będą spłacać, by mogli zrobić remont. Z miejsca się zgodziłam. Na drugi dzień wycieczka do banku, po chwili pieniądze były już na koncie. Wszystkie oddałam rodzicom.
Kilka miesięcy później wyprowadziłam się i z różnych przyczyn rzadko przyjeżdżałam do rodziców, przeważnie po prostu z braku czasu. Dziwiłam się że mimo upływającego czasu ani śladu zmian w domu. Mieszkałam z narzeczonym, ale po 3 latach związku przestało nam się układać, wróciłam do rodziców. Od zaciągnięcia kredytu minęło 2,5 roku, a remontu nadal ani śladu. I pewnego dnia, jakoś przed Wielkanocą, sprzątałam dogłębnie wszystkie zakamarki. I gdzieś wgłębi szafy natknęłam się na pudełko z listami. Wszystkie zaadresowane do mnie. Najpierw z banku, później windykacja, a na końcu komornik.
Okazało się że rodzice nie spłacili ani jednej raty. Pieniądze wydali nie wiadomo na co, a ja, mając aktualnie 23 lata, bujam się z długiem ok. 40 tys., a komornik co miesiąc zabiera mi z wypłaty 50%. Jak tu nie kochać własnej rodziny? :)
Mieliśmy bardzo surową matematyczkę, która z czasem się z nami zżyła i na lekcjach nie było aż tak strasznie. Niemniej jednak każdy srał po gaciach. Pewnego razu ktoś poszedł do tablicy, robił jakieś obliczenia i wyszło zero. Na to mój kolega z klasy podniósł rękę i zapytał zupełnie poważnie: "Czy tam nie powinno być minus zero?". Pierwszy raz tak bardzo zwątpiłam...
Moją historię zacznę może od faktu, iż wraz z chłopakiem tworzymy dość luźny związek. Nie spotykamy się codziennie, nie gadamy godzinami przez telefon, ale darzymy się wielkim uczuciem.
Pewnego ponurego wieczoru zechciało mi się dowartościować, chciałam usłyszeć jakiś komplement. Zadzwoniłam więc do mojego ukochanego:
- Kochanie, powiedz mi, ale tak szczerze. Czy ja jestem gruba?
Odpowiedź nie nastąpiła natychmiast, ale mnie zszokowała.
- No jesteś, i co z tego?
Rozłączyłam się.
Dodaj anonimowe wyznanie