Mój 15-letni brat na jednej z lekcji geografii bez przerwy rozmawiał z kolegą z ławki, doprowadzając tym do szewskiej pasji nauczycielkę. Będąc na skraju cierpliwości kobieta nie wytrzymała i mówi do niego:
- Jak się zaraz nie uciszysz, to dzwonię do twojej matki!
- Proszę pani, ale jak moja mama ma problemy w pracy, to do pani nie dzwoni.
Kobietę tak wmurowało, że zbierała szczękę z podłogi do końca lekcji, a bratu nie wpisała nawet uwagi.
Gdy miałam jakieś 9-10 lat, codziennie chodziłam do biblioteki miejskiej i wypożyczałam maksymalną ilość książek, jaką można było wypożyczyć. Robiłam to po to, aby wygrać w konkursie na czytelnika miesiąca.
Jak co dzień wybrałam się do biblioteki, do której na szczęście daleko nie miałam. Wchodzę, oddaję książki i idę wybierać następne do sali z książkami dla dzieci. Wybieram tak już dłuższą chwilę i nagle bum! Tak mi się zachciało siku, że zaczęłam gibać się niczym dziki węgorz, byle by tylko nie popuścić. Moje tańce wygibańce nic nie dały i niestety zlałam się w gacie. Wzięłam pierwsze lepsze książki i ruszyłam do pani przy biurku, zostawiając kałużę w sali obok. Podejście do bibliotekarki nie sprawiło mi problemu, ale przecież jak się odwrócę i ruszę w stronę wyjścia to zobaczy moje mokre spodnie. Wpadłam na genialny pomysł, do wyjścia poszłam tyłem niczym Michael Jackson. Wzrok pani bibliotekarki pamiętam do dzisiaj.
Od tamtej pory nie bywałam tak często w bibliotece i jak się domyślacie konkursu nie wygrałam.
Pewnego razu moja siostra, jako nałogowa palaczka, musiała się udać na balkon w celu zapalenia papierosa. Paliła sobie spokojnie, aż tu nagle gołąb. Siostra na ogół nie boi się ptaków, jednak gdy gołąbek zaczął się coraz bardziej zbliżać w jej stronę, zwątpiła i stwierdziła, że czas się wycofać. Wyrzuciła więc papierosa i weszła do domu. Niestety okazało się, że gołąbek wleciał za nią do środka. Myślę, że większość ludzi na jej miejscu by się mocno przestraszyła. Siostra zaczęła panikować i uciekać w stronę drzwi prowadzących na korytarz jej mieszkania. Wpadając na korytarz i solidnie zatrzaskując za sobą drzwi, poczuła mocne chrupnięcie oraz opór drzwi. Spojrzała w dół i ujrzała głowę gołąbka... oddzieloną od tułowia. Trzeba mieć na prawdę wielkie szczęście, żeby przepołowić ptaka zamykając drzwi. Siostra przez długi czas miała traumę i nie wychodziła na fajki. Balkony omija szerokim łukiem, a wyrzuty sumienia ma do dzisiaj.
Wieloletni partner postanowił mi się oświadczyć. Miała to być niespodzianka. Kiedyś rozmawialiśmy na temat idealnych oświadczyn, ale sądziłam, że to tylko taka gadka, bez jakichś zobowiązań, tym bardziej, że żadne z nas nie mówiło o ślubie. Więc popuściłam wodze fantazji, opowiadając o romantycznych oświadczynach w restauracji mieszczącej się niedaleko w pięknym zamku, kolacji przy świecach, itd.
Wczoraj mój ukochany postanowił mnie zabrać na wycieczkę w ruiny zamku kilkadziesiąt kilometrów od naszego domu. Weszliśmy sobie na najwyższą skałkę i podziwialiśmy widoki. W pewnej chwili pogoda bardzo się popsuła, zaczęło wiać, padać, zrobiło się zimno, mokro i niemiło, więc zasugerowałam:
- Kochanie, chodźmy, bo jest paskudnie.
Na co M. odpowiedział:
- O nie, miało być romantycznie.
Po czym wyciągnął z kieszeni pudełeczko, wyjął pierścionek i mówi:
- Nie będę klękał, bo jest mokro. Wyjdziesz za mnie?
Zatkało mnie. Ale odpowiedziałam:
- Tak, jasne, że tak.
Gdy zeszliśmy z ruin, weszliśmy do knajpki, żeby zjeść i wypić coś gorącego. W środku było dość ciemno, ale nie zwróciliśmy na to większej uwagi. Z braku lepszych pozycji w karcie zamówiliśmy po porcji frytek. Kelnerka przyniosła je po kilkunastu minutach, razem z kilkoma tealightami i powiedziała:
- Przepraszamy za te ciemności, ale elektryka padła i jedziemy na zapasowym generatorze. Ale świeczki państwu przyniosłam, żeby całkiem ciemno nie było.
W sumie nie ma się do czego przyczepić - zamek był? Był. A że ruiny... Kolacja była? Była. A że frytki... Świece były? Były. A że przypadkowo i tealighty...
Jedyny zgrzyt wieczoru? Mój obecnie już narzeczony, wyznał mi żartem, że gdybym mu odmówiła, to by mnie chyba z tej najwyższej skałki zrzucił... I teraz tak siedzę i się zastanawiam, czy to na pewno był żart, skoro moje opowieści o wymarzonych zaręczynach wziął sobie aż tak bardzo do serca...
Bardzo wiele lat temu, kiedy byłam małą dziewczynką, zaczęłam w sobie odkrywać talent do śpiewania. Trafiłam do scholi parafialnej przy nowo wybudowanym kościele. Wiadomo - otwarcie kościoła wiąże się z konsekracją i wizytą biskupa. Zostałam z kilkoma innymi dziećmi wytypowana do przywitania osobistości przy ołtarzu, w imieniu różnych grup działających przy parafii. Na jednej z prób mojej scholi, podszedł do nas zabiegany proboszcz i w skrócie wytłumaczył, kiedy i gdzie mamy podejść, co zrobić. Mówił bardzo szybko i niewiele zrozumiałam. Wytrzymałam kilka dni konsternacji i dzień przed uroczystością odważyłam się w końcu zapytać rodziców, w jaki niby sposób mam pocałować biskupa w pierś.
Do dzisiaj wszyscy mają ze mnie bekę, że mało brakowało, a mała dziewczynka, zamiast pierścienia, ucałowałaby biskupią klatę.
W ostatnich latach bardzo dużo mówi się w Polsce o profilaktyce raka szyjki macicy - że kobiety nie wykonują badań bo się wstydzą, bo nie wiedzą, bo nie mają czasu. Fakt, że często używany jest przy tym głupi argument, że trzeba się badać, bo "wstyd przed Europą", ale nie zmienia to faktu, że problem jest istotny.
Moja mama jest jedną z osób, które przywiązują do tych badań dość dużą uwagę - chodzi regularnie, co mniej więcej 3 lata (czyli zgodnie z zaleceniami). Jako że od ostatniej cytologii minęły już grubo ponad 2 lata jakiś tydzień temu mama wybrała się do pani ginekolog na badanie. Co usłyszała po wejściu do gabinetu? Mniej więcej: "Pani da sobie pani spokój z tymi badaniami. Po co taki kłopot sobie robić, stresować? Nie tak dawno była i wyniki dobre, to po co powtarzać? Raczej będzie dobrze. Zresztą, jakby nawet nie było, to zanim się rak rozwinie na tyle, żeby zrobić problem, to dawno umrze pani na coś innego". Dodam, że mama ma w tej chwili 55 lat i w najbliższych przynajmniej 20 umierać nie planuje.
Badanie ostatecznie wykonano, wynik rzeczywiście był dobry, a rodzicielka spokojna. Tak czy inaczej szkoda, że z jednej strony narzekamy, że kobiety się nie badają, a z drugiej zdarzają się lekarze, którzy je do tych badań zniechęcają.
Pracuję w kiosku. Wczoraj przyszły do mnie dwie kobiety, sądząc z akcentu Amerykanki. Poprosiły o karton Marlboro. Jakie było moje zdziwienie, kiedy jedna z kobiet chcąc mi zapłacić, wyciągnęła z portfela stare 50 zł ze Świerczewskim i setkę z Waryńskim (banknoty sprzed denominacji).
Od słowa do słowa okazało się, że kobiety wymieniły dolce na złotówki u jakiegoś przypadkowego gościa, który zaczepił je na lotnisku. W sumie dostały ponad dwa tysiące w bezużytecznych papierkach.
Niecałe 20 lat temu jako dzieciak bardzo lubiłam pewną mangę. W jednym z tomików był podany adres do korespondencji z autorką, więc czym prędzej zabrałam się do roboty. Napisałam łamaną angielszczyzną list, że uwielbiam tę mangę, przyozdobiłam to najlepszymi rysunkami z bohaterami, na jakie było mnie stać, po prostu miód cud (jak na dzieciaka). Wysłałam list i czekałam na odpowiedź.
Niestety się nie doczekałam. Byłam bardzo zawiedziona. Tyle serca w to włożyłam! Tak wielką miałam nadzieję, że moja idolka odpisze!
Kilka lat później sprzątając najdalsze zakamarki mojego biurka znalazłam... ten właśnie list. Widocznie byłam zbyt rozemocjonowana, zapomniałam go schować i wysłałam pustą kopertę.
Mam osiemnaście lat. Zamiast pójść na studia postanowiłem otworzyć własną firmę, zainspirowany swoją wakacyjną pracą. Firma otwarta, klientów nie ma, to postanowiłem rozpocząć akcje promocyjną - to jest powkładać ulotki za wycieraczki samochodów. Robiłem to na ogół w godzinach wieczornych, na parkingach.
Akurat podszedłem do jednego z ostatnich samochodów na parkingu w centrum miasta. Chwilę się mocowałem z wycieraczką (była to starsza Corsa z przyrdzewiałymi wycieraczkami już). Dopiero odchodząc zobaczyłem w środku auta parę na tylnym siedzeniu, byli w trakcie zaliczania drugiej bazy. Sądzę, że mnie nie widzieli. Na pewno mnie nie widzieli. Mam nadzieję.
Ostatnio przyszłam po szkole do domu i jadłam obiad z tatą. Mama i siostry były jeszcze poza domem. Zapytałam co słychać w pracy, na co on odparł, że to co zawsze. Chwilę później zapytał jak mi idzie w szkole i ile mam jedynek. Słabo mi się zrobiło, bo akurat dostałam tego dnia jedną z matematyki. Zapytałam więc poirytowana :
- Czy my zawsze musimy rozmawiać o ocenach?!
- No a o czym mamy rozmawiać? Co ci mam powiedzieć ?
- Cokolwiek...
- No to widzę, że cię ostatnio wypryszczyło.
Kocham mojego tatę ;)
Dodaj anonimowe wyznanie