#E4GGZ
Wjechałam windą na ostatnie piętro, znalazłam drzwi z numerem 72 i pukam (dzwonka nie było). Nikt nie otwiera. Pukam jeszcze raz. Nadal nic. Naciskam klamkę - otwarte. Wchodzę, rozglądam się, wołam:
- Dzień dobry!
Z pokoju wychodzi łysy facet w średnim wieku. Na mój widok podchodzi, całuje w oba policzki i wita się jak ze starą znajomą.
- Cześć, słuchaj, przyjechałaś w kiepskim momencie niestety.
Zdezorientowana mówię:
- Ja po sukienkę.
Facet wydaje się trochę zmieszany.
- Jaką sukienkę?
- No, na spektakl.
Facet myśli. Wyraźnie nie wie o co chodzi. Wreszcie wyciąga z kieszeni plik banknotów, daje mi i mówi:
- Masz, kupisz sobie jakąś inną, teraz jest naprawdę słaby moment, powinnaś już iść.
W tym momencie zgłupiałam kompletnie.
- Ale to nie może być taka kupowana - mówię, zastanawiając się, czy mi się to wszystko nie śni - To jest kostium na spektakl. I ja go muszę dziś odebrać.
Facet skonsternowany bardziej ode mnie. Pyta po raz kolejny:
- Jeszcze raz, o co chodzi z tą sukienką?
- No, to sukienka na spektakl. I ja ją muszę odebrać od pani Kowalskiej.
Facet myśli, myśli, myśli. Wreszcie mówi:
- Jaka, k#wa, sukienka?
Zaczynam łkać w duchu.
- Na spektakl - powtarzam po raz setny. - Do teatru. Zamówiona.
Facet postanawia, że idziemy na balkon. Zapala papierosa. Wzdycha i zaczyna opowieść o panu Kowalskim, który leży w pokoju obok, schlany do nieprzytomności. Alkoholik, samotny w dodatku, choć niesłychanie bogaty. On zaś, jego przyjaciel, przyjechał tu, by mu pomóc, wyciągnąć z dołka, postawić na nogi. Kowalski pije, to jest jego straszna tragedia, ale to w gruncie rzeczy bardzo porządny, dobry człowiek. Słucham tego, za cholerę nie wiem dlaczego i dukam tylko:
- Ale ja muszę tę sukienkę…
Siedzimy tak dobry kwadrans, próbując ogarnąć z jakiej planety przyleciało to drugie i w jakim języku do nas rozmawia.
Wreszcie pan Kowalski pojawił się we własnej osobie. Okazało się co następuje: Kowalscy są rozwiedzeni. Pan Kowalski mieszka w apartamencie pod numerem 72, a piętro wyżej rezyduje jego była żona z dziećmi. Są zatem dwa mieszkania numer 72, o czym bym się dowiedziała, gdybym zadzwoniła domofonem. Łysy facet wziął mnie za córkę pana Kowalskiego i w ludzkim odruchu chciał mnie odesłać, żebym nie musiała patrzeć na zalanego ojca.
Morał? Dzwońcie. Nawet, jeśli drzwi są otwarte.
A ja pomyślałam że wziął Cię za panią do towarzystwa 😂
Ja tak samo!
Ja tez!
No i niestety ja
Czyli nie jestem sama :D
Bylam pewna
Ja też. Jestem taka typowa -.-
Również ten sam scenariusz miałam. ;-)
No, jak to się mówi: wielkie umysły myślą podobnie ;D
Ja też
nie weszłabym komuś do mieszkania nawet do rodziny pukam i czekam aż ktoś otworzy
Nienawidzę jak ktoś wchodzi, mimo ze mu nie otworzyłam, ani nie krzyknęłam proszę. Raz jak wszedł mi tak znajomy rodziców (przynajmniej on sie za takiego uważa), a ja byłam sama w domu i typka nie znałam tak się przestraszyłam, ze pierwsze co zrobiłam to złapałam patelnię i zaczęłam sie drzeć, żeby wynosił sie z mojego domu. A ja niby taka nieśmiała 😂 - do nas już puka a mnie omija szerokim łukiem.
Mam sąsiadke która nie dosyć, że wchodzi kiedy chce bez pukania to jeszcze wpieprza się nie do swoich spraw
Dlatego warto przekręcać zamek to ułamek sekundy i pozbędziecie sie niechcianych gości
Jak jestem sama to przekręcam ale babci nigdy tego nie robi
Dziwne jest to, że ludzie tak często nie zamykają drzwi. Ja nie wiem, ja to robię od razu po wejściu do domu, nie mam pojęcia jak ktoś mógłby tego nie zrobić :o Można uniknąć m. in. takie sytuacje jak wyżej.
Jak jestem w mieszkaniu to robię to automatycznie, ale to było w domku, gdzie krążyłam między podwórkiem, a domem, a bramy jeszcze nie zdążyłam zamknąć, więc pan mogł wejść bez skrupułów :/
Ja mieszkam z babcią, jak jej nie ma to zawsze zamykam drzwi, jednak ona nie zamyka
Pukałam z pięć minut. A spektakl był tego samego dnia, więc coś trzeba było zrobić.
Jakim cudem są 2 mieszkania o tym samym numerze? I to jeszcze w tym samym bloku...
Moze mieli mieszkanie dwupoziomowe jak mieszkali razem o numerze 72, a jak sie rozstali to schody zlikwidowali a mieszkanie podzieli na piętro i parter i zostały juz tak pod jednym numerem. Ale w sumie nie wiem
Czasem tak się zdarza niestety. W mojej pracy to zmora
No i w końcu dostałaś tą sukienkę? :D
Tak :P
Myślałam że zakochasz się w tym nastoletnim synu :p za dużo anonimowych :p
Jak można wchodzić samemu komuś obcemu na chatę? Jak nie otwiera to jest dla mnie jasne, ze nikogo nie ma, albo jestem nie mile widziana. Znalam taka babe co pukala i od razu wchodzila i szukala w kazdym pokoju czy ktos jest. Trzeba było zawsze się zamykać i w dodatku gasić światła, bo inaczej stała i pukala bez końca...
*niemile ;)
Byłam umówiona na ten konkretny dzień i godzinę, a spektakl był tego samego dnia - to co robić? Tyle że nikt nie raczył mnie poinformować, że mieszkanie jest podzielone na pół.
Każdy by chciał takiego przyjaciela 😃
Tak czy siak ja bym nie wyszła na balkon z nieznajomym typem.
W sumie to pan zachował się całkiem sympatycznie...
Starał się zrobić wszystko co w jego mocy, żeby oszczędzić obcej dziewczynie nieprzyjemnych widoków.
"Wjechałam windą na ostatnie piętro" by już za chwilę okazało się, że "piętro wyżej rezyduje jego była żona z dziećmi". Czyli gdzie, na dachu?
Bo widzisz, w większości bloków winda wjeżdża na "ostatnie piętro", a schody prowadzą jeszcze piętro wyżej. Czemu tak jest? Nie mam pojęcia, ale u mnie jest dokładnie tak samo.
@Rheda nie ściemniaj, nigdzie tak nie ma. Wiem jak były projektowane bloki..
Zurawinka no, chyba właśnie pokazałaś jaką masz doskonałą wiedzę ;).