Od kilku lat mieszkam w wieżowcu.
Tydzień temu do sąsiedniego mieszkania wprowadził się student. Miły chłopak. Przyszedł do mnie 5 dni temu i zapytał się, czy nie udostępnię mu dostępu do Wi-Fi, ponieważ musi coś sprawdzić na uczelnię bardzo szybko. Zgodziłem się, bo czemu by nie.
Dwa dni później liczba urządzeń podłączonych do mojej sieci wynosiła aż 61. Stwierdziłem, że coś jest nie tak. Zmieniłem hasło.
Zaczęło się. Co chwila przychodziły do mnie pielgrzymki różnych osób z wieżowca, żeby oznajmić mi jakim jestem chamem, bo zmieniłem hasło.
Na pytanie skierowane do studenta "Dlaczego podałeś innym hasło?", ten stwierdził, że trzeba się dzielić. Co tam, że przy takiej liczbie osób nie da się korzystać z internetu.
Trzeba się dzielić...
Wolny wieczór, a więc z moim chłopakiem postawiliśmy na film, pizzę i przytulaski.
Nagle nachodzi mnie refleksja i pytam:
- Chciałbyś mieć jeszcze jedną dziewczynę? Wiesz, taką, która by ci sprzątała i gotowała...
Ukochany przez moment, wydaje się, to rozważa i odpowiada:
- Chciałbym taką, która by sprzątała i gotowała tobie.
Prawdziwa miłość!
Może ktoś jeszcze pamięta wyznanie o ratowaniu "topielca" przepiórki, pisałem to ja, i dziś też mam wyzwanie o ratowaniu życia... tym razem bez happy endu...
W tamtym wyznaniu było zawarte zdanie ("tak jak w straży ratuje się ludzi"), można się domyślić, że jestem strażakiem w OSP, a dokładnie ratownikiem. Mam 19 lat, na tę pozycję dostałem się po bardzo dobrych znajomościach i po moich idealnie zdawanych kwalifikacjach np. KPP (kwalifikowana pierwsza pomoc), ale to nie o tym mowa...
Siedzę sobie w domu, i jak to w remizach OSP bywa, wyje syrena, dostaje się SMS-y o zdarzeniu (jeśli ktoś podał numer i zgodę na takie powiadomienia), niczym strzała wyleciałem z domu do remizy. Standardowa procedura, nomex, buty i do wozu. Do miejsca zdarzenia nie było daleko, coś koło 15 km. Potem szybkie zabezpieczenie terenu przez pozostałych strażaków, ja na pomoc poszkodowanemu. Stało się coś takiego, że traktor wjechał w motocyklistę gdy ten jechał na głównej drodze, a traktorzysta wyjeżdżał z pola. Kierującemu ciągnik się nic nie stało, o wiele gorzej było z motocyklistą....
Przystępuję do pierwszej pomocy z jeszcze dwoma strażakami, wiadomo, tlen z "gruszki", masaż serca. Od początku reanimacji mija 5, 10, 15 min, do prawie 30 min... Nikt nie pomyślał o przestaniu, aż w końcu przyjechała karetka. Zabrali go do karetki, wiadomo, ratownicy bardziej wykwalifikowani i próbują robić to w karetce. Po kilku minutach wychodzi medyk i mówi, że się nie udało go uratować... A co się działo ze mną, jak się o tym dowiedziałem? Nic. Wróciliśmy po akcji do bazy - nadal nic. Po powrocie do domu? Nic. Nadeszła noc i załamanie... Ryczałem jak bóbr... Czułem się bezradnie i sam się obwiniałem, że zrobiłem coś źle, że to moja wina... Takie coś utrzymywało się przez dobry tydzień i zawsze w nocy. Za dnia zawsze "uśmiechnięty" na pokaz. Myślałem także o odejściu ze służby, ale nie zrobiłem tego, udało mi się ogarnąć i kontynuować swoje działania w straży...
Piszę to teraz, nie po to, by się wyżalić, tylko po to, że już wiem, że nie wolno się obwiniać, skoro robiło się wszystko najlepiej jak się potrafiło, ale niestety, tamtego razu się nie udało... Po tamtym zdarzeniu byłem na niejednej akcji, gdzie pomagałem ludziom i mimo tamtego jednego razu (miejmy nadzieję ostatniego), nie poddaję się i nadal niosę pomoc najlepiej jak potrafię...
Historia ta wydarzyła się jakieś kilkanaście lat temu. Siedzieliśmy sobie całą rodziną w pokoju. Tata tłumaczył bratu co trzeba zrobić, gdy zobaczy człowieka bez ruchu (30 uciśnięć, 2 wdechy itp.). Kochany braciszek stwierdził, że to obrzydliwe i niepotrzebne mu to do niczego.
No cóż, teraz jest ratownikiem medycznym. :)
Siedzenie i czekanie skłania do refleksji i przypominania sobie dziwnych, wesołych, a przede wszystkim żenujących wydarzeń.
Otóż byłem drugiej klasie gimnazjum i zawsze byłem w szkole wcześniej, jednak tym razem byłem już 2 i pół godziny przed pierwszym dzwonkiem. Siedziałem w świetlicy, praktycznie pustej, nie licząc pani opiekunki i czwórki dzieci. Nagle poczułem jakieś parcie w okolicy jelit, pomyślałem, że to normalny "bąk", więc popuściłem i... poczułem przenikliwe zimno. Nie marnując czasu poleciałem jak wicher do toalety i stwierdziłem, że bielizna i spodnie są całe w płynnych ekskrementach. Półtorej godziny zajęło mi doprowadzenie tej katastrofy do jako takiego porządku za pomocą paczki chusteczek, szmaty do podłogi, wody z umywalki i małego antyperspirantu w kulce. Mając jako taką pieluchę, ze łzami z bezsilności postanowiłem wrócić do domu, do którego miałem ok. 7 kilometrów i autobus co 2 godziny.
Tego samego dnia lekarz stwierdził, że mam bakterie w nerkach i przez następny miesiąc dochodziłem do siebie.
Na domiar złego, kiedy wychodziłem ze szkoły, jedna z dziewczyn z mojej klasy zobaczyła mnie i co najgorsze, poczuła. Tak więc tydzień później cała klasa wrzała od plotek, a ja uczyłem się przez dosyć długi czas w domu, choć na szczęście tyłów sobie nie narobiłem, bo łapałem wszystko w lot.
Podsumowując, to jest jedno z moich najgorszych wspomnień, które jak coś złego się dzieje, pomaga mi się ogarnąć i pocieszyć, że nie jest jeszcze tak źle, żeby czyścić bieliznę szmatą do podłogi. :)
Niedziela Palmowa. Kościół pełen ludzi. Ksiądz odczytuje: Ewangelia według św. Łukasza. Nagle z głębi kościoła słychać głos 4-, 5-letniego chłopczyka:
- Tak jak kochanek mamy, prawda, babciu?
Wychowałem się na wsi, zawsze żyłem innymi kategoriami niż inni. Dla mnie wstawanie o 6-7 rano i praca aż do zachodu słońca nie była niczym nadzwyczajnym. Nigdy nie powodziło mi się u płci przeciwnej, mam wrażenie, że dla dziewczyn byłem bardziej zabawką niż obiektem westchnień, czy to lata młodzieńcze czy studia, moja znajomość z kobietą zawsze kończyła się na 3-4 randkach, mimo że każdy powtarzał mi, że jestem człowiekiem do rany przyłóż, kobiety miały mnie w tzw. 4 literach.
Już wtedy miałem swój plan na życie, skończyłem dość ambitne studia, wyjechałem na rok za granicę, nie za pracą, tylko żeby odetchnąć, wróciłem... i najbardziej zawiodłem społeczeństwo, bo postanowiłem przejąć skromne gospodarstwo po rodzicach, każdy powtarzał: jak to, po studiach i na gospodarstwie został, pewnie nieudacznik.
Dzisiaj moje gospodarstwo trochę się rozrosło, dalej jestem sam, nie potrafię zaufać kobiecie po wszystkim tym co przeszedłem, kupiłem rodzicom mieszkanie w mieście, takie jakie zawsze chcieli mieć, i wiecie co? Jestem zadowolony, żyję z dala od wielkomiejskiego zgiełku, widziałem trochę świata, za niczym nie tęsknię, wolę posiedzieć z kawą na tarasie z psem na kolanach i po prostu gapić się w niebo.
Dzisiaj przyjechał do mnie ojciec z matką, po kolacji tata wyjął wódkę i zaczęliśmy sobie na spokojnie rozmawiać, w pewnym momencie rodzice powiedzieli, że są ze mnie dumni, z tego, że zająłem się gospodarstwem i daję zatrudnienie innym ludziom, łza mi w oku stanęła. Pamiętajcie, starajcie się robić to co sami uważacie za słuszne, a nie to co społeczeństwo uważa za najlepsze dla Was!
Pewnego letniego wieczoru wracałam z pracy do domu. Było już ciemno, szłam ulicą, która jest rzadko uczęszczana. W pewnym momencie zauważyłam, że w moją stronę idzie dwóch Sebastianów. Jeden trochę nabuzowany macha rękami, coś drugiemu opowiada.
W chwili kiedy zarejestrowali mnie już wiedziałam, że coś się wydarzy, a na ulicy poza nami nikogo. Mimo wszystko idę twardo dalej, zrównuję się z Sebkami i nagle ten machający rękami robi zamaszysty ruch pięścią w moją stronę. Ja już zaciskam oczy gotowa przyjąć cios na twarz, ale nic się nie dzieje, więc otwieram oczy, a tu przede mną kwiat.
Dres wyrzekł "Dla ciebie", wręczył mi roślinę i odszedł z kolegą. Może jakaś Dagmara pogardziła kwiatem. ;D
Kiedy byłam mała, często chodziłam na spacery ze starszą, 15-letnią siostrą.
Pewnego pięknego, letniego dnia także poszłyśmy na spacer. Zawsze szłyśmy w stronę rzeki, aby stanąć na mostku, wrzucać patyki i patrzeć jak wypływają z drugiej strony mostu. Tak było i tego dnia. Jednak gdy doszłyśmy nad rzekę, usłyszałyśmy przeraźliwe miauczenie.
Kilka małych kotków topiło się w rzece. Ich głowy wystawały z plastikowej reklamówki. Szybko zbiegłyśmy do brzegu. Jeden maluszek jakimś cudem wydostał się z torby i zaczepił się w jakieś gałęzie przy brzegu. Siostrze z trudem udało się go stamtąd wyjąć. Reszta kotków niestety popłynęła wraz z prądem rzeki.
Jednego kotka uratowałyśmy, jest z nami do dzisiaj, ale ciągle mam wyrzuty sumienia, że nie zdołałyśmy uratować pozostałych. Tak, pewnie utopiłybyśmy się w tej rzece, ale i tak jest mi smutno, gdy pomyślę o tych bezradnych, przeraźliwie miauczących stworzonkach.
A temu, kto wsadził te kotki do reklamówki i wrzucił do rzeki, życzę jak najgorzej. Obyś zgnił w piekle.
Chodzę do jednych ze szkół mechanicznych w Warszawie.
Jak wiecie, szkoły mechaniczne zbytnio nie szczycą obecnością dziewczyn, jednak u nas kilka się znalazło, z tego jedna piękna modelka przyszła do nas chyba z wiadomych powodów.
Współżyło z nią chyba pół szkoły i ja też, nie wiem czemu, ale się znalazłem w tym gronie. Pewnie zastanawiacie się teraz, co z tego mam, że przespałem się z dziewczyną, która się po prostu puszcza. Już odpowiadam. Rzeżączkę...
Dodaj anonimowe wyznanie