- ... i nie pić alkoholu aż do ukończenia szkoły podstawowej.
Tak właśnie odnowiły przyrzeczenia chrzcielne dzieci pierwszokomunijne w tym również mój brat.
Zaczynam się bać...
Ostatnio w szkole przerabialiśmy układ rozrodczy. 3/4 moich koleżanek miała problem z zapamiętaniem, gdzie leży łechtaczka i jak nazywa się ten dziwny dla nich twór.
Nie, nie chodzę do gimnazjum. Studiuję medycynę. Tak, większość z nich jest w stałych związkach.
Jeżeli ktoś z Was kiedykolwiek przeglądał strony z erotycznymi zabawkami do kupienia wie, że każda firma zapewnia swoich klientów ze wysyłka jest "całkowicie dyskretna". Ta, jasne...
Mój mąż od ponad pół roku pracuje za granicą. Niedawno obchodziliśmy rocznicę ślubu i trochę dla żartu powiedział, że zamówił mi "zabaweczkę, która sprawi, że będę za nim mniej tęskniła". Oczywiście chodziło o różowe dildo na baterie. Kurier miał dostarczyć przesyłkę za kilka dni, więc szczerze mówiąc zupełnie o tym zapomniałam. Szczególnie że miałam na głowie remont w mieszkaniu.
Tego feralnego dnia mój tata, który jest złotą rączką, wymieniał u mnie drzwi wejściowe, a mama miała mu przywieźć obiad, gdyż wcześniej kończyła pracę niż ja.
Kiedy w ferworze zajęć odebrałam telefon od taty, który poinformował mnie, że przyjechał kurier i ma jakaś przesyłkę do mnie, w roztargnieniu powiedziałam "To odbierz ją za mnie".
I teraz wyobraźcie sobie, jak parę godzin później wracam do domu. Rodzice siedzią przy stole, a moja mama z miną "chyba nie znam mojej córki" mówi, że w sypialni czeka na mnie moja przesyłka. Niczego nie podejrzewając poszłam tam i widzę... zwykłą białą kopertę A4, której zawartość nie pozostawia żadnych wątpliwości. I może byłby to koniec tej historii, gdybym nie musiała w końcu wyjść z pokoju. Na co mój tata mówi do mamy "Tez mógłbym ci takie zamówić, ale chyba nie zniósłbym kolejnego wybuchu wesołości kuriera"...
To wydarzyło się pewnego deszczowego poranka. Szedłem do szkoły, gdy nagle ochlapał mnie kierowca samochodu, więc zacząłem odruchowo klnąć w stronę kierowcy. Ten zatrzymał samochód. Myślę sobie, że mu wygarnę, ale nie wygarnąłem.
Kierowcą był dyrektor mojej szkoły...
Byłam kochaną dziewczynką mojego taty. Mama mi opowiadała, że na początku tata był przeciwny dzieciom, ponieważ bał się, że nie uda im się wychować ich na porządnych ludzi, że wpadną w nałogi lub niewłaściwe towarzystwo, ale gdy się urodziłam, świata poza mną nie widział :). Wszystko robiliśmy razem. Z racji tego, że mój ojciec był kierowcą tira, nieraz też sadzał mnie na swoim miejscu i pozwalał wciskać wszystkie guziczki i ruszać pokrętła, miałam wtedy straszną frajdę. Zawsze też jeździł z nami na wakacje i rożnego rodzaju wycieczki.
Pewnego razu, kiedy mój ojciec był w trasie, zasłabł za kierownicą. Ręka Boska go wtedy kierował, bo tir w pewnym momencie skręcił i wpadł między dwa drzewa, które go zatrzymały i nie doszło do większej kolizji. Wiadomo, standardowo przyjazd policji i karetki na miejsce. Odwieźli tatę do szpitala i od razu na rezonans magnetyczny, bo nie wiadomo czy nie doszło do poważniejszych uszkodzeń. Owszem. Lekarze oznajmili mojej mamie, że wykryto u niego guza mózgu. Mam pyta się "Ale jak to?", a lekarz jej na to, że jej mąż ma raka mózgu.
Kiedy mama wróciła do domu, spytałam się dlaczego taty też nie ma. Mama nie chcąc mi wyjawić wtedy prawdy (za co jestem jej wdzięczna) powiedziała, że tata został u swoich rodziców, a moich dziadków na dłużej, bo po prostu musiał. Po części zgadzało się to z prawdą, bo został w swoim rodzinnym mieście, ponieważ wypadek zdarzył się niedaleko.
Z tatą było coraz gorzej. Na początku zaatakowany został ośrodek mowy, później stracił czucie w lewej ręce, następnie prawa noga, aż w końcu siadł mu słuch. Kiedy mama powiedziała nam, że tata jest chory i nie może już z nami mieszkać, jeździliśmy do niego w odwiedziny. Ja jako 4-letnie dziecko, a mój brat jako 2-letnie, nie za bardzo wiedzieliśmy co się dzieje. Tata jest chory, ale dlaczego wszyscy z tego powodu płaczą? Przecież wyjdzie z tego, prawda?
Po trzeciej operacji z rzędu lekarze oznajmili mojej mamie, że już nic nie da się zrobić, ponieważ nie znają tej odmiany raka. Tacie dostała się choroba, na którą zapada jeden człowiek na trzy miliony. Można było już tylko przedłużać jego życie. Mama jednak się nie poddawała. Chodziła do różnych specjalistów, ale nic to nie dało. Tata zmarł, gdy miałam 5 lat.
Zaraz po śmierci ojca, kiedy mama powiedziała nam, że tata już do nas nie wróci, na chwile przestałam żyć, zmieniłam się w taka roślinkę. Kiedy jednak odzyskałam świadomość, kompletnie się załamałam. Byłam pogrążona w bardzo głębokiej żałobie, z której mama wyprowadzała mnie przez 12 lat. W sumie to dopiero od niedawna mogę swobodnie rozmawiać o tacie bez popadania w histerię.
W tej chwili mam 17 lat, ale wiem, że nigdy nie dotrze do mnie całkowicie fakt, że jego nie ma. Nieraz wydaje mi się, że widzę go gdzieś na ulicy i wcale mnie to nie dziwi.
Niecały rok temu dowiedziałam się, że choruję na anemię (niedokrwistość). Muszę zażywać leki i przygotowywać sobie pełnowartościowe dietetyczne dania, które zalecił mi lekarz - dietetyk. Przy wzroście 1,74 cm ważę 48 kg. Nigdy nie narzekałam na brak apetytu, wręcz przeciwnie, lubię bardzo dużo jeść. Jestem szczupła i mimo złośliwych komentarzy innych, podobam się sobie i akceptuję siebie taka jaka jestem, to chyba dobrze, prawda?
Jednak mój "były" przez prawie 6 miesięcy związku komentował moją figurę, twierdził, że powinnam jeszcze trochę stracić na wadze i będę "idealna". Odbierałam to jako głupie żarty, kochałam go, jednak na jego twarzy w takich momentach widziałam coś innego. Mówił, że nie wyobraża sobie być z kobietą, która byłaby od niego grubsza, szersza w pasie itp. Często przy mnie wyśmiewał się z osób z widoczną nadwagą. Zwracałam mu na to uwagę, ponieważ nie należy oceniać innych osób z góry, bo ten ktoś również może na coś chorować.
Możecie sobie tylko wyobrazić to, co czułam, gdy przyłapałam go na zdradzie z moją... hmm... BARDZO puszystą "przyjaciółką".
Mam 14 lat i jestem typową córeczką tatusia. Tata musiał wyjechać do pracy za granicę i przyjeżdża do domu raz na 2 miesiące, czasami na 3. Ale do sedna historii.
Kocham samochody i już nie mogę doczekać się, aż będę mogła zdawać na prawo jazdy. Znam wszystkie znaki itd. Kiedyś wracając z tatą z zakupów postanowiliśmy na chwilę się zatrzymać, bo tata chciał wybrać pieniądze z bankomatu. Wiecie, rynek, miejsca parkingowe i pełno ludzi niekumających, że jest to droga jednokierunkowa. Czekamy z tatą, aż jakaś kobieta wyjedzie. A ona co? Pod prąd jedzie. Ja w tym samym momencie z tatą:
- Kto jej dał prawo jazdy?!
Na co przechodzący nieopodal człowiek odpowiedział:
- Niestety ja.
Myślałam, że posikam się ze śmiechu.
Jak miałam kilka lat, to wybrałam się z mamą nad jezioro. Z wielkim koszem jedzenia popędziłyśmy na pomost i tam się rozłożyłyśmy. Opalamy się spokojnie, aż nagle zgłodniałam. Buszuję w koszyku w poszukiwaniu czegoś pysznego. Przewracam wszystko z boku na bok, aż nagle wypadł do wody mamy dowód osobisty w postaci książeczki (kiedyś takie były).
Przestraszyłam się, ale nic nie powiedziałam, patrzyłam tylko między deski, czy dowody zbrodni zatonęły. Później spędziłyśmy około godziny na szukanie dowodu w samochodzie, na parkingu, plaży itp. Mama była bardzo zdenerwowana, bo bała się, że został skradziony.
Minęło już kilkanaście lat, a ja nadal się do tego nie przyznałam. Każdy ma swoją anonimową historię :)
Wyobraź sobie zimowe popołudnie. Wracasz do domu, jak co dzień, lecz to nie będzie zwykły dzień. Leżysz na kanapie pod kocykiem, kiedy nagle zaczyna ci się kręcić w głowie. Z każdą chwilą czujesz się bardziej osłabiony, jak przy gorączce, mimo że jej nie masz. Masz szczęście, bo rodzice wracają akurat do domu, a gdy widzą twój stan od razu zabierają cię do lekarza. Skierowanie do specjalisty. Pilne.
Wracasz następnego dnia, bo przecież w szpitalu, gdzie nie funkcjonuje SOR już dawno nikogo nie ma. Twoja mama cudem oszukuje system i niemalże siłą wymusza przyjęcie, bo miejsca dopiero na za miesiąc. W końcu trafiasz na szpitalne łóżko, a kroplówka powoli wpływająca do twoich żył daje ukojenie od wyczerpujących wymiotów.
Po kilku dniach robią ci rezonans. Zaraz po nim przychodzi lekarz i mówi, że co prawda stan nagły, ale chyba wie, co ci dolega. Rzuca jakąś nazwę, niezrozumiałą nazwę. I wychodzi. Co wtedy robisz? Bierzesz telefon i googlujesz. Nie podoba ci się to, co czytasz: guz mózgu.
Pierwsze co widzisz, to siebie następnego dnia, kiedy będziesz musiał zwinąć manatki i przenieść się na onkologię czy inny dramatyczny oddział. Ale nie masz siły na płacz, przynajmniej już wiesz. Wieczorem odwiedzają cię rodzice. Mama pomaga ci się umyć, bo nadal kiepsko się czujesz. Wtedy wybuchasz i mówisz, czego się dowiedziałeś. Rodzicielka ledwo stoi na nogach, ale próbuje pocieszyć, że wszystko będzie dobrze. Mówi, że następnego dnia w południe złapie lekarza i wypyta o wszystko. Nie doczekuje jednak tego południa, budzi cię rano, wchodząc na salę przed 7.00. Zestresowana mówi, że nie mogła spać, że musi już wiedzieć. Po pół godzinie wraca i mówi, że wszystko jest w porządku. Możesz odetchnąć.
A więc co tak naprawdę się stało? Otóż wyniki rezonansu przyszły dopiero późnym wieczorem, po mojej rozmowie z lekarzem. To, co powiedział było tylko jego domysłem. Na szczęście błędnym. Rezonans wyszedł czysty, a to, na co zachorowałam, to "tylko" zapalenie błędnika z ostrymi objawami i nietypowym przebiegiem.
W całym tym nieśmiesznym żarcie szkoda mi tylko moich rodziców, którzy przez tę jedną noc przeżywali piekło.
Jestem i zawsze byłam szczupłą osobą. Przy wzroście 170 cm ważę 45 kg, ale nigdy się nie odchudzałam, jem wszystko co popadnie, a waga ani drgnie. Mam trochę chude nogi i ręce, ale bez przesady, nie wyglądam jak śmierć na urlopie. Wyniki badań też mam dobre więc jakoś nie zwracałam na to uwagi. Jestem biedną studentką, ale na jedzenie mi wystarcza.
Pewnego dnia wracam autobusem z uczelni. Jestem ubrana w sukienkę, która odsłania moje chude łydki. Stoję sobie spokojnie, gdy nagle słyszę dialog dwóch moherków, siedzących niedaleko:
- Widzi pani jaka to tera ta moda. Chude toto, nogi jak patyki, blade jak ściana, musi studentka to pewnie piniędzy nie ma. Mama przestała obiadki gotować to pewnie nic nie je.
- Eee, wie pani, tera to te studenty jakieś kebaby jedzo od tych chińczyków. Może by jej tak dać na tego kebaba, niech sobie zje?
Słucham, słucham i uszom nie wierzę, myślę sobie: 'To na pewno nie o mnie, niemożliwe', kiedy nagle jedna z babć wyciąga do mnie rękę pieniędzmi i mówi:
- Masz dziewczynko (mam 23 lata) kup sobie tego kebaba, bo wyglądasz jakbyś zaraz miała tu umrzeć.
Z uśmiechem mówię paniom, że dziękuję, mam co jeść, tylko mam taką przemianę materii, że chuda jestem. Panie zawiedzione chowają pieniążki, a ja zbieram się do wyjścia, bo to już mój przystanek. Wysiadając, zdążyłam jeszcze usłyszeć:
- Widzi pani, jaka ta młodzież teraz, nawet się wstydzi piniążki wziąć...
Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać więc popłakałam się ze śmiechu. I poszłam kupić kebaba :)
Dodaj anonimowe wyznanie