Sytuacja zdarzyła się w kwietniu tego roku. Byłem wówczas uczniem 1 klasy liceum, jestem trochę leniwy lecz nie mam większych problemów z nauką oprócz... chemii. Nie cierpię tego przedmiotu, nie rozumiem go, ale to pewnie przez to, że nawet się nie staram. Nie ciekawi mnie nawet w najmniejszym stopniu, a moja nauczycielka jest wręcz okropna, a do tego ruda, więc ocen nie miałem zbyt dobrych.
Pamiętam ten dzień jak dziś. To był czwartek. Po 9 godzinach spędzonych w szkole byłem zmęczony, do czego dochodziło zdenerwowanie, bo dostałem jedynkę z chemii. Wracałem do domu autobusem z kolegą (nie chodzimy do tej samej szkoły), opowiadając mu o moich perypetiach chemicznych. Jak już napisałem, byłem dość zdenerwowany więc kiedy nadszedł moment, w którym miałem krótko opisać nauczycielkę od chemii, z moich ust padło trochę niemiłych słów określających ową panią. Na koniec dodałem: "Jak tak dalej pójdzie to nie zdam!".
Po czym słyszę głos dobiegający zza moich pleców: "Też tak uważam". Zgadnijcie kto tam siedział...
Mam 20 lat, niedługo wychodzę za mąż. Wszyscy - nawet znajomy ksiądz - myślą, że wpadliśmy. Wychodzi na to, że młodzi ludzie nie mogą już wziąć ślubu z miłości.
Mając 5 lat w liście do świętego Mikołaja napisałam: "Chcę mieć siostrzyczkę". Mama chyba bardzo wzięła sobie do serca to życzenie i jakiś rok później miałam już wymarzone rodzeństwo.
Dwa lata później list był następujący: "Święty Mikołaju, zabierz ją z powrotem, tym razem chcę tylko lalkę"...
W życiu każdego rodzica przychodzi taki czas, gdy dziecko chce wiedzieć, skąd się wzięło. Tak było z moją bratanicą. Brat z żoną mieszkali z dość małym miasteczku. Sąsiedzi często dawali złote rady i z tym dziecięcym pytaniem także.
Kaja przybiegła z podwórka i spytała się żony brata:
- Mamoo! A skąd się biorą dzieci? Bo Piotrek pytał taty, ale on nie wie.
Więc szwagierka za radą sąsiadki mów młodej:
- Wiesz, to robią tylko dorośli. Najpierw chłopak sika do kubeczka, dziewczynka to pije i wkrótce rodzi im się dzidziuś.
Młoda wybiegła na podwórko krzycząc "fuuuuu". Brat myślał, że to zamknie temat na długo i podziękowali sąsiadce.
Kiedy Kaja wróciła mówi:
- Tato, ale te siuśki są fu.
- A skąd ty wiesz takie rzeczy?
- Bo chcieliśmy zobaczyć z Piotrkiem, co to jest ta dorosłość i mieć dzieci, więc wypiłam, ale nie wiem, czy będę miała.
Zastanówcie się dwa razy co powiecie swoim dzieciom.
Zawody piłki nożnej. Ostatnie minuty. Piłka przeciwników. Rożny. Dośrodkowywanie i...
nie ma gola, złapałam piłkę w ręce!
Wtedy przypomniało mi się, że nie jestem bramkarzem.
Zacznę od tego, że pochodzę z małej wioski i moja rodzina nie należała do najbogatszych. W domu nigdy się nie przelewało, więc od razu po ukończeniu technikum wyjechałam wraz z moją kuzynką do pracy za granicę. Na początku wylądowałam w Niemczech, ale później trafiła się okazja na pracę w Holandii. Jak to na początku obawiałam się, jak to będzie, jak mnie przyjmą. Z biegiem czasu okazało się, że dostałam się do fajnej roboty, świetnie dogadywałam się z ludźmi, a przede wszystkim z Holendrami.
Mój szef też całkiem spoko gościu, często urządzał imprezy dla pracowników i na jednej takiej imprezie poznałam młodego Holendra, z którym złapałam świetny kontakt. Pół wieczoru albo nawet więcej spędziliśmy w swoim towarzystwie. Od tego czasu często ze sobą pisaliśmy, spotykaliśmy się, po prostu zaprzyjaźniliśmy się. Dowiedziałam się, że jego ojciec ma dobrze prosperująca firmę, której pewnie on po ukończeniu studiów zostanie właścicielem. Niestety od polskich znajomych często słyszałam, że mam sobie za dużo nie wyobrażać, bo jestem zwykłą Polką, która przyjechała do roboty, a nie romansować. Nie posłuchałam ich, po paru miesiącach zostaliśmy parą. Niedawno minęła 5 rocznica naszego związku.
Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie rzuciłam pracy, nadal pracuję fizycznie w tym samym miejscu, gdzie zaczynałam. Mój narzeczony ma wysokie stanowisko w jednej z lepszych firm. Wszystko się wydaje idealnie, ale nie jest. Polacy, z którymi pracuję uważają, że udało się głupiej Polce znaleźć bogatego faceta, z którym jestem tylko dla kasy i pewnie gdy będzie chciał mnie zostawić, to wrobię go w dziecko. Rodzina i "przyjaciele" w Polsce tak samo, wiecznie tylko pytania, ile zarabiamy i czy nie znalazło by się jakieś miejsce pracy w firmie mojego narzeczonego. I choćby pił i mnie bił, to powinnam mu wybaczać, bo przecież kasa mi wszystko wynagrodzi. Czasami ciężko gdy wszyscy patrzą na mnie z taka zawziętością i zazdrością. Wydaje mi się, że lepiej dogaduje się tutaj z obcymi ludźmi niż z ludźmi z Polski. Ja naprawdę pokochałam mojego narzeczonego za to jakim jest człowiekiem i za to, że on zobaczył we mnie normalna kobietę, a nie biedna dziewczynę z Polski. Nie interesuje mnie jego stan konta, to są jego ciężko zarobione pieniądze, a nie moje ale najwidoczniej innym trudno to zrozumieć.
Będąc w gimnazjum miałam dość fajną nauczycielkę od polskiego, dało się z nią pogadać jak z człowiekiem. Pewnego dnia na lekcji języka polskiego mieliśmy temat o II Wojnie Światowej i mówiliśmy o przerabianiu ludzkiego tłuszczu na mydło. Jednego z chłopaków w klasie bardzo śmieszył temat i ciągle się śmiał, nie wiedzieć z czego. Dodam również, że chłopak był troszkę bardziej utyty. W końcu nauczycielka nie wytrzymała i krzyknęła: "No i co cię tak śmieszy? Popatrz ile z ciebie mydła by było".
Kolega się zamknął i chyba zaczął myśleć o diecie.
Na wstępie powiem, że jako nastolatka byłam skromna i cicha, nie sprawiałam kłopotów wychowawczych i uczyłam się dobrze. Sytuacja, która spotkała mnie w gimnazjum (a było to ponad 10 lat temu) doskonale obrazuje "niesprawiedliwość", która - jak widzę, dotąd króluje w polskim szkolnictwie.
Pod koniec lekcji WOS-u nauczycielka poprosiła naszą klasę o oddanie prac domowych do sprawdzenia. Niby nic dziwnego, ale jako, że zadania były dwa - jedno w zeszycie, a drugie w ćwiczeniach, pani podzieliła klasę na pół mówiąc (do dziś to pamiętam dokładnie):
- Wszyscy do numeru 12-tego oddają mi ćwiczenia, a reszta zeszyt z zadaniem.
Tak się złożyło, że to ja miałam ten feralny dwunasty numer w dzienniku. Dla mnie oczywistym było, że jak ktoś wskazuje numer, to liczy się razem z nim WŁĄCZNIE. Pech chciał, że akurat tego zadania w ćwiczeniach nie miałam, za to miałam zadanie z zeszytu. Myślę sobie: "Może by małe kłamstewko i dać jej zeszyt zamiast ćwiczeń?". Ale ja, bardzo uczciwa dziewczyna, szybko wybiłam sobie to z głowy, jako że mogło to stworzyć poważne konsekwencje. Oddałam więc puste ćwiczenia - trudno, będzie minus. Pierwszy, więc nic strasznego.
Tydzień później pani oddaje zeszyty i ćwiczenia. A ja co widzę? PAŁA! Pytam innych, co dostali, jak nie mieli zadania - okazało się, że minusy. Po lekcji, zszokowana (całe zajęcia nie mogłam się skupić) podeszłam do nauczycielki i pytam, o co chodzi. A ona do mnie, że ją oszukałam, że mój numer miał przynieść zeszyt. To ja jej pospiesznie tłumaczę, jak ja to zrozumiałam i mówię, że przecież głupia nie jestem i specjalnie bym się nie wkopała oddając puste ćwiczenia - szczególnie, że zadanie w zeszycie miałam. Poprosiła mnie więc o zeszyt. Oczywiście zadanie było, myślałam, że to jakoś załagodzi sprawę, jedynka zostanie cofnięta itp. itd. Ale nie! Tym razem nauczycielka "czepiła się", że podkreślam tematy, robię szlaczki między lekcjami i czasem maluję na marginesach kwiatki.
Tym sposobem, dostałam nie tylko pałę za brak zadania i rzekome kłamstwo, ale także uwagę do dziennika, że jestem opryskliwa w stosunku do nauczyciela i cenną radę, że jeśli chcę cokolwiek rysować w zeszycie od JEJ przedmiotu, to tylko sierp i młot.
Chyba mi jakoś to utkwiło w głowie, bo skończyłam potem filologię rosyjską.
Byłam dzisiaj w Lidlu na zakupach. Gdy zastanawiałam się co jeszcze dołożyć do koszyka, moją uwagę zwrócił mały, ok. 4-5-letni chłopczyk. Podszedł do lodówek, do tzw klusek na parze czy pampuchów, zaczął je ściskać w ręce i krzyknął do swojej mamy: "Mamo, patrz, to jest jak twoje cycki!".
Miałam wtedy piętnaście lat, trzecia klasa gimnazjum. Za chwilę miał być koniec roku szkolnego więc postanowiłam się skupić na przedmiotach typu język polski czy matematyka, lekcję techniki olewałam. Olewałam ją jednak nie tylko dlatego, że miałam ważniejsze przedmioty, ale przede wszystkim dlatego, że zawsze mnie ten przedmiot wkurzał. Nie lubiłam szyć, robić sałatek, albo budować mebli z kartoników od zapałek. Strasznie mnie to nudziło.
Była kolejna lekcja techniki, ja i parę innych osób nie przynieśliśmy jakichś tam robotów, które mieliśmy w domu zrobić. Muszę jeszcze dodać, że nasza nauczycielka nie była zbyt rozgarniętym człowiekiem i łatwo dało się jej wcisnąć jakiś kit.
Wracając do temu... Nie przyniosłam robota i musiałam wymyślić jakie kłamstwo tym razem jej pocisnąć, żeby nie dostać jedynki. Myślę, myślę aż tu nagle olśnienie! Z tyłu klasy stała meblościanka z robotami zrobionymi parę lat temu przez uczniów. Wzięłam najładniejszego robota, moja koleżanka też i poszłyśmy po oceny. Ja dostałam piątkę plus.
Szczęśliwa, że znów mi się udało dostać dobrą ocenę bez robienia niczego usiadłam w ławce zaraz przy biurku, gdzie nauczycielka oceniała pracę innych uczniów. Czekałam na informację o ocenie koleżanki. Byłam pewna, że skoro mi się udało to jej też musi. Podeszła więc do biurka, daje "swojego" robota, pani patrzy na nią, ona na panią. Chwila ciszy i nagle nauczycielka mówi:
- Przecież tego robota w tamtym roku zrobił mój syn.
Mina koleżanki była bezcenna.
Dodaj anonimowe wyznanie