#a9H7R

Miałam może wtedy 15-16 lat, coś koło tego. Mieszkałam w bloku gdzie wszyscy sąsiedzi dość dobrze się znali. Pewnego dnia zmarł jeden z sąsiadów. Kilka dni po tym smutnym wydarzeniu wracając z wieczornego spaceru z psem patrzę, a przed wejściem do bloku stoi "nieboszczyk sąsiad" elegancko ubrany na czarno, płaszcz, na głowie kapelusz. Gdy tylko go zobaczyłam wpadłam w histerię, zaczęłam krzyczeć i uciekać, drzwiami od klatki trzasnęłam mu przed nosem żeby mnie tylko nie dogonił, bałam się strasznie. Nikomu o tym nie mówiłam w sumie z obawy by nie wzięto mnie za nienormalną jakąś, czy coś. Tak dusiłam to w sobie i bałam się wychodzić z domu po zmroku przez kilka kolejnych dni. Aż do dnia w którym spotkałam wdowę po sąsiedzie. Krótka rozmowa podczas spaceru z psami i od słowa do słowa dowiedziałam się, że jej mąż miał brata bliźniaka który mieszka na co dzień za granicą. Normalnie kamień z serca mi spadł... aż do chwili kiedy uświadomiłam sobie na jaką idiotkę musiałam wyjść przed tym człowiekiem gdy tak panicznie przed nim uciekałam.

#gfQP8

W wieku około 14 lat miałam operację kolana. Znieczulono mnie od kręgosłupa w dół, więc widziałam i słyszałam wszystko, co działo się na sali. Po pewnym czasie jednak usnęłam. Wtedy myślałam, że z nudów, dziś wiem, że była to zasługa leków nasennych. 

Gdy obudziłam na koniec zabiegu, zauważyłam nogę zawieszoną na jakichś linach, stabilizatorach, ułożoną niemal pionowo. Ponieważ nic nie czułam, widok ten trochę mnie przestraszył i ze zgrozą w głosie zapytałam pielęgniarki: "Przepraszam, czy to moja noga?". Pielęgniarka ze śmiechem, ale bardzo serdecznie odpowiedziała, że bez wątpliwości ta noga należy do mnie. Wtedy ja, jeszcze bardziej przerażona zapytałam: "A gdzie jest druga?!".

Dopiero następnego dnia odzyskałam pełne czucie i wtedy uwierzyłam, że nogi są dwie.

#daPkH

Gram w szkolnej drużynie siatkówki, a więc chodzę na treningi. Na trening może przyjść każdy, dlatego gramy również z chłopakami. Na ostatnim treningu odbijam sobie piłkę, kiedy podchodzi do mnie kolega i mówi z całkiem poważną miną: "Twoje łokcie wyglądają seksownie, kiedy odbijasz piłkę". Po czym odwrócił się i poszedł. Nie mogłam odbijać dalej piłki ze śmiechu ;)

#LmZOr

Pewien czas temu zapytałam mojego kolegi, czy mam u niego jakieś szanse. Niestety powiedział, że jest zakochany w mojej koleżance. Znam go od 8 lat, a od 2 kocham. Nie powiem, zabolało, ale zamiast się dołować, postanowiłam zrobić coś lepszego. Pogadałam z koleżanką na jego temat i wyszło, że on również się jej podoba. Połączyłam ich ze sobą. Może i ja nie jestem z tego powodu szczęśliwsza, ale przynajmniej wiem że ktoś, kogo kocham, jest.

#IK2Rx

Moja siostra od dziecka lubiła zabawy na dworze. Gdy miała kilka lat, cztery bądź pięć, była prawdziwym rowerowym rajdowcem i ze swoim rowerkiem nie rozstawała nawet na chwilę. Niestety, któregoś razu przewróciła się i wypadek okazał się na tyle poważny, że ranę na główce trzeba było szyć. Kiedy mała miała już głowę całą w bandażach, lekarze, chcąc ją zagadać, zapytali: "I co teraz będziesz robić, gdy wrócisz do domku?". Moja siostra odpowiedziała: "No jak to cio... Źjem źupę i idę na lowel!" :-)

#gkJ2P

Pamiętacie swoją pierwszą, wielką, nieszczęśliwą dziecięcą miłość? Ja tak. Przytrafiła mi się w przedszkolu, kiedy miałam 3-4 lata. Do naszej grupy dołączył nowy chłopiec, Krystian. Zauroczyło mnie w nim wszystko - od obciętych "na garnek" włosów, aż po same nogawki ogrodniczek. Przez pierwsze kilka dni starałam się bawić obok niego, jednak wiadomo - chłopcy nie bardzo chcieli się bawić z dziewczynkami. Jednak w końcu nadarzyła się okazja do lepszego zapoznania obiektu moich małoletnich westchnień! Tak długo kombinowałam, aż udało mi się dostać na leżakowaniu miejsce obok NIEGO. Mission completed, zaczęliśmy rozmawiać. Byłam cała rozpromieniona i zachwycona, ale niestety nieświadoma tego, że niewątpliwy urok i czar tej sytuacji miał zaraz prysnąć.
- Chcesz gumę do żucia? - zapytał mój ukochany.
- Tak - odpowiedziałam uradowana, wszak jak każdy dzieciak, bardzo lubiłam gumę.
W tym momencie Krystian wypluł gumę, którą żuł i wyciągnął w moją stronę swoją dziecięcą piąstkę, w której ściskał ten przeżuty skarb. Chyba zobaczył na mojej twarzy wyraz bezbrzeżnego zaskoczenia i obrzydzenia, bo szybko zapytał:
- Nie lubisz takiej z buzi? - w jego głosie słychać było rozczarowanie.
- Nie!
- A moja mama taką lubi...
W tym właśnie momencie moje pierwsze zauroczenie umarło.

#GfVme

Jestem w klasie maturalnej, warto zaznaczyć, że jest to klasa humanistyczna, a moim wychowawcą jest nauczyciel historii. Niedawno siedzieliśmy na lekcji historii. Wiedzieliśmy, że będzie kartkówka, więc wszyscy mieli przygotowane nabazgrane w pośpiechu ściągi lub telefony na ławkach. Ja korzystałam z tego drugiego, a kiedy zaczął się do mnie zbliżać nauczyciel, spanikowana zrzuciłam telefon na kolana. Ale kiedy psor praktycznie nade mną zawisnął, schowałam telefon pod sukienkę nawet na niego nie patrząc, dumna z siebie, że wszystko zgrabnie zatuszowałam. Ale nie. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła czegoś głupiego. Nauczyciel pochyla się nade mną, pod różnymi kątami, przygląda mi się, mruży oczy, jakby im nie dowierzał i po chwili pada pytanie:
- A pani to ma świecące majtki?
Tak więc, nowa kolekcja świecących majtek 99,99, tylko teraz w promocji! Polecam każdej szóstkowej uczennicy.

#9DyX2

Musiałam poczekać chwilę na osobę, z którą byłam umówiona, a żeby nie marznąć wstąpiłam do McDonalds. Kiedy tak czekałam niedaleko mnie usiadła całkiem sympatyczna rodzinka - rodzice z dwójką dzieciaczków, chłopcem i dziewczynką. Dla dzieci zamówili happy meale. Jak wiadomo, w takim zestawie oprócz fastfoodów znajduje się jeszcze jabłko. Dzieciaczki otwierają opakowania i chłopczyk pierwsze co to wyciągnął owoc i tak się cieszył na jego widok... Od razu zaczął się nim zajadać, aż przyjemnie patrzyło się na radość dzieciaczka. A co zrobiła jego mama? Zabrała mu to jabłko... Powiedziała, że ma tego nie jeść i żeby wziął się za jedzenie hamburgera. Dawno nie byłam w takim szoku. Mały ewidentnie nie był pocieszony z nakazu mamy...

#eos6O

Czytając tutaj przeróżne wyznania na temat strachów z dzieciństwa przypomniałam sobie mój lęk, którym było nic innego jak... pianino. Tak dokładnie, zwykły instrument był źródłem moich koszmarów. Wszystko zaczęło się, gdy oglądałam pewien odcinek znanej wszystkim bajki o tytule "Tom i Jerry", gdzie pojawiła się scena, kiedy to Jerry zrzucił na Toma ze schodów właśnie ten ogromny instrument klawiszowy i biedny kotek przez to umarł, a następnie poszedł do kociego nieba (później to został zesłany znowu na ziemię, ale to już wówczas nie miało dla mnie znaczenia). Uwielbiałam tę bajkę, a zawsze jak ją oglądałam, trzymałam kciuki za Toma.

Wracając do historii. Przez następne parę miesięcy okropnie histeryzowałam, gdy słyszałam dźwięk pianina. Dopiero po wielu próbach tłumaczenia rodzice uświadomili mi, że ten instrument nie jest groźny.

Zakończę więc typowym dla Anonimowych zakończeniem - jesteśmy już od ośmiu lat razem - ponieważ tyle już gram na pianinie :)

#k8pt3

Kilka lat temu, na początku wakacji poprzedzających rozpoczęcie nauki w liceum mieliśmy z bliskimi przeprowadzić się na wieś na prawie drugi koniec Polski (przez pracę taty). Z powodu komplikacji przeprowadzka opóźniła się o kilka miesięcy. Dopiero pod koniec ferii nareszcie byliśmy "rozpakowani" już w nowym lokum.

Liceum znajdowało się w oddalonym o kilkanaście km mieście. Z braku czasu na zaznajomienie się, nie wiedziałam jak ono wygląda, nie znałam miasta, niczego i nikogo. Wiedziałam tylko mniej więcej jak mam tam dotrzeć. I tu zaczyna się moja historia.

Wysiadam z busa, lekko zdezorientowana bo z tego całego stresu zapomniałam trasy dotarcia do szkoły. Muszę wspomnieć, że byłam wtedy niemalże chorobliwie nieśmiała. Postanowiłam, że w takim razie pójdę za grupką ludzi wyglądających na moich rówieśników, szkół niewiele bo i miasteczko nie duże, mój plan na pewno wypali.

Podniesiona na duchu wędruję za ową grupką, w końcu - jest! Dotarłam! Pełno ludzi w moim wieku, to musi być to. Zadowolona wkraczam w progi nowej, dużej szkoły, i tu pojawia się kolejny problem, gdzie mam lekcje? Po wielu trudach znalazłam swoją klasę, 1b, jaka ulga!

Początek lekcji, matematyka, ale coś mi nie gra. Mogłam zapomnieć trasy do szkoły, ale na pewno moją pierwszą lekcją miała być biologia. No cóż, może coś się zmieniło. Po pewnym czasie przyszła kolej na sprawdzenie obecności. Koniec listy, a moje nazwisko wciąż nie wyczytane, więc niepewnie mówię nauczycielce, że chyba mnie pominęła. Okazuje się, że nie ma mnie na liście. Po chwili konsternacji wszystko stało się jasne.
- Przepraszam, a jaka to szkoła? - wypaliłam paląc chyba największego buraka w życiu.

Tak, pomyliłam szkoły. Od tej pory jeśli nie jestem czegoś pewna, zawsze pytam. Okazało się, że to wcale nie boli. :)
Dodaj anonimowe wyznanie