Chcę się podzielić historią, która mówi jak w naszym kraju jest dobrze.
Stało się to kilka lat temu, mój dobry przyjaciel (powiedzmy Maciek) pewnego dnia, podczas spaceru, został prawie okradziony przez Roma.
Poczuł, że ktoś grzebie mu w plecaku, i gdy przyłapał złodzieja, ten zaczął uciekać.
Maciek za nim pobiegł, po chwili go złapał i za karę mu przywalił.
Sprawa kradzieży poszła do sądu, po krótkim czasie została zawieszona i Maciek został pozwany o pobicie i dyskryminację mniejszości etnicznej. Było kilka wizyt w sądzie, Maciek przegrał sprawę i dostał dosyć sporą karę pieniężną.
Od tamtej pory sprawa kradzieży nie została ruszona. Po prostu Polska.
Byłam na czwartym roku studiów.
Niespodziewanie straciłam pracę, więc na szybko chwyciłam się rozdawania ulotek, by w międzyczasie szukać czegoś dalej, a żeby mieć przynajmniej za co zapłacić czesne.
Rozdawałam ulotki z rabatami dla studentów, więc kręciłam się wokół poznańskich uczelni. W jeden dzień przypadł mi kampus Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Wyciągnęłam rękę z uśmiechem na twarzy, z rabatami dla grupki studentów, którzy obeszli mnie, jakbym była trędowata. Usłyszałam śmiechy i jak jeden student zwraca się do swojej koleżanki "ucz się lepiej, bo też tak będziesz pracowała".
Zatkało mnie, uśmiech zszedł z mojej twarzy i, nie powiem, zrobiło mi się przykro.
Krótka historia o tym, jak według kobiet my faceci się nie staramy i one muszą za nami biegać.
Poznaliśmy się w szkole, na początku krótka znajomość na zasadzie "cześć, cześć", każdy miał swoje życie, nikt drugiemu nie wchodził w drogę. Niespełna rok po skończeniu szkoły nastał pewien wiosenny dzień, spotkaliśmy się przypadkiem, pogadaliśmy, rozeszliśmy się w swoje strony.
Wieczorem siedziałem na ukochanym ryjbuku, napisała, czy poratuję ją i odwiozę do domu, bo ostatni autobus jej uciekł. Akurat nie miałem tego wieczoru nic w planach, pojechałem, pogadaliśmy, zaprosiła mnie na drugi dzień na kawę, taki wstęp do historii.
Na początku zaczęliśmy się spotykać jako znajomi, nic więcej, czas leciał, ja się angażowałem i ona chyba też, poczułem wiatr w żaglach! Postanowione: ona musi być moja. Zaczęły się starania - tu jakiś wypad w góry pospacerować (dodam, że uwielbia górski klimat), wspólne imprezy rodzinne, wszystko było na dobrej drodze.
Niestety, jak jest dobrze, musi też być źle, nagle z jej strony poczułem osłabienie starań, mogłem pisać bez odpowiedzi z jej strony, czasem raz na tydzień się odezwała (najczęściej jak coś potrzebowała).
Zbliżał się czas walentynek, w pracy przyrobiłem nadgodziny, urlop wybrany - jedziemy na walentynki nad morze. Dzień wyjazdu - dzwonię, że zaraz po nią będę i nagle taki dialog:
- Zaraz po ciebie będę i jedziemy, 500 km przed nami.
- Nigdzie nie jadę.
- Powtórz?
- No nie jadę, zmieniły mi się plany, w niedzielę przyjeżdżają znajomi z Teamspeaka i CS.
- Pytam: co?
- No to co słyszysz, robimy u mnie imprezę, nie mam czasu gadać, cześć.
Sygnał rozłączenia.
Myślę sobie okej, spoko, niech będzie, wróciwszy do domu spędziłem weekend i walentynki z kolegami ;) Wiem, wiem, romantycznie...
Walentynki minęły, impreza z kumplami z netu mojej ukochanej także. Spotkaliśmy się, powiedziałem co o tym myślę - według niej to nic złego!! To nic złego, że się wykosztowałem i wszystko przepadło.
Moja ukochana poprosiła mnie, żebym ją podrzucił do znajomych z neta na imprezę, nie chciałem, żeby się tłukła autobusami po nocy - zgodziłem się.
Piątek, godzina 6 rano, wstaję do pracy - telefon.
- To co, zawieziesz mnie na 9 rano ?
- Nie, bo idę do pracy, na imprezę się jedzie wieczorem.
- Jak zawsze mnie wystawiasz!
Sygnał rozłączenia.
Królewna się obraziła, że jej nie zawiozę, śmiertelny foch.
Ale to, że zapomniała o tym, jak obiecała zostać moją osobą towarzyszącą na urodzinach kolegi (takich większych, oczko plus pożegnanie z kolegami, bo wyjeżdża za granicę), że olała mnie w walentynki i spędziła je ze "znajomymi" z internetu - jednym znajomym, że w warsztacie robię auto dla niej, bo niedługo ma egzamin na prawo jazdy, że spodobała mi się taka jaka jest, ma tu i ówdzie nadmiary, ale kocha się za wnętrze - to dla niej nic nie znaczy.
Chyba pora sobie odpuścić.
Jako że mój partner jest obecnie za granicą, często rozmawiamy przez telefon. Nasz dialog przebiegł mniej więcej tak:
Ja: Jak do ciebie przyjadę, to jeszcze nie wiem na co sobie zbierać.
On: Jak to na co? Na ślub.
Ja: A kto się hajta?!
On: No my.
Wczoraj chyba miałam najbardziej niekonwencjonalne oświadczyny na świecie.
Ja, lat bodajże 5, przedszkole.
Czas na zabawę i tym podobne. Siedzę z ziomeczkami przy stoliku i rysujemy. Jako że bardzo lubiłem rysować, często chwaliłem się swoimi "dziełami" przedszkolankom i wyczekiwałem ich opinii. Nie miałem aktualnie weny na swoje kolejne artystyczne wypociny, aż mnie olśniło. Narysowałem sobie plażę, ludzi patrzących z przerażeniem na brzeg i rekina odgryzającego nogę jednego z plażowiczów. Rysowałem wszystko jednym kolorem, chyba szarym. W końcu mówię kumplom, że wypada pokazać co nabazgrałem, a oni "Nie, mordo, skarci cię, że takie strasznie rzeczy narysowałeś, ja bym narysował kwiatka", a ja że "e tam, idę".
Podchodzę do przedszkolanki, przerywam jej rozmowę z kimś innym i pokazuję wymalowaną na kartce masakrę. Ta bierze rysunek do ręki, zakłada okulary i przygląda się w ciszy. Odwracam się na chwilę do ziomeczków, ci śmieszkują, to i ja śmieszkuję.
Przedszkolanka spogląda po chwili na mnie i mówi:
"Ładnie, ale wzięłabym jeszcze czerwoną kredkę i podkreśliła te wszystkie plamy krwi".
Kiedy miałem 10 lat, odszedł od nas mój ojciec. Podobno od dawna miał kochankę, przez kilka lat prowadził podwójne życie. Bardzo zbliżyło to do siebie moją mamę i mnie, jedynaka, bo byliśmy dla siebie jedynymi bliskimi osobami - po śmierci jej rodziców zerwała kontakt z rodziną. Spędzaliśmy ze sobą każdą chwilę, ona wiedziała o mnie wszystko, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Utrzymywaliśmy się z alimentów od mojego ojca (był dobrze posadzony w firmie, więc nie narzekaliśmy).
Było tak kilka lat - do momentu wejścia do gimnazjum. Wpadłem w złe towarzystwo, zachłysnąłem się wolnością - wiadomo, typowa historia zbuntowanego 14-latka. Mimo mojej zmiany zawsze mogłem liczyć na mamę, dla której nadal byłem największym i jedynym skarbem. Ja jednak z czasem przestałem to doceniać, nie odbierałem od niej telefonów, a po powrocie do domu (o ile w ogóle wracałem na noc) zamykałem się w pokoju i nie odpowiadałem na jej pytania. Często widziałem jak płacze - na początku mnie to bolało, ale po jakimś czasie stało się to dla mnie czymś całkowicie normalnym. Kiedy zacząłem kraść, powroty do domu nie miały już sensu, więc zacząłem być u mamy sporadycznym gościem, a i tak nawet wtedy była dla mnie jak powietrze.
Pewnego dnia, po powrocie do domu z tygodniowej imprezy u jednego z moich kumpli, zastałem zamknięte drzwi. Stwierdziłem, że pewnie gdzieś wyszła, więc usiadłem na klatce schodowej i zasnąłem w nadziei, że mama zaraz wróci i wpuści mnie do domu. Po kilku godzinach obudziła mnie sąsiadka - już wcześniej chciała się ze mną skontaktować, ale nie miała jak, bo telefon sprzedałem. Dowiedziałem się, że moja mama targnęła się dwa dni wcześniej na swoje życie i leży w szpitalu - sąsiadka zaproponowała, że możemy do niej pojechać. W drodze myślałem nad tym, co powiem - w jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, czym stało się moje życie i jak bardzo nie potrafiłem docenić tego, co dla mnie najważniejsze. Na spotkaniu z mamą oboje przez godzinę płakaliśmy, przepraszając się wzajemnie za nasze błędy.
Ta historia nauczyła mnie jednego - zacząłem doceniać to co mam, bo w każdej chwili mogę to stracić. Dziś mam 20 lat, wyszedłem w życiu na prostą, a z mamą znów jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale w końcu to Anonimowe :D
Początek semestru na pierwszym roku, jakieś zajęcia, człowiek był młody, to i chodził...
Siedzę sobie grzecznie i robię notatki. Nagle odwraca się do mnie chłopak ze zniewalająco pięknym uśmiechem i swym przecudownie uroczym głosem mówi "fajnie, że ktoś zapisuje ten bełkot, będę miał od kogo spisać", a ja nie wiedzieć czemu zaczęłam chichotać jak idiotka blondynka z yorkiem pod pachą widząca nowe różowe kozaczki...
No i próbując się opanować, by nie wyjść na kompletną blond pindzię, spięłam się tak, że pierdnęłam tak okropnie głośno, że nagle wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, a ja zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej i jeszcze głupiej, bo nie miałam jak uciec... No cóż, zdarza się, jak widać, nie tylko "na dworze dupa może", ale na sali wykładowej też...
PS Nie, nie bierzemy ślubu i nie, nie jesteśmy parą - jest chłopakiem mojego przyjaciela.
Kiedyś w niedzielny wieczór mój chłopak zrobił mi jako niespodziankę romantyczną kolację, porozstawiał świece w całym salonie, w wazonie stał bukiet pięknych róż, zainwestował w butelkę wina, przygasił światła, ogólnie nastrój jak z filmu romantycznego. Gdy weszłam do mieszkania byłam w szoku, ponieważ nigdy nie był typem romantyka, a moja podświadomość mi mówiła, że może ma w planach mi się oświadczyć.
Moje rozmyślania przerwało chwycenie mnie za rękę i poprowadzenie na największą wolną przestrzeń jaką posiadaliśmy w salonie w naszym małym mieszkanku.
Ustawiliśmy się w tanecznej pozycji, a z głośników zaczęła lecieć muzyka.
Romantyczny taniec na dobry początek wieczoru, myślę sobie, że piękniejszego wieczoru wymarzyć sobie nie mogłam.
Zaczynamy tańczyć, a z głośników rozbrzmiewa piosenka "Ta ostatnia niedziela", tyle, że zapętlona do samego wersu "ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy". Coś mi w tym bardzo nie pasowało, ale on był zbyt wczuty w taniec.
Po kilkunastu zapętleniach powiedział "więc dzisiaj jest nasza ostatnia niedziela i dzisiaj się rozstaniemy, bo zrywam z tobą".
Jak się później okazało, cały romantyczny nastrój był zrobiony dla jego koleżanki z pracy, z którą aktualnie jest zaręczony.
Ciekawe jaką piosenką z nią zerwie?
Zacznę od małego wstępu, a mianowicie od zawsze chciałam zostać prawnikiem. Czytałam różne przepisy i oglądałam seriale związane z moim wymarzonym zawodem.
Właściwa historia zaczyna się na lekcji biologii, na której zostałam wybrańcem odpowiadającym przy tablicy. Totalnie nic nie umiałam, myślę sobie: no to pięknie, dostanę jedynkę. Ale w drodze do tzw. "trójkąta Bermudzkiego", gdzie zapominasz całą swoją wiedzę, w mojej głowie zrodził się plan idealny. Pierwsze pytanie i jak gdyby nigdy nic odpowiadam: "Na podstawie artykułu 183 § 1 świadek może uchylić się od odpowiedzi na pytanie, jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego na odpowiedzialność za przestępstwo nieprzygotowania do lekcji". Cała klasa w śmiech, pani też. Koniec końców miałam zgłosić się na następnej lekcji do odpowiedzi. W taki oto sposób uchroniłam się od oceny niedostatecznej :)
Mamy z chłopakiem koleżankę, która kiedyś była szczuplutka. Straciliśmy kontakt na jakiś czas, a gdy znowu pojawiła się w naszym życiu okazało się, że nieźle przytyła, szczególnie na brzuchu. Mój facet nie należy do taktownych osób i wręcz uwielbia się z innych nabijać (beznadziejna cecha charakteru, ale cóż), więc na porządku dziennym padały głupie teksty typu "Kiedy rodzisz?", "Który to już miesiąc?" itp.
Umówiliśmy się pewnego dnia na popijawę, która miała odbyć się u nas. Oni kończyli pracę wcześniej, więc plan był taki, że on z koleżanką pojadą do supermarketu po zakupy (oczywiście głównie alkoholowe), a ja w tym czasie zdążę wrócić do domu po swojej pracy i trochę ogarnąć mieszkanie.
Wszystko zrobione, czekam na nich spokojnie, w końcu wchodzą z siatami. Ona szczęśliwa i rozchichotana, on z jakąś taką nieciekawą miną.
Okazało się, że znowu zaczął dogryzać koleżance w sklepie. Kupili co mieli, jej w udziale przypadły dwie siaty pełne alkoholu. Wydęła brzuch specjalnie jeszcze bardziej i zaczęła na niego krzyczeć:
- Kochanie, nie tak szybko! Przecież wiesz, że jestem w ciąży, a te twoje piwa są takie ciężkie!
I zwracać się do ludzi:
- No widzi pani, niedługo rodzę, a muszę jego alkohol dźwigać! On nic nie robi, tylko pije, w ogóle mi nie pomaga!
Po serii zniesmaczonych spojrzeń chłopakowi przeszła ochota na żarciki :P
Dodaj anonimowe wyznanie