Wczoraj nakryłam mojego brata na całowaniu się z moim chłopakiem i jestem w kropce, bo to mój brat bliźniak i nie wiem, czy mam go nienawidzić za to, że nie powiedział mi o swojej orientacji, czy za to, że ukradł mi chłopaka, czy też wesprzeć, bo to pewnie jest dla niego bardzo ciężki okres...
Co do chłopaka to wiadomo - zerwałam z nim i nie jest mi nawet żal, bo i tak miałam to zrobić wcześniej. Niesmak jednak pozostał i wiele, wiele pytań. :/
Ostatnio na anonimowych pojawia się bardzo dużo wyznań w temacie, że komuś zmarł ktoś z rodziców, że za późno poszli na badania i żebyśmy pamiętali o spędzaniu czasu z rodziną, bo kiedyś będziemy żałować, że nie spędziliśmy go wystarczająco.
Mój tata lekkomyślnie podchodzi do kwestii chodzenia na badania. Jest naprawdę wysportowanym człowiekiem jak na 54 latka, do tego nie pije dużo alkoholu, nigdy nie miał papierosa w ustach, trzyma się diety i nawet ostatnio schudł 10 kg. Jego praca wymaga, aby siedział codziennie od rana do wieczora przed komputerem, w międzyczasie wlewa w siebie litry kawy i ma bardzo dużo stresu. Obiecał mojej mamie, że jak ona rzuci palenie, to pójdzie na badania, jednak nie poszedł. Wczoraj siedząc z rodzicami przy stole te wyznania skłoniły mnie do refleksji i zaczęłam rozmawiać ze swoim tatą:
Ja: Tato, muszę iść na badania do lekarza, bo potrzebuje bilans uzupełnić. Proszę, pojedź ze mną, przy okazji ty zrobisz sobie badania, żebyśmy wszyscy mogli żyć spokojnie.
Tata: Ale córcia, przecież ja się czuję świetnie, to po co mam tracić czas na jakieś badania.
Ja: Tato, fakt, że czujesz się świetnie nie oznacza, że jesteś zdrowy. Pijesz kawę wiadrami, masz dużo stresu, ja to wszystko rozumiem. W wielu chorobach najważniejsza jest wczesna diagnoza. Jeżeli nie będziesz regularnie chodzić na badania i za dwa lata lekarz ci powie, że masz raka, zostało ci kilka tygodni życia i że już nie ma sensu ciebie leczyć, to cię znienawidzę mimo wszystko.
Mój tata wstał i gdzieś poszedł, myślałam, że kompletnie olał to co mu powiedziałam. Jednak to co zrobił przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Z telefonem przy uchu usiadł naprzeciwko mnie i umówił się na następny dzień do lekarza.
Moja mama była pod wrażeniem, że nawet jej rzucenie papierosów po 20 latach palenia nie skłoniło go do pójścia do lekarza, a groźba nienawiści najukochańszej jedynej córeczki tak.
Kocham moich rodziców :)
Wracam właśnie do domu z przywróconą wiarą w ludzi.
Otóż dziś o zmierzchu wybrałam się samochodem, żeby "odreagować" jakże cudowny dzień kobiet, który był totalną katastrofą (i nie - nie chodzi tu o to "święto", ale o zdarzenia, które dziś mi się przytrafiły. I do tego okres, więc łzy same się lały z oczu). Jako że bardzo lubię jeździć i mnie to bardzo odpręża i uspokaja, to wybrałam się w dłuższą trasę.
Zazwyczaj jeżdżę dość szybko, lecz z umiarem i "oczami dookoła głowy".
Dziś również tak było, ale trochę mocniej wcisnęłam pedał gazu...
Akurat w momencie, gdy pan policjant (magicznie się tam pojawił) wyciągnął ten przyrząd do mierzenia prędkości. No i masz - trafił na mnie. No to lizak, zjeżdżam na pobocze, pan podchodzi, prosi o dowodzik i dokumenty, patrzy na mnie i co widzi? Kupkę nieszczęścia, która się próbuje pozbierać i znaleźć dokumenty w otchłani torebki i jeszcze uśmiechać, że niby wszystko jest w porządku..
I wiecie co pan policjant zrobił? Zaprosił mnie na rozmowę do swojego samochodu, wypytał co się stało, czemu jestem tak zdenerwowana, pouczył, żebym jeździła troszkę wolniej, włączyła już światła mijania, bo się ściemnia (zapomniałam, bo jechałam na dziennych) i przede wszystkim kazał się uśmiechnąć, bo w taki dzień ważny dla nas żadna kobieta nie powinna płakać. Podziękowałam mu bardzo za rozmowę i wyszłam już z uśmiechem i wiarą w ludzi.
Ale to nie wszystko.
Gdy już siedziałam w samochodzie, to kazał mi jeszcze zaczekać chwilę i pobiegł do swojego samochodu. Wrócił z piękną różyczką, którą miał dać żonie po powrocie z pracy i dał mi ją w prezencie, twierdząc, że on jeszcze zdąży coś kupić :)
Miło wiedzieć, że są jeszcze ludzie naprawdę mili i czuli na cudze nieszczęście.
Tak że do wszystkich kierowców: Nie każdy policjant to zły policjant i trzeba się z nim kłócić, oni też są ludźmi :)
Miałam okres, a akurat tego dnia chciałam odwiedzić swojego ówczesnego chłopaka.
Siedziało nam się miło, aż w końcu przyszedł ten czas, w którym musiałam iść zmienić podpaskę. Zmieniłam, a zużytą wrzuciłam do kosza, który się znajdował zaraz koło kibelka, po czym wróciłam do swojego chłopaka.
Wieczorem, gdy już mnie odwoził do domu, zadzwoniła do niego jego mama i poinformowała go, że jego dziewczyna zostawiła po sobie ślad w koszu z proszkiem do prania...
Jeszcze dodała, że to tata musiał wyciągać, bo ona miała odruchy wymiotny. Rozpłakałam się ze wstydu.
Pewnie pamiętacie 12.12.2012 i godzinę 12:12, kiedy to miał być koniec świata. Oczywiście nikt w to nie wierzył, ale znaleźli się tacy, którzy byli głęboko przekonani o zagładzie. No, ale do rzeczy...
Chodziłam z klasą na naukę pływania.
Wszyscy schodzimy na dół do szatni i zaczynamy ubierać kurtki, buty, czapki, szaliki itp... Już wszyscy gotowi, więc pani mówi, żebyśmy ustawili się w pary. Standardowo przelicza nas i mówi "Dobrze, wszyscy są. Możemy iść".
I właśnie w tym momencie o godzinie 12:12 dwunastego grudnia 2012 r. w całej szkole zgasło światło. Chyba nie muszę opisywać naszych przerażonych min i krzyków typu "Wszyscy zginiemy!"?
Tak. Wywaliło korki... :D
Zdarzyło się to, gdy miałam około 11 lat. Pojechałam z rok młodszą kuzynką i babcią do hipermarketu.
Obok niego budowany był sklep z narzędziami, farbami, itp. Jako że energia bardzo nas rozpierała, urządziłyśmy zawody w bieganiu po krawężniku przy owym sklepie.
Wszystko szło dobrze, dopóki się nie potknęłam. No, ale trzeba wygrać, więc wstaję i biegnę dalej. W pewnej chwili czuję, że mam mokrą rękę. Patrzę, a tam krew. Kurcze, co teraz? Biegniemy do babci, pokazuję jej tą rękę. Decyzja - jedziemy na SOR. W międzyczasie przyjechała do nas moja mama.
Wchodzimy do gabinetu, lekarz ogląda rękę. Rana głęboka (widać kość), trzeba szyć.
Czy wpadłam w panikę? Nie.
Natomiast przez pół godziny siedziałam w tym gabinecie i kłóciłam się z lekarzem, a wręcz płakałam, że chcę różowe szwy, inaczej stąd nie wyjdę. Przekonał mnie do normalnych dopiero gdy powiedział, że przez tydzień nie będę musiała iść do szkoły.
A podobno byłam spokojnym dzieckiem.
Jestem wykładowcą na politechnice. Nauczam kilku różnych przedmiotów. Tego dnia czekałem na bardzo ważny telefon. Kiedy zadzwonił, przeprosiłem i opuściłem salę.
Po skończonej rozmowie wróciłem na zajęcia. Studenci wykonywali różne ćwiczenia, po dwie osoby przy stanowisku. Chodziłem między nimi i podpowiadałem im, kiedy potrzebowali pomocy. Pomagało też dwóch doktorantów. Zajęcia trwają sobie w najlepsze, aż tu mój telefon znów dzwoni. Odbieram, a tu dziekanat pyta, co się stało, że od godziny mnie nie ma na zajęciach...
Tak - pomyliłem sale i "przyłączyłem się" do prowadzenia innych laboratoriów.
Moi rodzice kupili sobie psa. Małego kundla. Niby nic ciekawego, ale sam wtedy nie widziałem, że znienawidzę tego psa.
Max (imię psa) i ja zawsze sobie dokuczaliśmy. Po prostu się nie polubiliśmy. Kiedyś na stole zostawiłem swój obiad, bo musiałem na chwilę wyjść. Max skorzystał z okazji i mi zjadł cały obiad. No OK. Moja zemsta będzie słodka!
Następnego dnia poszedłem do baru i kupiłem sobie obiad. Wróciłem do domu i się zamknąłem z psem w pokoju. Wziąłem jedzenie i zacząłem jeść. Pies się na mnie patrzył takim wzrokiem "No, daj gryza!". Ale byłem twardy i nic mu nie dałem. Jak skończyłem, to jeszcze zacząłem się głupio śmiać do psa. Wtedy nie wiedziałem, do czego był zdolny.
Nadszedł wieczór, więc poszedłem spać. Obudziłem się ok. 3 w nocy, bo coś strasznie śmierdziało. Na początku nie wiedziałem co tak strasznie śmierdzi i skąd taki zapach. Wtedy akurat mi się lać chciało, no więc trzeba było iść do WC. Stoję przed lusterkiem, zapaliłem świtało, a tam co? Psia kupa na moim policzku.
Tak. Pies mi się zesrał na poduszkę i spałem przez jakiś czas na kupie.
Któregoś późnego popołudnia, zadzwoniłem do Taty, zapytać się kiedy będzie w domu. Wróciłem już dawno ze szkoły i jak zwykle stęskniłem się za ojcem. Lekcje odrobione z mamą i dalej nudy, bo go nie ma...
On zawsze po powrocie wymyśla jakąś fajną zabawę - pomyślałem i wykonałem telefon.
- Tata, kiedy będziesz? - zapytałem.
- Już jadę do domu, zjadłeś obiad, lekcje zrobione? - zapytał jak zwykle.
- Tak, za ile będziesz? - powtórzyłem.
- Już jestem, przy przejeździe kolejowym, który lubisz, wiesz... tutaj, gdzie zawsze liczymy wagony jak jedzie pociąg...
- Wiem, czyli zaraz będziesz? - znów pytam.
- Tak, dojeżdżam już do torów...
W tym momencie urwało połączenie. Kiedy zadzwoniłem ponownie, Tata nie odbierał... Tego wieczoru mama całą noc płakała, a ja czekałem, aż tata odbierze telefon. Rano mama przytuliła mnie mocno, tak mocno, jak nigdy...
- Kocham cię - powiedziała.
Tego dnia nie byłem w szkole, ani następnego...
Zawsze jak jadę obok tego szlabanu z mamą, to się zatrzymujemy i zapalamy świeczkę. Mama mówi, że oświetlamy Tacie drogę do domu.
Zacznę od tego, że mam brata bliźniaka. Kropla w krople jesteśmy identyczni. W dzieciństwie oboje chcieliśmy iść do wojska. Schody zaczęły się w liceum, kiedy ja starałem się jak najlepiej uczyć, a on ciągle powtarzał, że ma czas i że da sobie radę. Nie, nie dał sobie rady.
On wylądował na kasie w popularnym markecie, a ja zwiedzałem najpierw Irak, a później Afganistan. Jak większość ludzi na misjach wysyłałem zdjęcia do domu, nie żonie, bo takowej nie mam, ale mamie czy przyjaciołom. I tu zaczyna się rola mojego brata. Dostał urlop w pracy i wyjechał na wakacje nad nasze rodzime morze. Poznał tam dziewczynę, lecz ona była z tych wyższych stref. Wiecie, studia, dobra praca i tak dalej. Postanowił jej zaimponować, jako kto? Jako ja. Pokazywał jej moje zdjęcia podając się za mnie.
Uprzedzam pytanie, nie udało mu się jej uwieść, gdyż dziewczyna była z tych kumatych i gdy zadawała dokładniejsze pytania, to nie potrafił jej odpowiedzieć. Jak się skończyło? Dziewczyna postanowiła to wyjaśnić i poznając moją mamę dotarła do mnie. Pisaliśmy do siebie listy przez kilka długich miesięcy.
A jaki jest finał? Za trzy miesiące bierzemy ślub. Ja w galowym mundurze, a ona w oliwkowej sukni. Moja luba pokochała wojsko i misje tak mocno jak swojego słodkiego żołnierzyka (do dzisiaj mnie denerwuje to przezwisko).
A wiecie, co jest najlepsze? Że gdyby nie głupota mojego brata, to nie miałby kto patrzeć na blizny z tych egzotycznych wyjazdów.
Dodaj anonimowe wyznanie