Po miesiącu znajomości z moim chłopakiem poszliśmy do baru ze znajomymi. On nigdy nie palił i było mu to obce. Ja lubię zapalić od czasu do czasu. Koleżanka poczęstowała mnie fajką. Z racji że było już późno, to byliśmy już trochę pijani, nie kontrolowaliśmy, co mówimy i robimy. Chłopak rozpłakał się na widok mnie z papierosem i powiedział: "Będziesz matką moich dzieci i nie możesz palić!". Ja zaczęłam się śmiać i uznałam go za durnia.
Teraz faktycznie jest moim mężem i mamy 2-letnią córeczkę. ;)
Mój tata jest człowiekiem posiadającym dość specyficzne poczucie humoru. Powiedziałabym nawet, że jest człowiekiem o totalnym braku poczucia humoru. Jest tylko jedna rzecz, która go śmieszy - ja.
Dostałam się do młodzieżowej rady gminy i w pewien piątek miało się odbyć nasze pierwsze spotkanie zapoznawcze. Dzień przed byłam bardzo zestresowana i bałam się, że zaśpię na owo wydarzenie. Poprosiłam tatę, by obudził mnie pół godziny szybciej niż zwykle, bo musiałam sobie jeszcze wyprasować sukienkę. Wywiązał się między nami taki dialog:
- O 7:30 ci starczy. Wyrobisz się.
- Tato! Nie wyrobię się. Proszę, obudź mnie o siódmej. Muszę sobie wprasować ciuchy. Jadę tam pierwszy raz, nie chcę wyglądać jak debil.
- Oj, Ania! Nie przesadzaj!
- No nie przesadzam! Po prostu nie chcę wyglądać jak debil!
- Nie przesadzaj.. To są tylko ubrania. Cudu nie zdziałają.
Kilka dni temu odwiedził mnie policjant, pytając o pewną kobietę mieszkającą z dziećmi dwa piętra niżej. Jestem na tym mieszkaniu od niedawna i nie widuję tej sąsiadki zbyt często, ale od jakiegoś czasu słyszałam krzyki i awantury dochodzące z jej mieszkania kiedy np. wracałam z zakupów. Bez wahania powiedziałam dzielnicowemu, że nie jestem pewna, czy dochodzi do bójek i czy dzieci są w jakikolwiek sposób atakowane, ale nikt normalny nie powinien się tak wydzierać.
Kiedy opowiedziałam o tym znajomej, zrugała mnie za to, że przeze mnie dzieci mogą zostać odebrane i trafią do domu dziecka.
Zaskoczyło mnie to, dlaczego? Bo nie wyobrażam sobie postąpić inaczej i dlatego że znajoma doskonale wie, jakie piekło ja przechodziłam w zasadzie odkąd pamiętam aż do ukończenia pełnoletności. Jestem ofiarą przemocy domowej od strony rodzica i mimo że od kilku lat nie mieszkam już w domu rodzinnym, to nadal pewne lęki i nawyki we mnie siedzą i bywają momenty, że wychodzą na wierzch. Wtedy nikt nie reagował na płacz i przeraźliwy krzyk, a przecież ktoś mógłby, sąsiedzi mogli sięgnąć po telefon i zadzwonić na policję, ale woleli siedzieć cicho. Kto wie, czy interwencja policji nie pomogłaby rodzicowi ochłonąć i zastanowić nad tym, co robi, kiedy zawisłoby nad nim widmo, że dziecko zostanie odebrane.
Ktoś zapyta, dlaczego sama nie szukałam pomocy i sama tego nie zgłosiłam? Głównie przez to, że dałam sobie wmówić, że tak musi być, przez to, że inni kazali siedzieć cicho. Przez to, że byłam przestraszoną dziewczynką, która dopiero później nabrała odwagi, żeby się bronić. Dlaczego nie dzwoniłam po policję? Spróbujcie sięgnąć po telefon, kiedy jesteście w zasadzie ledwo żywi i ktoś stopą przyciska waszą twarz do ziemi.
Nie mówię, że dom dziecka czy inny tego typu ośrodek to dobre wyjście, szczególnie że dziecko tak ślepo kocha rodziców, że znosi wszelkie krzywdy i będzie je znosić byleby nie zostało od nich odsunięte. Niemniej jednak wierzę, że czasem ta interwencja i widmo odebrania dziecka potrafi wpłynąć na oprawcę i być może zastanowi się nad tym, co robi. Może zauważy, że przez swoje zachowanie skazuje dziecko na niesamowite cierpienie i zechce się zmienić.
Zresztą to odnosi się nie tylko do dzieci, ale i do wszystkich. Nie bądźcie obojętni i nie zakładajcie słuchawek, kiedy słyszycie, że komuś za ścianą dzieje się krzywda.
Dzisiaj moja mama musiała zostać dłużej w pracy - awaryjna sytuacja. Tata zrobił sobie kawę i obejrzał w TV odcinek jej ulubionego serialu (którego normalnie na pewno by nie oglądał) i teraz słyszę, jak jej zdaje relację, co się dzisiaj wydarzyło. Dobrane małżeństwo, od 22 lat :)
W 4 klasie szkoły średniej mamy chłopaka, który się odchudza. Ma specjalną dietę. Nie jest gruby, ale po prostu chce schudnąć. Jest również z nami koleżanka. Niska, płaska i sukowata. Ostatnio postanowiła chamsko skomentować jego odchudzanie się. Na co on niewiele myśląc stwierdził: "Ja schudnę, ale ty z cyckami już nic nie zrobisz".
Nigdy nie miałam wysokiej samooceny. Pamiętam, że jako 5-latka stawałam przed lustrem i myślałam sobie: "Jaka ja jestem brzydka... no, ale jak podrosnę, to na pewno wyładnieję!". I wiecie co?!
Nie wyładniałam.
Niedziela godzina 5.45. Wracałem z przyjaciółmi z całonocnej imprezy. Zauważyliśmy jak kilku panów rozkłada karuzelę. Nie zastanawiając się zbyt długo, zatrzymaliśmy się. Gdy skończyliśmy, podeszliśmy do panów i zapytaliśmy się, czy możemy raz przejechać się na tej karuzeli. Jako, że byliśmy pod wpływem dużej ilości alkoholu, humor bardzo nam dopisywał. Operator karuzeli nie był zbytnio chętny, ale przekonaliśmy go. Po pierwszym razie oczywiście namówiliśmy go na 2,3,4 raz... Inni panowie poszli, a nasz operator karuzeli niestety... przysnął.
Ludzie, którzy szli rano do kościoła, mieli bardzo ciekawe widoki. Pięciu chłopaków zarzyganych od stóp do głów, kręcących się na karuzeli.
Od miesiąca mam nowego współlokatora. Chłopak dużo młodszy ode mnie, ale bardzo dobrze się dogadujemy, w związku z czym dużo czasu spędzamy na rozmowach, wspólnym gotowaniu, itp.
Kilka dni temu Tomek niesamowicie mnie zaskoczył. Siedzieliśmy sobie jak zwykle u mnie w pokoju i popijaliśmy piwka. Jako, że było już dosyć późno, postanowiłam, że czas najwyższy pójść spać. Zgasiłam więc światło i położyłam się do łóżka, natomiast Tomek zapytał, czy może jeszcze wyjść na balkon zapalić. Zgodziłam się. Tomek wyszedł na papierosa, a ja tylko przyłożyłam głowę do poduszki i od razu zasnęłam.
Nagle w półśnie uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Delikatnie otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Tomek siedzi obok mnie i trzyma mnie za rękę! Nie wiedziałam, co zrobić, byłam w zbyt dużym szoku, bo on nigdy jak dotąd nie przejawiał żadnych oznak zainteresowania moją osobą. Leżałam więc bez ruchu udając, że śpię. W końcu Tomek pocałował mnie w czoło, wyszeptał "dobranoc", okrył mnie kołdrą i wyszedł.
Na drugi dzień nie wiedziałam, czy powinnam z nim o tym porozmawiać, czy udawać, że o niczym nie wiem. W końcu zdecydowałam się na rozmowę. Na moje pytanie, co to wszystko miało znaczyć, powiedział, że pamięta, jak jakiś czas temu mu powiedziałam, że jak byłam mała, to zanim zasnęłam, któryś z rodziców obowiązkowo musiał mnie trzymać za rękę, bo inaczej nie mogłam zasnąć i że on myślał, że do dziś mi tak zostało... Łezka w oku mi się zakręciła. Niby taki mały gest, a rozłożył mnie na łopatki...
Dlaczego o tym piszę? Otóż gdy Tomek przyszedł pierwszy raz oglądać pokój do wynajęcia, to delikatnie mówiąc, trochę się go wystraszyłam. Nie wyglądał na grzecznego chłopca, a wręcz przeciwnie - zapewne jakbym go spotkała na ulicy, to przeszłabym na wszelki wypadek na drugą stronę. Gdy ze sobą zaczęliśmy rozmawiać, coś mi podpowiedziało, żeby mu ten pokój wynająć. I dobrze zrobiłam, bo Tomek jest najlepszym współlokatorem, jakiego dotąd miałam.
Dlatego zanim kogoś ocenimy, starajmy się go poznać bliżej, bo pozory naprawdę bardzo często mylą...
Dzień moich piętnastych urodzin. Razem z przyjaciółką wracałyśmy przez całe miasto z miejskiej plaży wraz z naszym kolegą, który mieszka niedaleko mnie. Zaczęliśmy rozmawiać o jego zwierzętach. Ma ślicznego psa labradora oraz rudego kota, którego pies szczerze nie znosił. Na jego szczęście kot od dwóch dni nie wracał do domu, co niezbyt go zasmuciło. Zmartwiłam się tym faktem, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że samotne koty nie kończą dobrze. Odprowadziłyśmy kolegę i szczęśliwe poszłyśmy do domu.
Dwie ulice dalej na płocie przypadkowego domu siedział identyczny kot. Rudy, Taki sam jak opisywał kolega. Biała latka na czubku głowy i czarny ogon dały nam do zrozumienia, że znalazłyśmy jego zgubę. Klęknęłam i zaczęłam go wołać. Starsza pani z owego ogródka dziwnie się mi przyglądała. Nie zwracałam na to uwagi, byłam dumna, że znalazłam kota przyjaciela. Po kilku sekundach kociak do mnie przyszedł, a ja szybko wzięłam go na ręce i wróciłam się do domu kolegi. Po drodze oczywiście sesja zdjęciowa ze zwierzątkiem. Podchodzę pod dom kolegi i dzwonię, że coś dla niego mam. Czekam parę sekund. Po chwili moim oczom ukazuje się wychodzący kolega z identycznym kotem, jakiego trzymam na rękach.
Nasze spojrzenia się spotykają. Milczymy. Ja wpadam w panikę. Po chwili odezwał się oznajmiając, że jego kot wrócił. A ja jak się okazało zabrałam ukochane zwierzątko niewinnym ludziom...
Chciałbym się podzielić bardzo kompromitującym zdarzeniem z mojego życia, które zapadnie mi w pamięci chyba do końca mojego żywota.
Sytuacja miała miejsce na pierwszym roku studiów, gdy razem ze swoją ukochaną oddawałem się bezpośredniemu wyrażaniu swojego uczucia. Pragnę nadmienić, że sytuacja miała miejsce w mieszkaniu studenckim mojej lubej, w którym są bardzo cienkie ściany, tym samym słychać nawet kichnięcie współlokatorki zza ściany. Pomimo wczesnej pory, głębia namiętności zwyciężyła i podkręcaliśmy tempo, na tyle mocno, że w pewnym momencie pękło pod nami łóżko, deski z łóżka powypadały, a nogi na których stało się połamały. Nie muszę tłumaczyć, że dźwięk pękających desek był bardzo, bardzo donośny.
Niewiele myśląc i wiedząc, że atmosfera rozsypała się niczym produkt z Ikei, chcąc uniknąć konfrontacji ze współlokatorkami, zabrałem manatki i wybiegłem z pokoju.
Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie jak przed drzwiami zobaczyłem dwie zarumienione, chichoczące współlokatorki lubej, uśmiechające się od ucha do ucha, które najzwyczajniej wsłuchiwały się w nasze poczynania, uważając to za znakomitą rozrywkę. Niestety nie uniknąłem kontaktu wzrokowego z jedną z nich, która na odchodne (gdy w podskokach ubierałem buty) rzuciła zawadiacko "podziwiam".
Ogromny wstyd połączony z odrobiną dumy, towarzyszyły mi przez resztę dnia.
Dodaj anonimowe wyznanie