#24L4K
Niestety, żadnego z nas nie było wtedy stać na własne lokum i oboje zamieszkiwaliśmy u swoich rodziców. Ponieważ chodziliśmy ze sobą już jakiś czas, zacząłem starać się o mieszkanie - w końcu przecież planowaliśmy się pobrać i zamieszkać razem, gdy tylko ona ukończy szkołę. Niestety, luba stwierdziła, że absolutnie nie życzy sobie, żebym brał mieszkanie na kredyt, bo ona nie chce potem żyć z kimś kto przez lata będzie musiał płacić raty. Żadnych kredytów! Okeeeej...
W sumie nie bardzo wiedziałem co robić, na mieszkanie komunalne musiałbym czekać przynajmniej kilka lat, kredytu nie wezmę, bo wtedy ona mnie nie "weźmie", a żeby uzbierać samemu pieniądze musiałbym te kilka lat czekać. I nie jeść.
Próbowałem jakoś ją przekonać, że kredyt to jedyna opcja w naszej sytuacji (ona chciała jak najszybciej się wyprowadzić od rodziców), że przecież ludzie biorą kredyty, że to nic strasznego, że i tak wezmę jak najmniejszy, byle tylko na małe mieszkanie wystarczył. NIE.
Byliśmy razem jakieś 3 lata. Przestało nam się układać, często się kłóciliśmy. W końcu, (kilka miesięcy temu) zerwała ze mną. Stwierdziła, że nasz związek stoi w miejscu i że ona nie może ze mną być. A gdy zapytałem o powód rozstania, usłyszałem, że nie jestem w stanie jej zapewnić bezpieczeństwa, BO NIE MAM WŁASNEGO MIESZKANIA.
No i weź tu zrozum kobiety... :/
#CbvhT
Mianowicie zawołał mnie i kuzyna do siebie, mówiąc że dostaniemy dodatkowe prezenty już przed wigilią i wyciągnął zza pleców dwie papierowe torby (takie jak do pakowania jajek luzem) tej samej wielkości. Jedna z tych toreb była ciężka i czuć że coś w niej było, a druga natomiast była lekka na tyle, że można było się domyślać, że jest pusta. Pierwszeństwo wyboru przypadło młodszemu czyli mnie. I jak myślicie co ten młodzieniec wybrał? A co wy byście wybrali? Oczywiście że to cięższe! Przecież tam będzie więcej czyli lepiej, na pewno tak będzie! Kuzyn nieco wkurzony, że mogłem wybierać pierwszy i wybrałem to samo co on chciał, z niechęcią wziął pustą torbę. Otworzyliśmy je jednocześnie, nie skupiając się na sobie wzajemnie. W mojej torbie była ulubiona czekolada w wersji XXL! Jeju, ale super uwielbiam ją! Po ekscytacji krótkiej jednak ciekawość wzięła górę i spojrzałem na uśmiechniętego kuzyna... trzymającego banknot 100zł.
Nie chcę wyjść na materialistę, po prostu siedzę i patrzę bezmyślnie przez okno, myśląc o zbliżających się świętach. Rodziny już nie ma, babcia i dziadek odeszli, niektórzy się pokłócili i się nie odzywają, więc jedyne co mi zostało, to wspomnienia z tego miejsca i tego klimatu. Teraz moja wigilia składa się tylko z mojej mamy, jej faceta i dwóch braci, jak i drugiej u ojca w takim analogicznym składzie. Nigdy o tym nikomu spoza rodziny nie mówiłem, więc zastanawiam się teraz przez sentymenty i tęsknotę, czy mój dziadek rzeczywiście chciał nam coś przekazać, czy to był zwykły figiel?
#fhXh1
Warto zaznaczyć, że dziadek miał swój ulubiony grubo pleciony sweter w dość nietypowych fioletowo-czerwono-zielonych kolorach. Takiego swetra, uwierzcie mi, nie da się pomylić z żadnym innym. Wracając do historii. W domu mieliśmy jeden strój Mikołaja, a że dziadkowi się trochę przytyło przed świętami, więc z wielkim trudem się w ogóle w niego dopiął. Gdy przyszedł ten czas, kiedy ktoś zapukał do drzwi, pobiegłam pierwsza otworzyć. W drzwiach oczywiście stoi "Mikołaj" i zadaje mi pytania typu: "Co chciałaś dostać?, Byłaś grzeczna?".
Jak już zostałam odpytana, to dziadek schylając się, sięgnął do swojego worka (który wcześniej odłożył na ziemię) po prezent. I właśnie wtedy pękły mu spodnie centralnie na szwie na tyłku. Żeby tego było mało chcąc się wyprostować oraz zakryć dziurę wygiął kręgosłup, a wtedy pękły mu guziki na brzuchu odsłaniając wyżej wspomniany sweter. Przyglądając się całej sytuacji zobaczyłam, że dziadka nie ma w domu, a Mikołaj ma na sobie jego sweter i doszłam do jedynego sensownego wniosku, że... dziadka okradł Święty Mikołaj i teraz również przyszedł po łupy do nas. Niewiele myśląc złapałam za parasolkę i uderzyłam Mikołaja w krocze. Rodzina nie wiedziała, czy się śmiać ze mnie, czy może lepiej powstrzymać mnie przed dalszą przemocą.
W taki oto sposób dowiedziałam się w wieku 6 lat, że Mikołaj nie istnieje. Dziadkowi na szczęście nic się nie stało, a pamiętny sweter nosi do dziś.
#SynRQ
Okazało się, że od jakichś dwóch tygodni on już ze mną nie był, a ja nic o tym nie wiedziałam. Zapytałam go o to. I co odpowiedział mój "ukochany"? Że to że ze sobą mieszkamy i śpimy razem to wcale nie znaczy, że jesteśmy razem. Później się dowiedziałam, że jego delegacje z pracy, to były wyjazdy w góry do jego drugiej dziewczyny.
Po jakimś czasie gdy już o nim zapomniałam on nagle dzwoni i prosi, żebym do niego wróciła. Na pytanie co z jego drugą dziewczyną, usłyszałam, że ona ma dziecko i jej matka go nie lubi, więc stwierdził, że łatwiej mu być ze mną, bo ja się nie czepiałam, jak wyjeżdżał, a ona mu nie pozwala. Chyba myślał, że jego szczerość mnie przekona. Nie przekonała.
#hNvn7
Pewnego dnia pojechałam z moim kumplem do Maka. Wychodzimy z samochodu- ja kieruję się już w stronę wejścia, a on szedł trochę za mną. W pewnym momencie mija nas jakiś bezdomny i coś do nas mówi (jednak bardziej się zwracał do kolegi). Pomyślałam, że na pewno rzuci tekstem: "Czy ma Pan może 2 zł? ", więc nie zwróciłam na niego uwagi i idę dalej. Widzę, że kolega nie idzie za mną, tylko chwilę rozmawia z nim, więc poczekałam przy wejściu. Wchodzimy, on idzie zamawiać, ja siadam przy stoliku. Później on się dołącza i w końcu odbiera zamówienie. Byłam zaskoczona, że tyle kupił, bo przecież ja nic nie chciałam do jedzenia. Po pewnym czasie w Maku znowu pojawił się ten bezdomny, a mój kumpel wręcza mu kanapkę. Był bardzo wdzięczny i widać było radość w jego oczach. Podziękował i wyszedł.
I w tym momencie do mnie dotarło, że ta znieczulica dopadła także i mnie. Patrzę krytycznie na innych, a sama nie potrafię dać dobrego przykładu. Dopiero ten zwykły/niezwykły czyn mojego kolegi uświadomił mnie w tym, że aby zmieniać świat najpierw trzeba zacząć od samego siebie.
#pLvm8
Na miejscu okazało się, że mam pewien błąd związany z marginesami. Przysłowiowa "pani z dziekanatu" powiedziała, że to już nieistotne, że tak może zostać, że jest w porządku. Ale ja nie do końca byłam przekonana i bałam się, że dzień przed obroną zadzwonią mi i powiedzą: "Sorry, ale pani ma źle to i to, nie może pani przystąpić do obrony". Wtem do dziekanatu wszedł pewien pan w sweterku, którego często widywałam na uczelni, jakiś konserwator albo pomocnik. Zainteresował się mną i tym, że stoję przy biurku i zmieszana próbuję rozmawiać z panią z dziekanatu. Spytał w czym problem, po czym powiedział do mnie: "Takie drobne błędy to nic, jakby coś, to biorę to na siebie, niech się pani nie przejmuje". Ja dalej nie byłam przekonana czy aby wszystko na pewno ok, dlatego spytałam: "A to pan ma tam jakiś wpływ na komisję? Może pan o takim czymś decydować?", na co on odparł: "No jakiś tam mam" i się uśmiechnął.
Doszło do obrony, wszystko w porządku, odpowiedzi na pytania udzielone, promotor i reszta komisji gratulują, po czym do sali wchodzi mężczyzna - ten sam, który był w dziekanacie - gratuluje wszystkim i wręcza każdemu kartkę z zaproszeniem na dalszy stopień studiów. Zastanawiam się, co on tu robi, taki zwykły pracownik, a wchodzi do sali podczas obrony.
A jednak nie zwykły pracownik. To był rektor... :)
#pEBrb
Obok niego stanęła kobieta, zaczęła coś zamawiać. Gdy zaczęła szukać pieniędzy do zapłaty zobaczyłem, że z portfela wypadło jej 100zł. Bez zastanowienia podchodzę, podnoszę i jej podaję. Kobieta trochę zdezorientowana, nie rozumie, o co chodzi, więc jej tłumaczę, że jej wypadło, kiedy grzebała w portfelu. Rozradowana zaczęła mi dziękować i w ogóle krzyczeć na cały lokal, że jestem bohaterem. Ja trochę zawstydzony powiedziałem, że nic się nie stało i wyszedłem z nadzieją, że kumpel zaraz wyjdzie.
W końcu po paru minutach wyszedł i kierujemy się w stronę wyjścia. Rozmawiamy po drodze, naglę czuję, że ktoś mnie szarpie za ramię. Obracam się, a tam ta kobieta z KFC. Chciała mi jeszcze raz podziękować i w ramach nagrody chciała mi dać to, co sobie zamówiła do jedzenia. Po długich pertraktacjach w końcu przyjąłem podarunek. W końcu jestem studentem, darmowe żarcie piechotą nie chodzi.
#BO6sG
Zdarza się, że obie nie zabierzemy ze sobą okularów do szkoły i wtedy musimy polegać na sobie. Dzięki Bogu, że ją poznałam! Teraz wiem przynajmniej, kto mówi mi "cześć", kiedy mijam się z ludźmi na przerwie, a ona wie kto jej w danym momencie macha lub co pisze na tablicy. Ludzie! Szanujcie wzrok, bo skończycie tak jak my! ;)