Jestem studentem prawa i 2 lata temu razem z 20 innymi osobami pisaliśmy kolokwium ostatniej szansy z postępowania karnego, żeby móc podejść do czerwcowego egzaminu. Było to już 4 kolokwium poprawkowe, więc doktor powiedziała, że atmosfera podczas pisania będzie bardziej swobodna, żeby dać nam w końcu zdać kpk. Dodała, że nie ma komu zostawić 6-letniej córki do pilnowania, więc weźmie ją ze sobą na egzamin. Wszyscy uradowani, bo skrypty na komórce już się grzeją, a dziecko będzie zajmować panią doktor.
Jednak ta mała diablica była gorsza od profesora, który na egzaminie z historii ustroju robił egzamin w 7 językach. Chodziła po sali, nagle się odwracała i nas pilnowała. Doktor w tym czasie kompletnie się nami nie interesowała, a raczej udawała, że się interesuje, żeby zachować pozory. Wszyscy oczywiście ściągali i nie przejmowali się jej córką. I to był błąd, bo kiedy znowu wszyscy spojrzeli w swoje skrypty na komórkach, to mała to przyuważyła. Podbiegła do pani doktor i wydała z siebie ryk, który pamiętam do dzisiaj:
- MAMOOOOOOOOOOOO! ONI ODGAPIAJĄ!
Doktor zaczęła się dusić ze śmiechu, pokiwała głową i tylko odpowiedziała:
- Dobrze córciu, dobrze.
Na szczęście wszyscy zdali.
Publikacja tej historii to mój osobisty sukces. Czas pokonać demony przeszłości, których nikt nie potrafi zrozumieć.
Kilka lat temu mojemu dziadkowi postawiono diagnozę - nieuleczalny zanik mózgu. Było to rezultatem połączenia lekarstw z nałogiem - alkoholizmem.
Tak zaczął się najgorszy okres w moim dotychczasowym życiu. Dziadek notorycznie wpadał w szał, dosłownie - niszczył, kopał, bił i wyzywał wszystkich dookoła. Uciekał z domu, więc wszystkie wyjścia musiały być pod kluczem. Zaskakujące, ile siły, sprytu i zręczności potrafi mieć prawie 80-letni mężczyzna. Chodziłam podrapana i poobijana, bo pilnowałam, by nic nie stało się mojej babci. Za nią przyjmowałam ciosy. Nie spałam po nocach, nasłuchując stopnia stałej nocnej awantury, ale też i ze strachu - potrafił zabłąkać się nocą do mojego pokoju i mamrotać w drzwiach. Po tym, jak skaleczył mnie niezbyt ostrym nożem i wymachiwał nim na prawo i lewo, przynajmniej jedna osoba musiała przy nim być.
Tak toczyło się to przez prawie 5 lat. W tym czasie plotkowano o naszej rodzinie w całej miejscowości, plotka szybko robiła swoje. Panikowałam, kiedy ktoś miał mnie odwiedzić, miałam, i nadal mam, pełno blizn, w szczególności na prawej ręce, którą blokowałam wszelkie uderzenia. Ci mniej inteligentni sądzą, że się cięłam. W rzeczywistości to ślady po paznokciach dziadka. Skończyło się pół roku temu - jego śmiercią.
Dziś jestem niespełna 17-letnią dziewczyną, ale wlokę spory bagaż doświadczeń. W ciągu tych 5 lat stałam się podejrzliwą, zagubioną, milczącą, a przede wszystkim zamkniętą w sobie dziewczyną. Jestem silna fizycznie, bo musiałam taka być. Nigdy nie płakałam, nie użalałam się nad sobą. Ale po pogrzebie zdałam sobie sprawę, jak mój własny dziadek zniszczył mi życie, te najlepsze lata beztroski. Musiałam dorosnąć, by mój młodszy brat mógł pobyć dzieckiem. Brzmi sztampowo, wiem. Ale taka jest prawda. Rosłam w nienawiści do własnego dziadka i zrezygnowaniu wobec świata. W skrytości ducha cieszyłam się z jego śmierci, podczas gdy wszyscy inni płakali. Ja nie zrobiłam tego ani razu i cieszę się opinią "tej nieczułej smarkuli".
I nie żałuję. Jak tu rozpaczać po kimś, kogo się nienawidziło, kto omal nie wpędził żony do grobu, kto działał na ciebie jak iskra elektryczna? Jestem silniejsza fizycznie, ale psychicznie czasem nie wyrabiam. Miałam zaplanowanych tyle lat na zabawę, uczenie się świata po kolei, ale zabrał mi to jeden człowiek. Nie skończywszy 17 lat czuję się staro, nie wiem, co ze sobą zrobić, co będzie później. Jestem niezaradna. Nie znam świata, jaki znają moi rówieśnicy - pierwszych miłości, ognisk, zabawy. Nie było mnie, kiedy potrzebowali mnie przyjaciele, nie mogło mnie być. Opanował mnie strach przed samotnością.
Boję się przyszłości, której scenariusz napisał mi dziadek.
Grałam ostatnio z moim lubym w Sims 4. Oczywiście nasze postacie zostały parą. Jednak kiedy wyszłam do łazienki, po powrocie zauważyłam, że przyprowadził sobie inną.
Tak, zdradził mnie w grze.
Pracuję w punkcie ksero. Zazwyczaj ruch jest bardzo mały, więc siedzę sobie na zapleczu i wychodzę, kiedy słyszę dzwoneczek otwieranych drzwi.
Pewnego dnia usłyszałam dzwoneczek i nie zdążyłam nawet wyjść z zaplecza, a już poczułam smród papierosów, obrzydliwy smród. Kobieta, która przyszła, podała mi jakieś papiery do skserowania i jak zwykle nie przyglądając się im jakoś szczególnie, zrobiłam ksero. Po tym jak wyszła zauważyłam, że zapomniałam oddać jej oryginał, ale nie udało mi się jej już złapać, więc odłożyłam dokument na biurku i uznałam, że pewnie przyjdzie kiedy się zorientuje.
Z ciekawości spojrzałam na dokument. Był to wypis ze szpitala z rozpoznaniem: rak płuca lewego, naciek nowotworowy tchawicy, aorty, przełyku i odgałęzień tętnicy płucnej, krwioplucie, niedokrwienie serca etc.
Po dokumenty nie przyszła od 8 miesięcy...
Dziewczyna, z którą spotykałem się rok, zerwała ze mną przez Facebooka. Gdy spytałem ją, dlaczego to zrobiła, odpisała: "Już dobrze wiesz dlaczego" i zablokowała mnie.
Do dziś nie wiem dlaczego.
Wychowałam się w bardzo katolickiej rodzinie, a dokładniej wychowywały mnie mama i babcia przesiąknięte religią. Modlitwa codziennie: pacierz rano i wieczorem (rano pół godziny, wieczorem godzina), o 15 koronka, o 17 różaniec, modlitwa przed każdym posiłkiem, codziennie czytanie Biblii (przeczytałam całą trzy razy), jeśli książki i czasopisma, to tylko religijne, o świętych, o papieżu, 24 godziny na dobę w domu leciało Radio Maryja, oprócz tego godzinki, litanie, w maju obowiązkowo majówki, w październiku różaniec, było tego więcej.
Ale najgorzej było na wakacjach. Mieszkałam w malutkiej wsi, mieliśmy kościół, ale nie mieliśmy księży, więc w niedzielę przyjeżdżał ksiądz z sąsiedniej parafii. Za to na wakacje przyjeżdżał ksiądz mieszkający w innym kraju, w odwiedziny do swojej mamy, i codziennie odprawiał mszę w naszym kościele. Musiałam być na każdej mszy, każdego dnia. Msze były o 19, a była to godzina, o której rozkręcała się najlepsza zabawa z dzieciakami na placu obok kościoła. Codziennie za 15 siódma przychodziła po mnie mama i wołała mnie na mszę, dzieci śmiały się ze mnie, a dla mnie było to straszne upokorzenie. Na mszy zazwyczaj był tylko ksiądz oraz ja z mamą i babcią.
Raz się zbuntowałam i powiedziałam, że nie będę chodzić do kościoła w tygodniu, więc nie wolno mi było wychodzić z domu, oglądać telewizji, nikt też nie mógł mnie odwiedzić, poddałam się po kilku dniach.
Dziś jestem dorosłą osobą, mieszkam i pracuję za granicą, od 5 lat nie byłam w kościele i wiem, że z własnej woli nie pójdę tam nigdy (chodzę jedynie na śluby, pogrzeby), dla mnie Bóg i religia nie istnieją, jest to coś, o czym myślę ze wstrętem. Moja mama co tydzień pyta mnie, czy byłam w kościele, odpowiadam twierdząco. Własne dzieci można skrzywdzić na wiele sposobów.
Ta historia miała miejsce kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze małym brzdącem liczącym na oko z 5 lat.
Jak to małe, słodkie dziecko, lubiłam, gdy podczas kąpieli towarzyszył mi któryś z rodziców, a tego wieczoru wypadło akurat na tatę. Rodzicielka robiła wieczorne rytuały przy lustrze, a ja jeszcze niczego nie świadoma wskoczyłam razem z tatą do wanny (rozsiewając wszelkie wątpliwości - do wody wybraliśmy się w majtkach). Długo zastanawiałam się dlaczego tata wstydzi się je zdjąć, ale w ramach buntu również ich nie rozebrałam.
Oddając się kąpieli, podczas nurkowania i smarowania się pianą, jak to ciekawe świata dziecko, bacznie przyglądałam się dolnym częściom ciała mojego towarzysza. Coś mi tam nie pasowało.W pewnym momencie cała przerażona wyskoczyłam z wanny i z krzykiem, który słyszeli zapewne wszyscy sąsiedzi, uciekłam do rodzicielki. Mama stała cała osłupiała i biorąc mnie w matczyne ramiona patrzyła to na mnie, to na tatę oczekując wyjaśnień.
- Mamooo, tata ma kupę w majtkach!!!
Mama prawie płacząc ze śmiechu próbowała wyjaśnić mi, że to nie kupka. Nie wierzyłam jej, a od tego incydentu zaprzestałam też wspólnych kąpieli z rodzicami i wolałam kąpać się w samotności.
PS Teraz już wiem, że to nie była kupa.
Jestem 20-letnią dziewczyną z 3-letnim synkiem. Studiuję, zajmuję się domem, w którym mieszkam z partnerem. Mam sporo znajomych. Moje życie jest normalne, czyli piękne, z wyjątkiem malej rzeczy, z którą nie mogę sobie poradzić. To jest naprawdę mała rzecz, a mianowicie: ślimaki... Tak się ich boję, że potrafię zemdleć na środku miasta. Jeśli mam dobry dzień, to najwyżej stanę jak wryta ze łzami w oczach i będę czekać aż ktoś mi pomoże przejść obok nich. Po deszczu z domu nie wychodzę, bo się boję. W piecu nie napalę, bo boję się, że w drzewie będzie ślimak. Mieszkamy obok pól w miasteczku, ale nie wyjdę z moimi mężczyznami tam na spacer z wiadomego powodu. Moi bliżsi znajomi wiedzą o mojej fobii i to szanują, ale...
Ostatnio pojechaliśmy do rodzinnego domu partnera w odwiedziny. Akurat przyjechała tam też grupka jego dawnych znajomych, których nie miałam okazji poznać. Wyszliśmy wszyscy do pubu na piwko, wracając zobaczyłam naprawdę dorodny okaz tego śmiercionośnego stworzenia, stanęłam i zaczęłam wyć jak wilk do księżyca. Mój luby oczywiście wiedział o co chodzi, wziął mnie na ręce, przeniósł na bezpieczną odległość i postawił na ziemię. Miny ludzi, których dopiero co poznałam, a byli świadkami tej sytuacji, chyba nie muszę opisywać...
Wróciliśmy do domu i synek akurat bawił się z babcią na podwórku (raczej on się bawił, a babcia coś układała). Podchodzę do niego, by dać mu całusa, on cały umorusany w ziemi, otwiera buzię, a tam... Tak. Był w trakcie konsumpcji ślimaka. Ze skorupką. Chciałam uciec, ale zdążyłam się odwrócić i krzyknąć do lubego "Młody je ślimaka" i upadłam. Obudziłam się w szpitalu. Miałam zszytą głowę i złamaną rękę. Musiałam bardzo niefortunnie zemdleć.
Mała błahostka, a tak chwilami rujnuje życie. Przez tę fobię nie mogę pływać z jeziorze (tam mogą również być i o zgrozo! nie widać ich), spacery w plener odpadają itd.
A wszystko przez to, że gdy byłam w podstawówce, pamiętam, że taki chłopak Szymon (końskie zaloty), biegał za mną ze ślimakami. I tak oto przez szczenięcą miłość do końca życia mam zoraną psychikę.
Mam znajomego księdza, który opowiedział mi o swojej wizycie w jednym z mieszkań podczas kolędy. Wszedł do pokoju, wszystko ładnie przygotowane, ale czegoś, a dokładniej kogoś mu tam brakowało. W pomieszczeniu był mały chłopiec ze swoją mamą. Znał tę rodzinę, więc pozwolił sobie zapytać chłopca:
- Maciusiu, a gdzie jest twój tatuś?
Mama wyraźnie poczerwieniała.
Malec niewiele myśląc odpowiedział:
- Proszę księdza, w szafie!
Po czym podszedł do szafy i otworzył ją najszerzej jak mógł. Stał w niej na baczność próbujący się ukryć tatuś. Sytuacja szybko została rozładowana śmiechem.
PS. Jeśli kiedykolwiek będziecie próbowali się ukryć przed księdzem, nie uciekajcie do Narnii, tam też was znajdą! :D
Miałam świetny kontakt z ojcem. Tak, do czasu.
Moi rodzice postanowili się rozwieść. Nie utrzymywałam kontaktu z tatą. Matka tłumaczyła mi, że nie chce on utrzymywać ze mną kontaktu. Przykre. Uważałam, że był on zwykłym draniem.
Kilka dni temu jakimś cudem spotkałam go na ulicy. Spytałam - dlaczego nie chciał mnie znać?! Na co on, zdziwiony... Opowiedział mi, że to moja rodzicielka zabraniała mu rozmów, spotkań ze mną. Nie, on nie kłamał. Matka się do tego przyznała.
Wspólnie staramy się nadrobić stracone lata, wiele ważnych chwil, wydarzeń. A moja mama? Nie wiem, czy jej wybaczę.
Dodaj anonimowe wyznanie