Nigdy nie miałam wyjątkowo bujnej czupryny, ale ogółem gęstość moich włosów mi pasowała. Problem zaczął się w liceum, kiedy to zaczęły włosy mi wypadać. Zaniepokojona poszłam do rodziców, żeby może zapisali mnie do dermatologa bo to nie było dla mnie normalne. W odpowiedzi usłyszałam, że jestem sama sobie winna bo myję codziennie włosy. No cóż... Wstyd mi chodzić w tłustych włosach, więc musiałam je myć każdego dnia, żeby się jakoś w szkole pokazać. Tak więc łykałam suplementy, włosy dalej leciały i zostałam z ich mizerną garstką.
Mniej więcej w tym samym czasie doszło ciągłe zmęczenie. Ile bym nie spała, to i tak zasypiałam na stojąco i jedyne na co miałam ochotę, to przycięcie komara kilka razy na dzień. Oczywiście winny komputer - "Bo ty zamiast się w nocy wysypiać, to siedzisz i robisz nie wiadomo co!". Na każdy mój problem ze zdrowiem znalazła się przyczyna. Poddałam się.
Kolejne miesiące minęły nad liczeniem włosów i piciem kawy w ogromnych ilościach. Któregoś razu żaląc się koleżance, ta poradziła zbadanie tarczycy, bo moje przypadłości pokrywały się ze standardowymi objawami problemów z tym gruczołem. No i cóż... Wyniki złe, kilka guzków na tarczycy. Będę mieć operację i brać leki do końca życia.
Najgorsze było dla mnie to, że nikt mi nie wierzył, że się źle czuję, że martwią mnie prześwity i coraz rzadsze włosy... A kiedy okazało się, że miałam rację to każdy milczy i nie widzi problemu.
Zacznę od tego, że jestem organistą. W parafii, w której gram jest pewien ksiądz, który ma ogromny dystans do siebie i wielkie poczucie humoru. Pewnego razu po Mszy wieczornej idę do samochodu z tym księdzem, bo parkuję samochód koło plebanii. Obydwaj byliśmy w dobrym humorze. Kiedy kierowałem się już do samochodu, ksiądz sprawdzał jeszcze skrzynkę na listy i nagle mówi głośno "No, nie przyszedł jeszcze pozew o alimenty... jeszcze mnie nie znaleźli!" :)
Na wstępie zaznaczę, że byłam bardzo rezolutna za młodu. Jako 8-letni dzieciak uczestniczyłam w chrzcie mojego brata. Siedziałam w którejś z pierwszych ławek. Każdy kto był choć raz był na chrzcie na pewno pamięta ten moment, gdy ksiądz zadaje pytanie "O co prosicie Kościół Boży dla swojego dziecka?". Odpowiada się wówczas "O chrzest". Aczkolwiek ja stwierdziłam, że marnotrawstwem będzie zaprzepaścić taką szansę i krzyknęłam z determinacją "O pieniądze!".
Minęło 12 lat, a ja nadal na rodzinnych obiadach nie mam spokoju.
Jestem chyba jedyną osobą, która uwielbia chodzić do klubów, a nie umie tańczyć. Wiąże się to z tym, że po prostu nie czuję rytmu i tańczę po swojemu. Nawet znajomi się śmieją, że śmiesznie to wygląda. Przychodzi sobie gość do klubu, leci muzyka, każdy tańczy w rytm muzyki, a ja stoję i bujam się jak pingwin po swojemu. A co, trzeba mieć dystans do siebie, grunt, że się dobrze bawię :)
Moi rodzice budują dom odkąd się urodziłam. Kupili tanio działkę, 40 kilometrów od miasta, w którym wciąż mieszkamy. Nigdy nam się nie przelewało więc dom przez parę lat stał w stanie surowym, czekając na przypływ gotówki.
Gdy byłam w szóstej klasie, moi rodzice powoli zaczęli wychodzić na prostą, więc tato kontynuował budowę. Jednak nie było nas stać na ekipę więc wszystko robił sam. A ponieważ my też mieliśmy mieszkać w tym domu, wziął mnie i mojego brata jako swoich pomocników. Od tamtej pory minęło 7 lat, a my co weekend, co wolne, co święta, co wakacje jeździmy tam i pracujemy. Nauczyłam się wielu rzeczy, których większość dziewczyn w moim wieku nie umie i raczej nie będzie umiało. Mimo to buntowałam się. Tu w mieście miałam przyjaciół, chłopaka. W tygodniu byłam zbyt zajęta nauką a w weekend gdy chciałam się z nimi zobaczyć, musiałam jechać do drugiego domu. Nigdy nie byłam jeszcze na wakacjach, bo całe spędzałam na budowie. Czułam, że życie mi ucieka, że tracę młodość, że jestem niewolnikiem. Uważałam to za niesprawiedliwe, bo mi nie zależało na tym domu, miałam tu w mieście własny.
Moje nastawienie zmieniło się dopiero w te wakacje. Po sześciu latach miałam dość i wygarnęłam wszystko tacie. Że zabiera mi życie, robi ze mnie niewolnika, że mi się nie chce tam jeździć. Ból jaki zobaczyłam w oczach taty zapamiętam do końca życia.
Mój tato całe moje dzieciństwo spędził pracując. Tamtego dnia powiedział mi, że nie pamięta, jak dorastałam. Że jednego dnia się urodziłam, a drugiego miałam już 14 lat. Że buduje ten dom dla nas i że zabiera nas ze sobą, bo chce spędzić z nami jak najwięcej czasu, bo kiedyś odejdziemy we własne strony. Widziałam jak płacze, mówiąc, że dla niego wciąż jestem małą dziewczynką i nie może się pogodzić z tym, że niedługo odejdę na studia. Było mi tak potwornie wstyd.
Od tamtej pory do drugiego domu jeżdżę chętnie. Uświadomiłam sobie, że życie, za którym tak tęskniłam, które podobno mnie mijało to tylko ułuda. Po czasie okazało się, że przyjaciele wcale nimi nie byli, a życia wcale nie tracę. Mieszkam pod gwieździstym niebem, z dala od spalin i huku samochodów. Mam zielony pokój, taki o jakim zawsze marzyłam. Ale co najważniejsze mam rodzinę, na którą zawsze mogę liczyć. I chociaż jeszcze nie skończyliśmy budowy, kocham to miejsce całym sercem. Gdy siedzę z tatą wieczorem na balkonie w naszym prawdziwym domu, żałuję tylko, że tak późno to zrozumiałam. Że byłam taką egoistką.
Ludzie miastowi niech sobie żyją w miastach, wśród chaosu, z ich życiem, które pędzi nie wiadomo dokąd wśród świateł neonów. Mnie znajdziecie na wsi.
W wakacje byłam u koleżanki w mieście oddalonym od mojego tak z 30/40 km. Jako, że była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu nic nie wiedziałam gdzie co jest i czekając na nią stałam pod chyba bankiem, w okularach przeciwsłonecznych (jestem strasznie nadwrażliwa na światło i latem zawsze łzawię), w czarnej bluzce, czarnym kapeluszu i ciemnych spodenkach. Piszę do koleżanki SMS za ile będzie.
Nagle ni stąd ni z owąd dziarskim krokiem w moją stronę idzie moherek. Spódnica w kwiaty do ziemi, koszula w kratę, na niej kamizelka w paski i na to wełniany rozpinany sweterek. A w cieniu ze czterdzieści stopni. Zaczepia mnie i mówi "Ach wy młodzi. Ja was nigdy nie zrozumiem. Świat piękny, a wy w telefonach szukacie bezbożnych obrazków, nosicie okulary bo od komputerów wam oczy wypala! W niebo pacz! Ptaszki słuchaj! I zdejmij te okulary na Boga!!" i baba zdejmuje mi okulary.
Jak byście widzieli jej minę jak ujrzała moje czerwone, podpuchnięte, załzawione oczy. "Matko Najświętsza! Toż to wampirzyca!". Zrobiła znak krzyża i uciekła.
Jestem w ósmym miesiącu ciąży. Dodam, że mój mąż jest, że tak to ujmę, dobrze zbudowany. Ostatnio robiliśmy zakupy w supermarkecie. Był z nami mój tato, rozdzieliliśmy się, ja z mężem robiliśmy swoje zakupy, tato swoje. No i gdzieś nam ten tato zaginął. Skończyliśmy zakupy, taty nie widać, więc uznaliśmy że zapłacimy za zakupy i poczekamy w samochodzie na niego.
Jak stanęliśmy przy kasie to tato momentalnie się znalazł. Za chwilę słyszę tekst mojego taty: "Już myślałem że pojedziecie beze mnie, ale na szczęście po brzuchu z daleka cię rozpoznałem". Odwracam się i mówię "Nabijaj się nabijaj, już niedługo". Na to mój tato odparł "Ale to nie było do ciebie". Tak, mówił do mojego męża :)
Kiedyś miałam chłopaka, maminsynka. Byliśmy piękną i szczęśliwą parą przez ponad rok. Oczywiście ja nie sprostałam wymaganiom przyszłej teściowej, więc sprawę postawiła jasno zrywasz z nią, dostajesz nowy samochód.
Tak, teraz on ma nowy samochód. A ja? Jestem szczęśliwa, że nie trwało to dłużej.
Jako dziecko wierzyłam we "wróżkę zębuszkę". Mialam jakies 7-8 lat. Wypadł mi kolejny ząb, więc postanowiłam jak zawsze odprawić rytuał chowania ząbka pod poduszkę. Oznajmiłam to na forum mojej rodziny (mam dwóch starszych braci..), a wieczorem uczyniłam to co zapowiadałam.
Gdy rano się obudziłam, byłam wielce podekscytowana. Od razu wsadziłam łapę pod poduszkę, z nadzieją, że wyciągnę złoto (w dzieciństwie nawet 1zł wydawał się majątkiem). Ku wielkiemu zdziwieniu wyciągnęłam kartkę. Było na niej napisane jedno zdanie "POCAŁUJ MNIE W DUPĘ" . Rozpłakałam się, poleciałam do rodziców.
Wkrótce sprawa się rozwiązała. Znalazłam moją jedynkę na szafce starszego brata. Tak więc wróżkę zębuszkę znam osobiście.
Było to 2 lata temu. Miałam zapalenie zatok, pisząc sprawdzian z angielskiego musiałam wydmuchać nos, pani nie wypuściła mnie do toalety wiec musiałam to zrobić w klasie. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam w dzienniku uwagę, że długo i głośno smarkałam i robiłam to specjalnie. ?
Dodaj anonimowe wyznanie