#1wlUf
Słowem wstępu. Chodziłem do klasy mojego byłego LO z córką wicedyrektora - Dominiką, co jest kluczowe w tej historii.
Sytuacja miała miejsce całe 3 lata temu. Był to bodajże wtorek, długa przerwa. Siedzieliśmy pod jedną z klas i gadaliśmy o pierdołach. W pewnym momencie wyżej wspomniana koleżanka rzuciła hasłem, że następnego dnia, po drugiej przerwie, zaraz na początku lekcji będzie alarm i ćwiczenia przeciwpożarowe. Oficjalnie nikt o tym nigdy nie wiedział. Zawsze były z zaskoczenia. Co lepsze, w tym dniu ćwiczenia miała nadzorować jednostka z PSP. Dominika po prostu się wygadała, ale kazała nam siedzieć cicho i nikomu nie rozpowiadać.
W tym momencie zrodził się w mojej głowie chytry plan.
Kilku moich starych znajomych, z którymi kumplujemy się jeszcze od podstawówki chodziło do tej samej szkoły. Zebrałem więc całą bandę i w skrócie przedstawiłem im plan. Za dzieciaka zdarzało nam się bawić w piromanów i robić metodami chałupniczymi świece dymne. Takie z saletry, wosku i cukru, w puszkach po dezodorancie. Dobrze myślicie. Postanowiliśmy "urozmaicić" ćwiczenia przeciwpożarowe.
Po szkole wypad do skupu złomu w poszukiwaniu puszek i sklepu chemicznego w celu zrobienia odpowiednich zakupów. Całe popołudnie spędziliśmy na dozbrajaniu naszego przedsięwzięcia.
Następnego dnia, wyekwipowani jak wojsko na wielką bitwę przyjechaliśmy do szkoły. Plan był prosty. Po drugiej przerwie rozstawiamy się po szkole i gdy zadzwonił alarm, odpaliliśmy świece. Potrzebowały chwilę na odpowiednie zadymienie, a tą chwilę dawała nam organizacja wyjścia z klas uczniów. Wyobraźcie sobie miny licealistów i nauczycieli, gdy po otwarciu drzwi nie było widać dalej niż na 2 metry. Oczywiście panika, bo może faktycznie się pali. Ludzie biegali przerażeni, niektórzy mało się nie potratowali. Szkołę wietrzono grubo ponad 2 godziny.
Następnego dnia odbył się apel. Przyjechał komendant z PSP. Najpierw dyrektor zabrał głos, mówiąc, żeby sprawcy całego zamieszania się przyznali, bo to było bezmyślne z ich strony. I jeśli przyznają się sami, to obejdzie się bez wzywania policji. Potem komendant dodał swoje 3 grosze. Stwierdził, że w skali od 1-6 szkoła dostała ledwo 2 za tą ewakuację, a w przypadku prawdziwego pożaru, ofiar byłoby mnóstwo, dlatego że nauczyciele nie wiedzą, co w takich sytuacjach robić. Wtedy się przyznaliśmy. Dostaliśmy z jednej strony opiernicz za głupie pomysły, a z drugiej strony pochwałę za to, że dzięki urozmaiceniu ćwiczeń, szkoła wie jakich błędów nie popełniać w przypadku prawdziwego zagrożenia.
Do końca liceum mieliśmy określenie "Zadymiarze". Z tego co wiem, to nawet na filmiku na zakończenie naszej nauki, była o naszej "akcji" jakaś informacja :D
Teoria teorią, ćwiczenia ćwiczeniami, ale w praktyce wszystko zupełnie inaczej wygląda.
W liceum do którego chodziłam droga ewakuacyjna z jednej sali była następująca: wszyscy mają wyjść przez okna na prawie płaski dach sali gimnastycznej (był z metr pod oknami), pójść na drugi koniec dachu do drabiny i zejść tą drabiną.
Niestety w czasie wszystkich "próbnych ewakuacji" nauczyciele kazali nam wychodzić z tej sali normalnie, drzwiami, korytarzem i kilometrem schodów :(
Fejm dojebaaaany :D A tak serio to w sumie głupi pomysł, ale skoro skorzystała na tym szkoła, a raczej nauczyciele, którzy teraz wiedzą, jak postąpić w razie prawdziwego pożaru - wcale nie taki głupi.
Jak coś jest głupie , ale działa , to wcale nie jest takie głupie xd
W mojej starej szkole dyrektorka sama wpadla na taki pomysł. Dodatkowo podczas ćwiczeń wzięła 2 uczniów do swojego gabinetu, a nauczyciele z którymi lekcje miały te osoby nawet nie zgłosiły ich braku...
Khem, jak dotąd nikt nie zwrócił uwagi na jeden drobny szczegół... Saletra potasowa z cukrem w trakcie spalania wytwarza toksyczne związki. Ergo pomysł był głupi.
Tj. Super, że udało się zweryfikować sprawność ewakuacji szkoły w "rzeczywistości", ale mogliście jednocześnie niechcący wytruć pół szkoły. Takich cudów się nie używa w zamkniętych, słabo wentylowanych miejscach :P
Widziałem też niżej prośbę o przepis i radę żeby to przetopić na karmel. Fakt, wtedy jest bardziej użyteczne, ale także nie radzę kombinować jeśli nie ma się doświadczenia z takimi zabawami i trochę oleju w głowie. Bo karmelki mają to do siebie, że czasem lubią prysnąć(a zdarzały się i zapłony). I przypalony blat w kuchni czy zniszczony garnek to może być Wasz najmniejszy kłopot w takiej sytuacji ;)
O jeszcze ciekawszych kombinacjach z chloranem potasu i innymi odczynnikami chemicznymi już nawet nie wspominam, bo to proszenie się o urwane przy samej dupie łapy. Szczególnie jeśli nie ma się nawet "podstawowego" wykształcenia z zakresu chemii, by wiedzieć co się robi... Chyba, że chcecie się podcierać łokciem. Wtedy polecam :)
O prawnym aspekcie tego typu porad nie muszę chyba mówić, prawda? Zastanów się drogi doradco czy nie będziesz się dziwnie czuł jak zobaczysz w tv czy necie wiadomość o nastolatku, który jest ciężko poparzony lub stracił kończyny przez taką zabawę, a Ty nie będziesz wiedział czy to nie anonimowy kartofel, któremu poradziłeś co i jak zrobić...
Bo rzeczywista ewakuacja to zawsze bieganie gdzie popadnie i wrzeszczenie wniebogłosy x3
Moim zdaniem w każdej szkole powinny być takie akcje jak Wy zrobiliście. Dzięki temu ludzie nauczyli by się, że w razie pożaru w szkole mają nie wpadać w panikę ;)
Ja w podstawówce przeżyłam PRAWDZIWY ALARM BOMBOWY. Ewakuacja nie wyglądała sprawnie każdy z klasy zabierał swoje skarby, kolega zabrał piłkę do nogi i kubek a nauczyciele nie mieli nic przeciwko temu. Tak więc wnioski wyciągnijcie sami
Bo przy alarmie tym ''innym'' można brać swoje rzeczy, a przy pożarowym nie można. A przynajmniej tak nam w szkole mówili...
Najlepsza była moja wychowawczyni z podstawówki, która uprzedzała nas że np. na trzeciej lekcji będzie próbny alarm i mówiła nam co robić żeby dobrze wypaść jako klasa XD
Taka prawda że te "ćwiczenia" w żadnej mierze nie oddają tego co by się działo w wypadku pożaru...