Mieszkam na obrzeżach Warszawy. Sytuacja miała miejsce 8 lat temu. Jako zadowolona uczennica klasy 2 szkoły podstawowej, z wielkim plecakiem, dwoma warkoczami i kluczami dyndającymi na szyi dumnie maszerowałam że szkoły do domu. Odcinek że szkoły do domu to ok 3 km.
W pewnym momencie zauważyłam, że jakiś samochód zaczyna zwalniać i jakby "jechać razem ze mną". Nagle auto zatrzymało się, a sympatycznie wyglądający pan ze środka zapytał mnie, czy nie chcę może podwózki do domu. Ja (porządnie wychowana przez rodziców) grzecznie odmówiłam i poszłam dalej.
Taka sama sytuacja się powtórzyła jeszcze dwa razy, ale za trzecim razem (kiedy to facet po raz czwarty się zapytał o to samo i usłyszał znów od młodej smarkuli "nie dziękuję, mam blisko do domu, sama dojdę") chyba się trochę wściekł, bo na początku mnie obśmiał, mówiąc że co, że pewnie myślę że coś mi zrobi, ale on chce tylko mnie do domu podwieźć. Później chciał mi wcisnąć jakiegoś "cukiereczka", a kiedy już się totalnie poddał wysiadł, złapał mnie za ramiona i powiedział cytuję (chyba zapamiętam te słowa do końca życia) "wsiądziesz do tego auta czy mam cię sam tam wcisnąć?".
Ja już totalnie przestraszona szybko się wyślizgnęłam (przyznam byłam dość zwinnym dzieckiem) i cała w łzach i zasmarkanym nosem zaczęłam uciekać. Dzięki Bogu spotkałam jakąś panią na podwórku i poprosiłam ją aby mnie podwiozła do domu. Ona litując się nad biednym dzieckiem szybko mnie podrzuciła do rodziców, a ja cała w amoku jak najszybciej chciałam zapomnieć o całej sytuacji.
Piszę to wyznanie, nie dlatego żeby się chwalić, ale patrząc z perspektywy 8 lat chcę podziękować rodzicom, bo to wszystko ich zasługa, że mnie tak wychowali oraz żeby wszystkich ostrzec, że takie sytuacje nie dzieją się gdzieś daleko w Stanach ale również tu, w Polsce, w Warszawie. Warto uczyć asertywności dzieci już od małego!
PS. Do dziś każdy facet w aucie wydaje mi się podejrzany ;)
Ponoć obrona pracy magisterskiej to tylko "formalność". U mnie było tak, że na sali tylko mój promotor i ja mieliśmy pojęcie, o czym rozmawiamy. Pozostali "komisjanci" szczerze się nudzili. Po paru wymianach wielce-poważnych-rozważań-na-temat-jakże-ważny-zawarty-w-pracy ożywił się nieco przewodniczący komisji, którym był nie kto inny, tylko sam Rektor Uczelni. Postanowił zadać pytanie "takie na koniec":
- Widzę u pana, w wykazie skrótów, taki skrót "BL" - co to takiego?
Niewiele myśląc, rzucam szybko:
- To jest "to i to" (już nie pamiętam co to było ;-) )
- No dobrze, a pamięta pan może, gdzie to jest wydawane? - drąży Jego Magnificencja Pan Rektor.
"Zabij mnie, a nie pamiętam" - myślę i widzę, że mój promotor, człowiek z dużym poczuciem humoru, nagle spochmurniał i wbił we mnie wzrok. Pozostali członkowie komisji, jakby też się ożywili. "Nie jest dobrze" - myślę i w panice szukam w przepaściach umysłu, gdzież to cudo mogłoby być wydawane.
- Hmmmm... brzmi tak trochę jakby po włosku, to może w Rzymie??? - pytam z nadzieją w głosie. I nagle widzę, że mój Promotor dosłownie schował się pod ławkę i parsknął śmiechem, a pozostali ledwo się od tego powstrzymali. Natomiast pan rektor Przewodniczący ze stoickim spokojem wbija we mnie wzrok. No więc ja na ten wzrok odpowiadam nieśmiało:
- Nie w Rzymie?
- Nie. Nie w Rzymie - podpowiada rektor, a widząc, że nie mam zamiaru szukać innych opcji, dodał bardzo powoli:
- Tak się składa, że nie w Rzymie, tylko tu, w Warszawie, a ja jestem redaktorem naczelnym...
Po dłuższej chwili ciszy, trwającej niczym wieczność, zaliczyłem jednakowoż obronę, ale miny komisji pamiętam do dziś :)
Rodzice od zawsze grzebali mnie i rodzeństwu w rzeczach. Czytanie smsów, sprawdzanie kieszeni było normą. Gdy rok temu włamali mi się do laptopa, który od nich dostałam wściekli się, że jestem na nich zła, "bo był przecież kupiony za ich pieniądze, więc nie jest mój". Chyba nie dziwne, że wyjechałam na studia i nie chciałam dłużej mieszkać w rodzinnym mieście. Po ich skończeniu przeprowadziłam się jeszcze dalej - tego nikt mi nie mógł zabronić, sama na to zarobiłam.
Od kilku miesięcy wynajmuję kawalerkę. Jest maleńka i lekko zajeżdża PRL-em ale nie muszę już tak paranoicznie dbać o prywatność jak ma to miejsce w kołchozach zwanymi stancjami, gdzie na kupie mieszkają przypadkowi ludzie. Wolę odpuścić lepsze zakupy, ale mieć swoją oazę.
W czym problem? Rodzicom dla świętego spokoju powiedziałam, że mieszkam z jakąś obcą dziewczyną z ogłoszenia, a mama właśnie zapowiedziała, że do mnie przyjedzie. Oczywiście wymyśliła mocno naciągany powód dla którego musi u mnie nocować. Byłam zdziwiona i zaczęłam tłumaczyć, że obiektywnie nie jest to najlepszy pomysł.
Teraz słucham wyrzutów, że jestem niewdzięczną córką, dystansuję się od rodziny, a tak poza tym to na pewno mieszkam z facetem i dlatego nie chcę zaprosić mamy.
Brak mi słów. Nie wiem tylko czy to ja jestem nienormalna - dorosła pracująca kobieta, która ukrywa przed rodzicami gdzie dokładnie mieszka, czy rodzina, która na każdym kroku szpieguje dorosłe już dzieci i ma o wszystko pretensje.
W okresie przedświątecznym prowadzona jest corocznie akcja Szlachetna Paczka. Dzieci w szkole przyłączają się do akcji. Jedne zbierają słodycze, inne materiały szkolne, a jeszcze inne pieniądze. Mój syn, który ma 10 lat, wraz z klasą zbierał pieniądze.
Syn na koncie, które mu założyłam, oszczędności które sobie składa od dłuższego czasu. Któregoś dnia przyszedł i mówi: "Mamo chciałbym wypłacić ze swojego konta 200 zł". Pytam na co mu one. Jego odpowiedź mnie zadziwiła i to bardzo: "Chciałbym te pieniądze dać tej biednej rodzinie". Z jednej strony mnie zaskoczył, a z drugiej cieszę się, że wychowałam tak mądrego chłopaka, który jest wrażliwy na ludzkie cierpienie.
Historia wydarzyła się kilka ładnych lat temu, gdy miałam około 8 lat. Byłyśmy z mamą wtedy na wakacjach u cioci w Krakowie. Dostałyśmy własny pokój z wielkim łóżkiem, a nad nim było okno dachowe.
Moja mama uwielbia czytać. Gdy byłyśmy tam, czytała akurat opowieść o dziewczynce, której zmarła mama, a ojciec znalazł nową kobietę. Mężczyzna często wyjeżdżał ze względu na swoją pracą, a macocha, która nienawidziła dziewczynki, nie dbała o nią. Pewnego zimowego dnia wystawiła ją na dwór i nie wpuszczała z powrotem do domu. Dziewczynka chodziła do sąsiadów, pukała do okien jednak nic z tego. Nikt jej nie pomógł, dziewczynka zamarzła. Ja oczywiście wtedy fabuły tej książki nie znałam.
I tu dochodzimy do mojej historii. Pewnej nocy obudziłam się (chwilkę po tym jak mama skończyła czytać tę właśnie książkę) i poszłam do toalety. Kiedy wróciłam podobno zaczęłam majstrować coś przy oknie. Wtedy między mną a mamą wywiązał się taki dialog:
M: Kochanie, co robisz? Wracaj spać...
J: Ale mamusiu, dziewczynce jest zimno. Musimy jej pomóc, musimy ją wpuścić!
Ja z całej tej historii pamiętam tylko, że wychodziłam w nocy do toalety. Moja mama zawsze gdy to opowiada ma ciarki i utrzymuje, że to było jedno z najgorszych przeżyć w jej życiu...
Ostatnio moja dziewczyna podeszła do mnie z pytaniem, czy ogolę jej plecy. Śmiałem się tak długo, dopóki nie podała mi maszynki.
Ostatnio rodzice dowiedzieli się, że palę papierosy. Jednak zupełnie odmiennie to odebrali.
Mama: Trujesz się, kasę tracisz, itd., itp..
Tata: Tyle razy mi się papierosy kończyły i musiałem specjalnie do sklepu jeździć. Mogłeś się podzielić...
Sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Wracałem nocą z baru muzycznego, ogólnie ubieram się na czarno, mam bródkę i długie, gęste, średnio kręcone włosy. Przechodząc między ciemnymi uliczkami natknąłem się na grupkę meneli, którzy widząc mnie odezwali się mówiąc:
Menele: Chłopak czy dziewczyna?
Ja: A widzieli panowie kiedyś dziewczynę z zarostem na twarzy?
Menele: Nie takie potwory się już w życiu widziało!
Po czym przepuścili mnie uprzejmie, proponując przy tym łyczka taniego wina z Biedronki (odmówiłem).
Sytuacja zdarzyła się w kwietniu tego roku. Byłem wówczas uczniem 1 klasy liceum, jestem trochę leniwy lecz nie mam większych problemów z nauką oprócz... chemii. Nie cierpię tego przedmiotu, nie rozumiem go, ale to pewnie przez to, że nawet się nie staram. Nie ciekawi mnie nawet w najmniejszym stopniu, a moja nauczycielka jest wręcz okropna, a do tego ruda, więc ocen nie miałem zbyt dobrych.
Pamiętam ten dzień jak dziś. To był czwartek. Po 9 godzinach spędzonych w szkole byłem zmęczony, do czego dochodziło zdenerwowanie, bo dostałem jedynkę z chemii. Wracałem do domu autobusem z kolegą (nie chodzimy do tej samej szkoły), opowiadając mu o moich perypetiach chemicznych. Jak już napisałem, byłem dość zdenerwowany więc kiedy nadszedł moment, w którym miałem krótko opisać nauczycielkę od chemii, z moich ust padło trochę niemiłych słów określających ową panią. Na koniec dodałem: "Jak tak dalej pójdzie to nie zdam!".
Po czym słyszę głos dobiegający zza moich pleców: "Też tak uważam". Zgadnijcie kto tam siedział...
Mam 20 lat, niedługo wychodzę za mąż. Wszyscy - nawet znajomy ksiądz - myślą, że wpadliśmy. Wychodzi na to, że młodzi ludzie nie mogą już wziąć ślubu z miłości.
Dodaj anonimowe wyznanie