Coś, o czym nigdy nikomu nie powiedziałam? Cóż...
Sytuacja zdarzyła się w przedszkolu, miałam wtedy jakieś 5 lat. Zwyczajny dzień, słońce świeciło, dzieci się bawiły, a pani przedszkolanka spoglądała na nas znad jakichś papierów. Była akurat niezwykle zajęta i korzystała z naszej samodzielnej zabawy, aby pozałatwiać własne sprawy. W międzyczasie podszedł do mnie kolega z grupy - nazwijmy go Kacper - i powiedział, że chce mi coś pokazać, ale nie może tak przy wszystkich. Często przynosił mi jakieś złapane jaszczurki albo owady, które strasznie mnie za dzieciaka interesowały, więc i tym razem postanowiłam skorzystać z jego propozycji. Szatański plan polegał na tym, aby spotkać się w koedukacyjnej łazience obok sali. Kacper podszedł do pani jako pierwszy i zapytał o wyjście do toalety. Wychowawczyni oczywiście pozwoliła mu, nawet nie podnosząc głowy. Uradowany opuścił pomieszczenie, zerkając w moją stronę. Po trzech minutach, w ten sam sposób, dołączyłam do niego.
Poprosił, żebym weszła z nim do kabiny, co bez zastanowienia uczyniłam. Wtedy dowiedziałam się, że chciał mi pokazać... swojego ptaszka. Na początku poczułam się zawiedziona, ale jak na ciekawskie dziecko przystało, nie odmówiłam. Na tym nie koniec. Kacper opowiedział mi o filmie jego taty, na którym jakaś pani brała wiadomą cześć ciała do ust. Wydawało mi się to strasznie zabawne, wiec chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście takie jest...
W ten sposób zrobiłam koledze pierwszego w życiu loda w wieku 5 lat. Nigdy, ale to nigdy więcej o tym nikomu się wspominaliśmy. W sumie na kilka długich lat zapomniałam o całej sytuacji, dopóki gdzieś w gimnazjum nie znaleźliśmy się w tej samej ekipie. W pierwszym momencie było niezręcznie, ale nikt nie wspomniał o naszej przygodzie.
PS Między nami nigdy więcej do niczego nie doszło. Jak na ironię, mimo tak wczesnej "inicjacji", dziewictwo straciłam w wieku 20 lat... z moją aktualną partnerką :P
Każdy z nas miał chyba w podstawówce jakąś dziewczynę, która była Waszą pierwszą miłością? Ja także.
Los sprawił, że od czwartej klasy szkoły podstawowej uczęszczaliśmy do jednej klasy. Ja - grubszy, raczej samotny (mimo wielu znajomych) człowiek, ale co istotne - zazwyczaj przygotowany do zajęć, osiągający dobre wyniki. No i ona - blond dziewczynka, z pięknymi oczami i (szczerze) niepowalającą urodą, otaczająca się grupką znajomych, typ "przewodnika grupy", ale zawsze gotowa do lekcji, nauczona. Nazwijmy ją dla ułatwienia - Karolina.
Jako, że byliśmy najlepszymi uczniami w klasie wywiązała się między nami taka niepisana rywalizacja o wyniki. Kto będzie miał wyższą średnią, lepsze oceny, kto będzie miał pasek na świadectwie, kto weźmie udział w danym konkursie, itd, itp.
Na początku nawet się nie odzywaliśmy, albo - ja się nie odzywałem, bo od zawsze paraliżowało mnie, gdy musiałem do niej mówić, albo odpowiadać na jej pytania. Ale z czasem - poniekąd z konieczności, ze względu na nauczycieli - musieliśmy zacząć współpracować. Zaczęliśmy rozmawiać, zazwyczaj na tematy szkolne i tak dalej - sytuacja zmieniła się na początku bodajże 5 klasy podstawówki - gdy pewien kolega z mojej klasy poszedł do mnie i poprosił mnie, abym "zapytał się koleżanki Karoliny, czy pójdzie z nim na dyskotekę szkolną, bo mnie to lubią". Poczułem się wtedy dużo pewniej, zacząłem SMS-ować z Karoliną.
Pod koniec szóstej klasy przeżywałem spazmy, no bo musieliśmy zdecydować się na gimnazjum. W naszej okolicy były trzy gimnazja, do których moglibyśmy się zapisać, a akurat ona nigdy nie mówiła do którego z nich pójdzie po podstawówce. Bałem się, że ją stracę. Okazało się jednak, że trafiliśmy do tego samego gimnazjum.
Przez cały ten okres dalej podkochiwałem się w moim bóstwie. Mimo przeciętnej urody, charakteru, który zaczął irytować wiele osób - po prostu byłem zabujany po uszy. Zacząłem się z nią spotykać, nieoficjalnie - a to jakieś wyjście na spacer, albo coś ze znajomymi, pod szkołą, na placu zabaw i tak dalej.
W obawie przed utratą, w 3 gimnazjum postanowiłem wyznać jej co czuję. Jakby to powiedzieć... spotkałem się z typowym odrzuceniem. Zerwała praktycznie jakikolwiek kontakt poza szkołą.
Skończył się rok szkolny, zaczęło się liceum - zgadnijcie do jakiego trafiliśmy... Tak, tego samego. Inne klasy, ale jednak. Przez 3 lata liceum praktycznie nie rozmawialiśmy. Znów bałem się, że ją stracę.
A później... trafiliśmy na jedną uczelnię. Zupełnie inne kierunki, ale jednak. Przez całe studia praktycznie nie wymieniliśmy ze sobą więcej niż kilku "Cześć".
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że teraz mam 29 lat i nie potrafię myśleć o żadnej innej dziewczynie poza nią... Mijam ją codziennie na klatce schodowej naszego bloku...
Nie wiem dlaczego, mam takie dziwne coś...
O! może zadzwonię do kumpla umówić się na kawę? Później się okazuje, że w momencie, kiedy ja dzwoniłam, trzymał w ręku garść tabletek i się wahał...
Zawsze wiem, kiedy dzieje się krzywda mojemu starszemu (i to dużo) bratu, który mieszka kilka tysięcy kilometrów ode mnie.
I tak dalej, i tak dalej...
Jednak chciałabym Wam moi drodzy opowiedzieć o jednej konkretnej historii, którą zapamiętam do końca życia, i która była pierwszą z "tym" dziwnym czymś. Wtedy po raz pierwszy zostałam nazwana aniołem stróżem.
Umówiłam się z chłopakiem do kina. Kino było w mieście A, ja mieszkałam w miejscowości B, a on w C. Po kinie długo się zastanawialiśmy, czy iść jeszcze na jakąś kolację, bo późno było, my zmęczeni. Uparłam się, że muszę iść na pizzę, no po prostu jej nie odpuszczę. Mój się poddał. Poszliśmy.
Aby dostać się z miejscowości A do mojej B, trzeba przejechać przez las. Mój chłopak jest świetnym kierowcą, nigdy niczego ważnego nie przeoczył na drodze. Zdziwił się, kiedy nagle krzyknęłam "STÓJ! Cofnij się!". Wyskoczyłam z samochodu.
Przeskoczyłam krzaki, a za nimi leżała kobieta. Pięknie ubrana, elegancka. Widziałam, że nie była biedna. Co ona tutaj robi?
Pytam się jej, co się stało? Co jej jest? Czy auto ją potrąciło?
Nic. Cisza. Rozpłakała się, Roztrzęsła się. Kontaktu zero.
Mówię swojemu "dzwoń po pogotowie i policję". Ona w krzyk, że nie! ona nie chce!
Udało się do niej dotrzeć. Zaczęłam z nią rozmawiać. Powoli wyciągałam informacje. Okazało się, że pani chciała się zabić, nie przypuszczała, że o takiej porze ktoś będzie jechać tą drogą i że zobaczy ją za krzakami.
Udało mi się zacząć z nią rozmawiać. Przekonać, żeby odpuściła.
W końcu się jej pytam, gdzie mieszka, to ją odwieziemy do domu. Ona nie chce do domu. W domu mąż ją zdradza. Pytam, czy ma jakąś przyjaciółkę. Ma! Dzwonimy do tej kobiety, musiała się bardzo wystraszyć, że ktoś dzwoni w nocy. Odebrała, zamieniłyśmy kilka słów. Odwieźliśmy kobietę do niej.
Jak zobaczyła swoją przyjaciółkę, tak stanęły jej łzy w oczach. Porozmawiałyśmy chwilę razem, we trzy. Kobieta, którą znalazłam chciała się ze mną spotkać, umówić, podziękować za wszystko.
Nigdy więcej mnie nie zobaczyła. Nie zostawiłam jej żadnego kontaktu, nie dałam żadnej informacji o sobie, nie było szans, żeby mnie znalazła.
Ale... dowiadywałam się później o nią. Wróciła do domu, dalej chodziła do pracy, nic sobie nie zrobiła. Żyła.
Tej nocy, kiedy wróciłam do domu, mama się mnie pyta, co tak długo, 4 rano jest! A ja na to: "Mamo odpuść, życie uratowałam" :)
Jakiś czas temu wróciłam ze szkoły ze spuchniętą i bolącą nogą. Mówię mojemu kochanemu tacie, że najprawdopodobniej znowu skręciłam kostkę, na co on szczęśliwy krzyknął:
"TAK, CÓRCIA, ZNOWU DOSTANIEMY ODSZKODOWANIE!".
PS Noga złamana, odszkodowaniem podzieliliśmy się po połowie :)
Wczoraj, widząc jak mój własny chłopak pisze z inną dziewczyną i wysyła jej buziaki, nie wytrzymałam i zapytałam po co biednej dziewczynie miesza w głowie i udaje, że coś z tego będzie.
Wiecie co odpowiedział?
Że chce mieć otwartą furtkę, gdybym go zostawiła...
Urodziłam się 23 czerwca 1994 roku. Było to dziewięć miesięcy po tym okropnym zdarzeniu. Po zdarzeniu, które teoretycznie zrujnowało życie mojej mamie. Miała wtedy 17 lat. Była mądrą i piękną dziewczyną. Mogła mieć pewnie takiego chłopaka, jakiego tylko chciała.
Kiedy byłam mała, nie rozumiałam do końca dlaczego tak często płacze, dlaczego nie zawsze patrzy na mnie z miłością i dlaczego zamyka się tak często w swoim pokoju. Było mi przykro, bo wiedziałam, że mamie coś jest, ale nie umiałam jej pomóc. Często słyszałam, jak krzyczy w swoim pokoju albo coś tłucze. Czasami miała zabandażowane ręce.
Babcia rzadko kiedy nas odwiedzała, ale zawsze krzyczała na mamę, a do mnie mówiła "bękarcie". Nie wiedziałam jeszcze wtedy, o co chodzi, ale myślałam, że to po prostu jakieś przezwisko ("babcia" - mama mamy; bękart - inaczej wnuczka). Oprócz niej nikt z rodziny nigdy nas nie odwiedzał. Z nikim nie utrzymywałyśmy kontaktu.
Miałam wtedy 15 lat. Dowiedziałam się, że jestem owocem gwałtu. Dobrze pamiętam ten dzień. Był 27 czerwca 2009 roku - tydzień po zakończeniu roku szkolnego. Powiedziałam mamie, że chcę iść na pewien koncert, ale ona się nie zgodziła. Bardzo się zdenerwowałam. Pokłóciłyśmy się i mama wypowiedziała dwa zdania, które zapamiętam do końca życia: "Żałuję, że cię urodziłam. Zrujnowałaś mi życie".
Później wszystko samo się potoczyło:
Jestem z gwałtu.
Zrujnowałam życie mojej mamie.
Nie powinnam żyć.
Następnego dnia wylądowałam w szpitalu - szczęście w nieszczęściu - nieudana próba samobójcza. Mama była cały czas przy moim łóżku. Mówiła do mnie. Przepraszała. Ja jednak uznałam, że najgorszą karą dla niej będzie, jeśli się już nigdy w ogóle do niej nie odezwę. Potem były rozmowy z psychologiem. Wróciłam do domu. Chodziłam na terapię. Wreszcie zrozumiałam, że nie powinnam być zła na mamę. To ona mnie wychowała. Całe życie sama na mnie zarabiała. Kochała mnie tak jak potrafiła.
6 grudnia 2009 roku usłyszałam, jak płacze. Poszłam do niej i ją przytuliłam. Przepraszała mnie. Mówiła, że była złą matką, ale jestem jedynym, co ma, więc nie mogę się od niej odwrócić. Nie odwróciłam się. Mama zerwała z alkoholem. Już się nie zamykała w pokoju. Nauczyłam się żyć ze świadomością, że jestem owocem gwałtu. Od tamtej pory każdego dnia doceniam swoje życie. Każdą sekundę. Wiem, jakie ono ma wartość. Wiem, że mam prawo żyć. Za to właśnie jestem wdzięczna mamie. Nie oceniajcie mnie więc, że uważam, że każdy ma prawo żyć.
Od zawsze byłam tym "gorszym" dzieckiem w rodzinie. Bez talentu, bez perspektyw na przyszłość, takie słowa słyszałam codziennie. Moja siostra, starsza ode mnie o 3 lata, była ulubienicą, przede wszystkim naszej mamy.
Robiłam wszystko żeby nie wracać do domu, kiedy są tam rodzice, aby uniknąć nieprzyjemnych słów na mój temat z ich strony. Będąc w gimnazjum postanowiłam, że po jego ukończeniu wyprowadzę się do internatu 500 km od domu. Skrupulatnie oszczędzałam, wolny czas poświęcałam na naukę, by dostać się do dobrej szkoły w wybranym przeze mnie mieście. W końcu pod koniec gimnazjum, kiedy trzeba było składać papiery do szkół, powiedziałam rodzicom o moim planie. Kiwnęli głowami, powiedzieli, że "podpiszą wszystko co trzeba, ale nie dadzą mi ani grosza".
Teraz mam 23 lata, zostałam w mieście, w którym zamieszkałam 7 lat temu, dobrze zarabiam, mam własne mieszkanie i prawie zero kontaktu z rodzicami.
Za to moja 26-letnia siostra, ulubienica wszystkich, dalej jest na "garnuszku" u rodziców nie robiąc nic ze swoim życiem. :)
Akcja działa się klika tygodni temu. Siedząc w pracy wpadłem na genialny pomysł ściągnięcia Tindera (aplikacja, dzięki której można poznać dziewczyny z okolicy). Jak pomyślałem tak zrobiłem i po chwili cieszyłem się chwilowym zabiciem nudy. Po jakimś czasie rozpocząłem rozmowę z pewną sympatyczną niewiastą. Jako że wolę rozmowę na żywo, to od razu umówiłem się z nią na przysłowiowe piwo.
Dziewczyna była w moim typie, pewna siebie, zabawna, z dystansem, generalnie ideał. Pierwsze spotkanie było przepełnione dwuznacznościami. Skończyło się bardzo przyjemnym pocałunkiem, po czym wieczorem dostałem jej prywatne zdjęcia. Nie powiem, że to mi się nie spodobało. Ciągnąłem temat zdjęć i z upływem czasu dostawałem ich coraz więcej. Dziewczyna była bardzo mocno na mnie nakręcona i nasz stosunek był kwestią czasu i sposobności.
Po kolejnym spotkaniu zaproponowała mi, bym wszedł na górę. Niestety, ale nie miałem czasu i musiałem podziękować i zaznaczyć, że następnym razem nie będę się zastanawiać.
Wiecie do jakiego doszliśmy wniosku następnego dnia, gdy ze sobą pisaliśmy?
Mój dziadek i jej dziadek to bracia bliźniacy. Ona jest moją kuzynką.
Bardzo rzadko się uśmiecham. A gdy już to robię, to i tak nie wyglądam najprzyjaźniej.
To był początek kolejnego semestru na studiach, a nasza grupa zaczęła zajęcia z nową doktorantką. Na pierwszy rzut oka wyglądała na nieśmiałą i niepewną siebie. Uśmiechnęłam się do niej na zachętę i z przyjaznym wyrazem twarzy wytrzymałam do końca zajęć.
Mijały miesiące, nadszedł czas wpisywania ocen do indeksu. Była kolej mojej koleżanki, porozmawiały chwilę, a ta wróciła niezwykle uradowana.
Ja: Co tam śmieszkujesz?
Kol: A bo typka się spytała, czy jej nie lubisz.
Ja: Dlaczego?
Kol: Powiedziała mi, że na pierwszych zajęciach popatrzyłaś się na nią, jakbyś ją chciała zabić.
No cóż, chyba już wiem dlaczego nie mam zbyt wielu znajomych ani chłopaka.
Gdy byłam w podstawówce, zostaliśmy podzieleni na dziewczyny i chłopaków i był konkurs: czyja rzeżucha szybciej urośnie, ta drużyna miała mieć piątkę na koniec roku z przyrody.
Koleżanka przyniosła ''kreta'', rozpuściłyśmy go w wodzie i podlałyśmy rzeżuchę chłopaków. Nie mieli szans na piątkę :-)
Dodaj anonimowe wyznanie