Historia ta miała miejsce rok temu. Moja przyjaciółka wychodziła za mąż. Z racji tego, że byłam świadkową, postanowiłam urządzić jej wieczór panieński u mnie w domu.
Wcześniej zadzwoniłam do pewnej agencji, aby zamówić dwóch striptizerów w stroju policjantów. Zbliżała się godzina 22:30, sześć kobiet nieźle rozochoconych, alkohol się leje, tańce na stole, impreza trwa w najlepsze. W pewnym momencie słyszę dzwonek do drzwi, myślę „ Oho! Teraz zacznie się bajlando”, otwieram, a tam policjant i policjantka. Zastanowiłam się dlaczego przysłali kobietkę, a nie dwóch facetów, ale alkohol już górował nad moim racjonalnym myśleniem, więc się w to nie zagłębiałam. Panna młoda umilkła, gdyż nie wiedziała co dla niej przygotowałam. Reszta dziewczyn nadal tańczyła i piła, patrząc na przystojnego policjanta. Nagle odzywa się funkcjonariuszka:
- Dobry wieczór, dostaliśmy wezwanie, że zakłócają panie ciszę nocną.
Koleżanka nieźle pijana podchodzi do funkcjonariusza, łapie za przyrodzenie i mówi:
- No pokaż, przystojniaczku, co za skarby tam chowasz.
Ja do policjantki:
- Wyskakuj, maleńka, z tego wdzianka!
Jakie było nasze zdziwienie, gdy zauważyłyśmy idących po schodach prawdziwych striptizerów...
Obyło się bez mandatów. Trafiłyśmy na w porządku policjantów, którzy wychodząc z domu nie mogli powstrzymać śmiechu.
Historia zdarzyła się jakieś 20 lat temu, lecz dowiedziałam się o niej dopiero dzisiaj od swojej rodzicielki.
Zapewne każdemu przydarzyło się kiedyś nie mieć biletu w tramwaju i zostać przyłapanym przez "kanara". Gdy pewnego razu mój tata jechał na tzw. "gapę", kanar poprosił go o bilet, mój tata odpowiedział mu na to, ze oczywiście, pokaże mu bilet, ale muszą w tym momencie wysiąść z tramwaju, ponieważ bardzo spieszy mu się do pracy. Wysiedli, tata przyspieszył kroku, a kanar wraz z nim, dopominając się przez cały czas o bilet. Na to mój świecący przykładem ojciec odpowiadał, że naturalnie, wręczy mu go zaraz, ale teraz bardzo mu się spieszy i nie może się teraz zatrzymać i wyjąć z teczki biletu. Tak szli jakieś parę ulic, oddalając się coraz bardziej od torów.
Gdy byli już naprawdę daleko, kanar się zdenerwował i oznajmił, że zaraz zadzwoni na policję, jeśli nie zobaczy tego biletu. Na to tata sam uznał, że zadzwoni na policję jeśli tamten się nie odczepi, jak powiedział, tak zrobił. Policji przekazał, że idzie spokojnie do pracy, a za nim podąża jakiś prawdopodobnie menel, podający się za kanara i wyłudzający od niego pieniądze.
Policja przyjechała, wysłuchała dwóch zeznań, na co mój tata zbliżył się do policjanta i powiedział: "Niech pan na niego spojrzy, przecież tutaj nie ma torów! Jak ja mogłem jechać tramwajem!". Policja spisała protokół, a tata odszedł z podniesioną głową.
Kilka dni temu moja siostra podrzuciła mi na mieszkanie swoją dwuletnią córeczkę w celu przypilnowania jej przez kilka godzin, bo wypadła jej nagła sprawa. Dziecko grzeczne, sobota wolna, więc z radością się nią zajęłam. Aż doszło do najgorszego momentu w życiu każdej dorywczej niańki: Mała zrobiła kupę. I to rzadką, śmierdzącą kupę.
Uzbrojona w nasączoną perfumami maskę zrobioną z szalika, przystąpiłam do dzieła. Szukam pampersów w licznych torbach z zabawkami małej, ale nigdzie ich nie ma. Szukam jeszcze raz, bez efektów. Dzwonię do siostry, torba z pampersami i chusteczkami została w aucie. Trudno, wycieram małą z grubsza papierem, pakuję do swojego auta i pędzę do najbliższej drogerii.
Sobota, ludzi mnóstwo, nie ma gdzie zaparkować. W końcu udaje mi się zatrzymać w nie do końca legalnym miejscu, bo częściowo na przejściu dla pieszych. Miejsce jest, tylko jak teraz wyjdę z auta, skoro mała podczas tego krążenia po ulicach w najlepsze zasnęła. Obudzę ja i wezmę ze sobą, to będzie taki płacz, że mnie ktoś jeszcze o znęcanie posądzi. Nie zostawię jej w aucie samej, bo nawet jakbym biegła, to zejdzie mi z 15 minut, a tyle ostatnio mówią o porwaniach dzieci z auta. Myślę co tu zrobić, aż na horyzoncie pojawia się policjant z bloczkiem z mandatami w ręce. Super, koniec miesiąca, ledwo kasy na cokolwiek starcza, a tu jeszcze mandat. Myślę gorączkowo jak tu się wywinąć. Jest!
Wysiadam z auta, podchodzę do niego i wręcz nakazuję przypilnowanie mi dziecka, dopóki nie wrócę ze sklepu. Młody policjant całkiem zgłupiał, jąka, że on chce mandat tylko wypisać, ale nie daję mu dojść do słowa i prowadzę go do auta. Posłusznie wsiada do samochodu, więc ja w te pędy po pampersy. Gdy wysiadał z auta, był już cały zielony, nie powiem, zapach kupy w tak małym pomieszczeniu był dość intensywny. Z tego wszystkiego mandatu mi nie wypisał, więc serdecznie mu podziękowałam i wróciłam szczęśliwa do domu.
Kobieta zaradną jest ;]
Dzisiaj wracając ze szkoły w autobusie zobaczyłam dwie dziewczyny rozdające wszystkim pasażerom jakieś karteczki. Było na nich napisane coś w stylu: uśmiechnij się, ktoś cię kocha.
Co tu dużo mówić... ja nie dostałam.
W okresie podstawówki bardzo nie lubiłem korzystać ze szkolnych toalet. Zawsze, gdy miałem zrobić „nutellę”, wstrzymywałem się do momentu, aż znajdę się w domu. Tym razem miało być tak samo. Ale napór ciśnienia był tak mocny, iż udałem się do toalety i zacząłem się zastanawiać, czy aby nie zrobić tu tego pierwszego razu. Była przerwa. Zastanawiałem się tak długo, aż „nutella” sama wyszła. Byłem zrozpaczony, nie wiedziałem co zrobić, więc wróciłem z niespodzianką na lekcję.
Na zajęciach siedział za mną Leszek, a przede mną Magda (imiona zmienione na potrzeby wyznania).
Siedziało się mi dość miękko z wiadomych przyczyn, aczkolwiek Magda zapytała mnie co tak nieprzyjemnie pachnie, dodając, iż to pewnie znowu od Leszka ten smród się wydziela. Ja potwierdziłem. Była to ostatnia lekcja i chyba pani to też poczuła, ja powiedziałem, że to chyba Leszek ma coś w spodniach, po lekcji poleciałem do domu.
Pani wezwała rodziców Leszka na rozmowę i powiedziała, że powinni porozmawiać z synem na temat korzystania z toalety.
Kochana klaso i Pani Nauczyciel, to nie był Leszek, to byłem ja...
Komunikacja miejska - ocena po wyglądzie.
Pewnego wieczoru wsiadam do autobusu jadącego na moje osiedle, czas przejazdu około 30 min. Autobus prawie pusty, siadam niedaleko drzwi. Zmęczona po pracy, ledwo widzę na oczy, nóg nie czuję - idę do przystanku pół godziny. Siada obok mnie straszył pan. Z wyglądu miły, jednak po 5 minutach coś szepcze... ocknęłam się, że to chyba do mnie. I słyszę - taka młoda panna to nie powinna tu miejsca zajmować, zmęczona nie wiem czym, to dla starszych, niepełnosprawnych, a nie zdrowych i młodych. Wstydziłabyś się! Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz...
No i tak nawija. Najpierw go ignoruję, ale moja irytacja wzbija się do góry. W końcu zapytałam "A pan? Inwalida?". Obruszył się i powiedział, że to nie moja sprawa. Ja na to: W takim także nie pana sprawa, jaki jest mój stan zdrowia. Gdyby chciał pan wiedzieć, mam grupę inwalidzką. Druty w kręgosłupie po wycięciu przepukliny z kręgów i nastawieniu 5 dysków. Nie mogę stać dłużej niż 5 minut. Nadal pan uważa, że nie wypada mi usiąść?
Nic nie powiedział, nie przeprosił. Zaczerwienił się, zmieszał i wysiadł na najbliższym przystanku.
Mam 26 lat. Mi w autobusie nikt miejsca nie ustąpi, bo nie mam na czole napisane inwalida, nie macham legitymacją. Dlatego starszym z kilkoma reklamówkami w rękach też nie wstanę. Jak ma siłę chodzić po rynkach, bazarach, sklepach i targać reklamówki, to stać też jest w stanie.
Jestem w związku od 2 lat. Tak się złożyło, że minęło bagatela pół roku, zanim postanowiłem podzielić się tym newsem z rodzicami (nigdy wcześniej nie miałem dziewczyny). Obawiałem się ich reakcji, pytań o to, czy ją kocham lub czy żyjemy w czystości.
Na pierwszy ogień poszła mama. Zaprosiłem ją na kawę, a między nami wywiązała się taka rozmowa:
(JA) - Mamo, mam dziewczynę.
(MAMA) - Cieszę się. Ona wie, że jest twoją dziewczyną?
A po chwili:
(MAMA) - Mam nadzieję, że się jeszcze nie całowaliście?!
Dzięki mamo, że we mnie wierzysz ;]
Mam 20 lat.
Z moim chłopakiem od samego początku związku wszystko układało się wspaniale. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Zawsze rozumieliśmy się bez słów, potrafiliśmy razem śmiać się do łez, płakać i milczeć. Wspieraliśmy się w każdym problemie, czy tym mniejszym, czy większym. I właśnie odnośnie tych problemów...
Dwa lata temu uległam ciężkiemu wypadkowi. Pijany kierowca potrącił mnie na przejściu dla pieszych. Efekt: złamany kręgosłup, prawie roczny pobyt w szpitalu, długa, ciężka i żmudna rehabilitacja, tylko po to, by usiąść na wózku inwalidzkim.
Załamałam się. Ja, 23-letnia dziewczyna, pełna życia, energii, żądna przygód, miałam do końca życia nie stanąć na nogach? Nie mogłam tego znieść, upadłam psychicznie, zerwałam z moim ukochanym. Nie chciałam być dla niego ciężarem, on mógł mieć przecież każdą, a ja pragnęłam tylko jego szczęścia. Powiedziałam mu wtedy, że nie chcę go znać, że go nienawidzę, że to koniec... Oczywiście kochałam go bardzo, ale nie chciałam, żeby przeze mnie i moje kalectwo zmarnował sobie życie.
I wiecie co? Nie podziałało. Był przy mnie codziennie. Przez pewien czas nie rozmawialiśmy w ogóle. Po prostu siedział obok szpitalnego łóżka i milczał razem ze mną. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a on był ciągle. Zrozumiałam jedno, mimo tego, że straciłam swoją sprawność i tak mam wielkie szczęście, bo mam jego. Człowieka, który nie ucieknie, gdy coś jest nie tak, który zawsze wspomoże chociażby swoją obecnością.
Dziś mieszkamy razem. Wózek mnie nie opuścił i pewnie nie opuści nigdy, ale wiem, że nie mogę się poddać. Mam dla kogo być silna. Prawdziwa miłość przezwycięży wszystko.
PS. W lipcu ślub :)
Moi rodzice od zawsze marzyli, by ich córka była lekarzem, dyrektorem, inżynierem itd. Niestety ja męcząc się 3 lata w liceum (które uważam za najgorsze lata mojego życia) stwierdziłam, że nie chcę całe życie robić czegoś, czego nie lubię, męcząc się przy tym i tylko czekając na piątek. Dlatego założyłam swoją jednoosobową firmę wykończeniową... Od tamtego czasu codziennie jestem brudna od gładzi, cementu, kleju do tapet i wiecie co? Dzięki temu jestem szczęśliwa. Uwielbiam swoją pracę, pomimo tego, że jest ciężka.
Niestety przez to co robię moi rodzice nie odzywają się do mnie, uważają, że przynoszę wstyd rodzinie z wyższych sfer. Dodatkowo jestem wytatuowana od palców do szyi, mam włosy pofarbowane na niebiesko i kolczyk w nosie. Przedwczoraj dostałam pisemne oświadczenie, że zostałam wydziedziczona z majątku rodziny. Nie zamierzam płakać. Odkąd przestałam słuchać rodziców w końcu jestem szczęśliwa, mam kochającego chłopaka i wielu przyjaciół. I pomimo tego, że nie mam wielkiego majątku mojej rodziny, zarabiamy wystarczająco, żeby wygodnie żyć.
Spełniajcie marzenia, rodzice za was życia nie przeżyją.
Mając siedem lat byłam w szpitalu.
Bardzo płakałam, nie chciałam jechać, bo niedługo miały być Święta Bożego Narodzenia. Jak to, święta w szpitalu? Pani doktor przekonała mnie, że im szybciej pojadę, tym szybciej wrócę - i zdążę na Święta rodzinne, w domu.
No więc pojechałam. Byłam na trzyosobowej sali, na której leżał tylko jeden chłopczyk. Był młodszy ode mnie, chyba o rok. Mimo chorób i szpitalnej atmosfery bawiliśmy się świetnie. Pożyczałam mu moje zabawki, on mi swoje. Nie jest to jednak historia o odnalezionej miłości po latach.
Dwa dni przed wypisem moja mama, jak co dzień, w odwiedziny przyniosła mi kilka smakołyków i korzystając z okazji, że chłopiec wyszedł na badania - powiedziała mi, żebym uważała podczas zabaw z chłopcem, że on ma wirus HIV...
Pewnie już wiecie, jak to się kończy? Uważałam. Uważałam tak, że prawie całe dwa dni unikałam dzieciaczka, bo bałam się zarazić. Przecież ma wirus.
Jemu było przykro, ale ja nie chciałam być jeszcze bardziej chora. Poza tym grzecznie słuchałam mamy.
Pamiętam, jak siedziałam na parapecie w sali, a on podchodził do mnie z misiami i zabawkami, pytając, czy się pobawimy. Nie? To może porysujemy? Nie? Aha... Szkoda...
Może i nic takiego się nie stało, może ten chłopiec mnie już nie pamięta... Ale ja czuję się strasznie, ilekroć o tym pomyślę. Bo przez taką głupotę, poprzez niewytłumaczenie dziecku spraw do końca - zraniłam go, unikałam wspólnych zabaw.
Nie obwiniam mamy. Mieszkaliśmy na wsi, bez internetu, były to wczesne lata dwutysięczne. Informacji oraz ich rozpowszechnienia nie było w takim stopniu jak dzisiaj. Dziś wiem, że wirus HIV można przenieść np. jeśli krew zdrowej osoby zetknie się z krwią osoby zarażonej - wtedy wydawało mi się, że wirus niesie się z powietrzem, z dotknięciem...
Chłopczyku z mojej sali, a raczej Mężczyzno, gdziekolwiek jesteś: Przepraszam.
Dodaj anonimowe wyznanie