Mam 16 lat, jestem niski i chudy. Jakiś czas temu pojechałem ze starszym bratem i kolegami na zabawę. Zaczęli się bić, mojego brata ktoś pchnął na scenę, a że brata nie zostawię, to pierwszy raz w życiu kogoś walnąłem... Ochrona mnie wyrzuciła z sali, coś mi mówili, żeby się nie bić, czy wiem ile zęby kosztują i że patrząc na mnie nie dla mnie bójki... Nic nie mówiłem.
W domu dostałem oczywiście opierdziel od brata, że on by sobie dał radę i że niepotrzebnie się wtryniałem. Przysiągłem sobie, że więcej za nim nie stanę.
Kilka miesięcy później również pojechaliśmy na zabawę. Mój brat oczywiście się bił. Ja, jak sobie przysiągłem, nie pomogłem mu.
Do tej pory tego żałuję. Tak dostał, że teraz jeździ na wózku...
Kiedy o tym teraz myślę, nie wiem jak mogłam kiedyś robić coś takiego i kiedy o tym pomyślę, nie wiem co miałam wtedy w głowie... Nie wie o tym nikt oprócz samych zainteresowanych.
Kiedy miałam 15 lat, miałam pierwszego chłopaka. Żeby móc z nim trochę pobaraszkować, zapraszałam do nas moją koleżankę, która siedziała przy kompie, a my w tym czasie pod kocykiem się zabawialiśmy... Przychodziła ona po to, aby mama nie wchodziła nam do pokoju... Obecnie z koleżanką nie utrzymuję już kontaktu, z chłopakiem rozstałam się po kilku miesiącach.
Kilka miesięcy temu, na imprezie integracyjnej dwóch kolesi postanowiło dla zabawy przewrócić toi-toi.
Byłam w środku.
W domu nigdy się nie przelewało, ale też totalnie źle nie było. Jeśli czegoś potrzebowałyśmy (ja lub moja siostra), rodzice zawsze nam to dawali. Niestety alkohol był nieodłącznym towarzyszem naszego życia. Obraz pobitej mamy, wzywania karetki i próby ucieczki, mam zakodowane w głowie. Do 13 roku życia średnio interesowało mnie co rodzice robią (myślałam tylko, że tak nie powinno być, że to jest złe i że to ONI są źli). Czuwała nad tym moja starsza o 6 lat siostra.
Potęgę problemu dostrzegłam dopiero, gdy wyjechała na studia. To na mnie spadł obowiązek bronienia mamy. Dostrzegłam wtedy, że kurde! ale ona też nie jest bez winy. Że to ona powoduje kłótnie. Odpuściłam sobie obronę... i zaczęłam po prostu obrywać. Wyzywanie mnie od najgorszych było czymś normalnym. Wódka lała się w weekendy już od 8/9, tak że zanim wstałam oni byli już nieźle wstawieni. Nienawidziłam ich tak bardzo, że każdym życzeniem od 14 roku życia była ich śmierć. Nie miałam matki ani ojca.
W wieku 16 lat gdy zaczęłam liceum, zaczęli mieć problemy ze zdrowiem. Mama z płucami i żołądkiem, tata z sercem. W październiku ona nie mogła już nic jeść i prosiła o kupienie bułek (bo były lekkie do przełknięcia), czego on jej odmówił, dzierżąc w ręku butelkę wódki, bo "nie było" pieniędzy. W listopadzie mama zmarła. Chłoniak. Cóż. Bolało mnie nie to, że zmarła tylko to, że nic nie czuję. Od tego czasu wszystkie obowiązki spadły na mnie, łącznie z wyżywaniem się na mnie po alkoholu. Na kogoś musiał. Przyjmował już wtedy leki na serce, również to coś do psikania w przypadku zawału.
To tyle jeśli chodzi o wstęp.
Nienawidziłam go tak bardzo, że codziennie gdy wracałam po lekcjach psikałam tym czymś po kilkanaście razy.
W maju, gdy wracałam od koleżanki znalazłam go w salonie. Zimnego i sztywnego. Obok niego był ten cholerny psikany lek (z rozwalonym dozownikiem) i wódka.
Pierwsza myśl. Zabiłam go jak nic. Gdy przyjechało pogotowanie i orzekło ("sztywny jak deska hehehe") byłam gotowa się przyznać. Jednak nie, nie tym razem. Zabiła go wódka. O leku nikt się nigdy nie dowiedział. Nawet mój mąż.
To co przeżyłam tamtego dnia, i przez resztę życia, zostanie mi na zawsze w pamięci. Do tej pory śni mi się, że to jednak ja go zabiłam.
Najbardziej jednak chcę się przyznać Wam do tego, że jest mi cholernie wstyd, bo cieszę się że nie żyją. Bo jestem lepszym człowiekiem bez nich. Że ich po prostu nie kochałam, i tak, mam za to wyrzuty sumienia. I będę miała do końca życia.
Od ponad dwóch lat jestem z chłopakiem, który ostatnimi czasy znęca się nade mną, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Boję się komukolwiek do tego przyznać i wiem że jest już za późno by cokolwiek z tym zrobić. Co gorsza bije mnie przy swojej rodzinie i do tej pory nikt, dosłownie nikt nie powiedział mu złego słowa na ten temat. Od początku wmawia mi, że wszystko jest moją winą, bo go prowokuję, że jestem beznadziejna itp.
Leżę tak właśnie zapłakana po kolejnej awanturze podczas której puściły mu nerwy... Nie mogę spać, więc poszłam do niego do pokoju (dziś śpimy oddzielnie) i położyłam się obok niego... Chyba już się wyleczyłam, bo po dwóch minutach po prostu wyszłam. Od jutra zaczynam nowe życie. Trzymajcie kciuki.
Sytuacja sprzed chwili.
Wyszedłem spod prysznica i zauważyłem w lustrze, że na twarzy mam jakiś niepożądany obiekt (czyt. pryszcz). Podszedłem do lustra i nachyliłem się mocno, wtedy mój penis wsunął się w niedomkniętą półkę. Jak się domyślacie domknęła się.
Jeszcze nigdy nie czułem takiego bólu, polała się nawet krew.
Najgorszemu wrogowi tego nie życzę.
Jakieś15 lat temu - środek nocy. Moja 7-letnia córka zaczęła kaszleć (przeziębienie). Jako że byłam troskliwą matką, tuliłam ją mocno i uspakajałam. No na kaszel to niestety nie pomagało, postanowiłam więc podać jakiś syrop, żeby jakoś mogła przespać noc, nim pójdziemy rankiem do przychodni.
Jako że mieszkam z teściową (notabene wspaniałą kobietą i cudowną babcią) domowa apteczka była wspólna. Poczłapałam więc do tejże apteczki zapalając w kuchni malutką lampkę i sięgnęłam po swój "niebieski" syropek. Zaaplikowałam córce (tak jak było na ulotce) bodajże jedną łyżeczkę i poszłyśmy spać. Córka coś tam przy połykaniu bąknęła, że to lekarstwo jest ohydne, ale uspokoiłam ją że lekarstwa nie mają być dobre, ale skuteczne. O dziwo, do rana ani razu nie kaszlnęła.
Serenada kaszlu zaczęła się na nowo, jak szykowałyśmy się do pediatry. Zachwycona skutecznością syropu, chciałam jej podać go jeszcze raz, ale... konsystencja może i syropu, kolor tez niebieski, lecz zapach, którego nie poczułam w nocy, coś mi nagle zaczął przypominać. Doszłam szybko - to był płyn do mycia naczyń "Ludwik". Matko jedyna. Skąd ten płyn w buteleczce od syropu???
Otóż teściowa dwa miesiące wcześniej była w szpitalu i płyn wzięła ze sobą w tejże buteleczce, żeby móc tam myć swoje sztućce. Po powrocie do domu, sama nie wiedziała dlaczego schowała buteleczkę do apteczki.
Kilka lat wstecz, sylwester u koleżanki. Ja, po kilku głębszych, z wielką potrzebą pójścia do toalety z grubszą sprawą. Gdy już tam dotarłem, zorientowałem się, że nie ma papieru. Nie chciałem krzyczeć do koleżanek, żeby przyniosły mi papier, bo muszę się podetrzeć, więc mój genialny mózg wpadł na pomysł zastąpienia papieru swoimi skarpetkami...
Oczywiście to nie koniec, już po zbezczeszczeniu skarpetek mój mózg stwierdził, że trzeba się ich jakoś pozbyć, no bo co, będę chodził z osranymi skarpetkami w kieszeni?
Włożyłem je do mikrofalówki i włączyłem pełną moc. Nie przemyślałem tego, w całym domu zaczęło śmierdzieć zawartością mikrofalówki. Teraz panika, ludzie zobaczą sprofanowane skarpetki w mikrofalówce, a ja jedyny jestem bez nich. Wtem wpadłem na pierwszy dobry plan tejże nocy - poszedłem do pokoju jej ojca, pożyczyłem jakieś skarpetki, przyodziałem i bawiłem się dalej jak gdyby nigdy nic.
Nikt nie dowiedział się, że to ja. Nigdy.
Zrobiłam sobie paznokcie lakierem, który jak jest zimno ma kolor brązowy, a gdy ciepło - różowy, cały dzień bawiłam się zmieniając ciepłą na zimną wodę itd. plus chwaląc się takim cudeńkiem wszystkim dookoła.
Wieczór tego samego dnia, piszemy z chłopakiem i temat schodzi na bardziej erotyczny, wywiązała się taka oto rozmowa:
On: Chodź tu, bo sam się będę bawił...
Ja: Ha, ha, to się baw, ja bawiłam się przed chwilą i paznokcie jednej reki mam różowe, a drugiej brązowe! :D
Chyba nie muszę dodawać, że to NIE BRZMIAŁO zbyt dobrze, ugasiłam podniecenie mojego ukochanego i na dodatek ma ze mnie polewkę...
A ja chciałam się tylko pochwalić po raz setny lakierem :(
Od jakiegoś czasu wraz z mężem lubujemy się w czytaniu historii na Anonimowych, dziś postanowiłam opisać naszą.
Lat temu kilka zaczęłam swoją pierwszą pracę. Nie było to nic szczególnego, duża rotacja pracowników, ale poznałam tam kilka fajnych osób. Można nawet powiedzieć, że z kilkoma się zaprzyjaźniłam, pracowałam tam już ponad rok, gdy z moim ówczesnym chłopakiem (narzeczonym) stwierdziliśmy, że czas zalegalizować nasz związek, gdyż mój luby był o wszystkich zazdrosny. Zwłaszcza o mojego najlepszego kumpla z pracy, który bardzo często pomagał mi (zarówno w pracy, gdy potrzebowałam czyjejś pomocy, jak i w życiu już czysto prywatnym). Miał on wtedy dziewczynę, więc z naszego punktu widzenia układ czysty, niestety nasi partnerzy byli innego zdania. Po jakimś czasie partnerka mojego przyjaciela z nim zerwała, w sumie to powodów nie znamy. A ja szykowałam się z moim lubym do ślubu.
Na 4 miesiące przed ślubem zaczęłam źle się czuć, bolały mnie kości, stawy, wszystko. Do tego stopnia, że nie dałam rady pracować i normalnie funkcjonować. Lekarz, badania, kolejne badania. Diagnoza - rak kości. Dwa miesiące przed ślubem trafiłam na chemię, jedną, drugą... Ślub odwołany, luby stwierdził, że ważniejsze jest moje leczenie... OK... Potem z dnia na dzień pojawiał się rzadziej, rzadziej, aż któregoś dnia dostałam SMS-a, że on już nie daje rady, że ma nadzieję, że wyzdrowieję, ale on nie może patrzeć jak się męczę. I tak oto zostałam sama. Na szczęście nie do końca, dalej odwiedzali mnie znajomi i mój przyjaciel. :) Jemu nie przeszkadzało, że nie mam włosów, że nie wiadomo, w jakim nastroju mnie spotka, gdy przyjdzie. Nie przeszkadzało mu, że amputowali mi rękę po to, żeby ratować mi życie. Jak później się okazało, brak tej właśnie ręki skłonił mojego ówczesnego narzeczonego do zostawienia mnie...
Po długim leczeniu moje życie wróciło do normalności, lekarz stwierdził remisję, a ja nadal z toną leków wróciłam do domu, a przede wszystkim do normalności.
Do pracy wróciłam, szef mnie bardzo lubił, więc dostałam "awans" i zamiast w teren trafiłam do biura, więc moje życie wyglądało w miarę normalnie. Znajomi, przyjaciele, praca i życie w przekonaniu "kto będzie chciał dziewczynę bez ręki?". Był taki ktoś cały czas tuż obok, a ja głupia nie dostrzegałam go prawie 2 lata. A on bał się ujawnić. Któregoś wieczoru zabrał mnie na kolację, często chodziliśmy coś zjeść razem, więc nie było to dla mnie nic dziwnego. Tym razem pizzeria zamieniła się jednak w elegancką restaurację - tak, wyznał mi miłość.
Przez całą chorobę wspierał mnie, troszczył się, a ja na niego krzyczałam, nieraz, gdy bolało, wyrzucałam go z sali. A on za każdym razem wracał.
Teraz mamy dom, psa. No i niedługo pierwszą rocznicę ślubu :)
Polecam wychodzenie z friendzone'u :)
Dodaj anonimowe wyznanie