#8YJjR

Od jakiegoś czasu wraz z mężem lubujemy się w czytaniu historii na Anonimowych, dziś postanowiłam opisać naszą.

Lat temu kilka zaczęłam swoją pierwszą pracę. Nie było to nic szczególnego, duża rotacja pracowników, ale poznałam tam kilka fajnych osób. Można nawet powiedzieć, że z kilkoma się zaprzyjaźniłam, pracowałam tam już ponad rok, gdy z moim ówczesnym chłopakiem (narzeczonym) stwierdziliśmy, że czas zalegalizować nasz związek, gdyż mój luby był o wszystkich zazdrosny. Zwłaszcza o mojego najlepszego kumpla z pracy, który bardzo często pomagał mi (zarówno w pracy, gdy potrzebowałam czyjejś pomocy, jak i w życiu już czysto prywatnym). Miał on wtedy dziewczynę, więc z naszego punktu widzenia układ czysty, niestety nasi partnerzy byli innego zdania. Po jakimś czasie partnerka mojego przyjaciela z nim zerwała, w sumie to powodów nie znamy. A ja szykowałam się z moim lubym do ślubu.

Na 4 miesiące przed ślubem zaczęłam źle się czuć, bolały mnie kości, stawy, wszystko. Do tego stopnia, że nie dałam rady pracować i normalnie funkcjonować. Lekarz, badania, kolejne badania. Diagnoza - rak kości. Dwa miesiące przed ślubem trafiłam na chemię, jedną, drugą... Ślub odwołany, luby stwierdził, że ważniejsze jest moje leczenie... OK... Potem z dnia na dzień pojawiał się rzadziej, rzadziej, aż któregoś dnia dostałam SMS-a, że on już nie daje rady, że ma nadzieję, że wyzdrowieję, ale on nie może patrzeć jak się męczę. I tak oto zostałam sama. Na szczęście nie do końca, dalej odwiedzali mnie znajomi i mój przyjaciel. :) Jemu nie przeszkadzało, że nie mam włosów, że nie wiadomo, w jakim nastroju mnie spotka, gdy przyjdzie. Nie przeszkadzało mu, że amputowali mi rękę po to, żeby ratować mi życie. Jak później się okazało, brak tej właśnie ręki skłonił mojego ówczesnego narzeczonego do zostawienia mnie...

Po długim leczeniu moje życie wróciło do normalności, lekarz stwierdził remisję, a ja nadal z toną leków wróciłam do domu, a przede wszystkim do normalności.

Do pracy wróciłam, szef mnie bardzo lubił, więc dostałam "awans" i zamiast w teren trafiłam do biura, więc moje życie wyglądało w miarę normalnie. Znajomi, przyjaciele, praca i życie w przekonaniu "kto będzie chciał dziewczynę bez ręki?". Był taki ktoś cały czas tuż obok, a ja głupia nie dostrzegałam go prawie 2 lata. A on bał się ujawnić. Któregoś wieczoru zabrał mnie na kolację, często chodziliśmy coś zjeść razem, więc nie było to dla mnie nic dziwnego. Tym razem pizzeria zamieniła się jednak w elegancką restaurację - tak, wyznał mi miłość.

Przez całą chorobę wspierał mnie, troszczył się, a ja na niego krzyczałam, nieraz, gdy bolało, wyrzucałam go z sali. A on za każdym razem wracał.

Teraz mamy dom, psa. No i niedługo pierwszą rocznicę ślubu :)
Polecam wychodzenie z friendzone'u :)

#PyyH9

Ostatnie wakacje spędziłam w Pobierowie nad morzem. Może ktoś kojarzy małe kino 8D. Małe pomieszczenie lub dwa (nie jestem pewna) a w środku 4 (chyba, ale to nieistotne) rzędy krzeseł.

Film był animowany, takie odtworzenie jazdy w "kopalni złota". Wybrałam się tam z kuzynem i bratem. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie. Kino 8D, więc wiadomo ruszają się siedzenia, pryska woda itp.

Kiedy w filmie był zakręt, siedzeniem tak szarpnęło, że wyleciałam z fotela i poleciałam przed siebie.

Wybiłam jedynkę.

Przed kinem gdzie była kolejka, wisiał ekran, na którym było widać co dzieje się w środku

Nagrali to.

#dXrMv

Miałam wtedy chyba z 7 lat. Zbliżały się święta, więc moja kochana mama postanowiła sprawić mi prezent, który zapadłby mi na długo w pamięci, jako miłe wspomnienie z dzieciństwa.

Postanowiła kupić pluszaka, który by mówił głosem mojej mamy w kółko jakiś tekst, który ona by powiedziała, kiedy by się nacisnęło na jego brzuszek (tekst trzeba było wymyślić przy kasie i potem nie można było go zmienić). Moja mama wymyśliła, że powie "Jestem (imię, które wymyślę), przytul mnie pa, pa!". Więc zadzwoniła do mojego brata, aby przekazał mi telefon i abym powiedziała jej jak chciałabym, aby nazywał się ten pluszak, bo ona już była w tym sklepie. Nie wiem czemu, ale miałam wtedy fazę na mówienie "Hipka", nie wiem dokładnie, ale oglądałam chyba wtedy jakąś bajkę, gdzie jakiś hipopotam miał tak na imię. Jednak moja mama za każdym razem, kiedy mówiłam jej, że chciałabym aby nazwała mojego pluszaka "Hipka" mówiła, że to bardzo brzydkie słowo i że tak nie powinno się nazywać pluszaka. Nie wiedziałam o co jej chodzi i przez kilkanaście minut prosiłam ją, aby tak właśnie nazwała pluszaka. W końcu się zgodziła i gdy pod choinką ujrzałam mój prezent, to kliknęłam na brzuszek mojego pluszaka i usłyszałam "Jestem cipka, przytul mnie, pa pa!".
Okazało się, że moja mama niewyraźnie słyszała przez to, że było głośno w sklepie i przez cały ten czas rozumiała, że ja prosiłam ją, aby nazwała mojego pluszaka "cipka". I tak jak mama chciała, jej prezent zapadł mi na długo w pamięci. Do dziś wyobrażam sobie jaka była mina kasjerki, kiedy moja mama powiedziała "Jestem cipka, przytul mnie, pa, pa!" oraz podziwiam moją mamę, że dla mnie odważyła się tak powiedzieć.

#Xeb1k

Jestem z chłopakiem od prawie 4 lat. To typ dżentelmena, nie pozwala mi nosić zakupów, przepuszcza w drzwiach itp. Jednak jakiś czas temu zaczął wchodzić przodem, czy to do sklepu, czy gdziekolwiek indziej. Nie przeszkadzało mi to, tylko zaciekawiło. Zapytałam w końcu czemu przedtem przepuszczał mnie w każdych drzwiach, a teraz wchodzi pierwszy. Mój bohater wyjaśnił, ze gdzieś przeczytał, że jaskiniowcy, wchodząc do jaskiń, wysyłali przodem kobiety, żeby w razie niedźwiedzia to one padły jego ofiarą, a on nie pozwoli, żeby coś mi się stało, więc wchodzi pierwszy, żeby stawić czoła czyhającemu niebezpieczeństwu ;-)

#zozY2

Matury. Po podstawowej z angielskiego mieliśmy trzy godziny czekania na rozszerzenie, kumpel miał wolną chatę, więc zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do niego. Kierowałem. W połowie drogi dostrzegłem charakterystycznego pana w kamizelce i lizakiem w ręce. Oczywiście, z tyłu nikt nie miał zapiętych pasów, więc kwota by się spora uzbierała. Pan policjant nakazuje lizakiem, żeby się zatrzymać. Adrenalina wysoka.

Zatrzymuję się, a po chwili policjant do nas rzuca tekstem:
"Nie wy, wy na matury!"
I zabrał się za samochód jadący za nami.

Pozdrawiam życzliwego pana policjanta ;)

#G7Dxq

Jestem lekarzem dentystą.
Pacjenci są różni, jedni przychodzą i wychodzą, nie wyróżniając się niczym szczególnie, inni zapadają w pamięć chyba do grobowej deski.

Od niedawna odwiedza mnie jedna pani, nazwijmy ją Grażyną. Pani Grażyna jest koło 50, sprawia wrażenie strasznie zakręconej i nie ogarniającej rzeczywistości. Należy do gatunku tych trudniejszych, do których trzeba ze stoickim spokojem powtórzyć to samo co najmniej 4 razy, żeby trybiki załapały. OK, dla mnie luz, całkowicie to rozumiem, ludzie w stresujących sytuacjach (a wiem, że samo przyjście do gabinetu takim dla wielu jest) różnie się zachowują.

Jednak najbardziej charakterystyczne jest dla niej to, że podczas zabiegu wydaje nie do końca pospolite dźwięki. "Ahaaa, uhmmm, yhyyyy", nieraz ktoś zagląda do mnie dyskretnie do gabinetu, czy aby na pewno opracowuję ubytek.

Moje życie się zmieniło, od kiedy poznałam panią Grażynę.
Pani Grażyna staje mi przed oczami w najmniej pożądanych momentach.
Figo fago z mężem, atmosfera gorąca. Wystarczy, że któreś z nas zacznie wydawać z siebie pomruki zadowolenia i... bach, mój mózg zaczyna mi podsyłać wyżej wymieniony obrazek.
Fak ju, mózgu.

#sbBfF

To nie wyznanie o wielkiej miłości, dobrych Sebkach czy kupie. To wyznanie o autobusie, rodem z Chwili dla Ciebie.

Otóż pewnego słonecznego dnia czekałam na autobus, mający zawieźć mnie niemal pod sam dom. Niestety bardzo się opóźniał, więc wsiadłam do innego, jadącego w podobnym kierunku. Myślę: "Trudno. Może dwukilometrowy spacer nawet dobrze mi zrobi".
Autobus pełen ludzi, każdy wygląda jak spłaszczona meduza bez życia. Stoję tak w tym ścisku, na samym tyle, myśląc, że zaraz wyzionę ducha, kiedy to moim oczom ukazuje się właściwy autobus. Siły natychmiast mi wróciły, opracowałam sprytny plan przesiadki. Kiedy oba autobusy zatrzymały się na przystanku, wybiegłam ostatnimi drzwiami, przecisnęłam się przez dzikie tłumy emerytów i emerytek, pragnących zająć jak najlepsze miejsce i... jest! Udało się. To mój szczęśliwy dzień. Jadę do domu.

Chwilę później, kiedy ludzie w autobusie zaczęli na mnie zerkać z niedowierzaniem, trochę ze współczuciem, niektórzy z delikatnym uśmiechem, zorientowałam się, że nie jestem tak dobrym strategiem, za jakiego się uważałam. Okazało się, że jestem w tym samym autobusie. Wysiadłam ostatnimi drzwiami, wsiadłam pierwszymi. Spacer jednak dobrze mi zrobił. Drugi raz nie podjęłam się realizacji tego jakże sprytnego planu.

#u68Fu

3 lata temu, gdy miałam 16 lat, lubiłam biegać wieczorami z psem. Mieszkam na wsi, blisko ulicy. Akurat w promieniu kilometra od mojego domu nie ma latarni przy drogach, więc wychodząc około 20 jest już ciemno, zwłaszcza w okresie zimowym.

Pewnego wieczoru postanowiłam, że przebiegnę się jakieś 3 km. Akurat wtedy pierwszy raz psa ze mną nie było. Chłodny wieczór, duże słuchawki na uszach, adidasy i w drogę. Podczas biegu słuchawki się zepsuły tak, że grały tylko na jedno ucho. Myślę: „no trudno, może naprawię w domu”. Kiedy już miałam jakieś 500 m do domu, szłam sobie szybkim tempem, bo jednak troszkę się zmachałam przy tym wysiłku fizycznym.
Było już całkowicie ciemno, półksiężyc schował się gdzieś za chmurami. Nagle za mną zatrzymuje się jakiś samochód, niezbyt się tym przejęłam, jednak po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi (całe szczęście muzyka nie grała w jednym uchu). Odwracam się i zobaczyłam zarys wysokiego, umięśnionego faceta, który biegł w moją stronę. Był jakieś 20 m ode mnie.

Dostałam takiego kopa, że z takim tempem spokojnie wygrałabym mistrzostwa. Do domu dobiegłam w jakąś minutę. Siedziałam na schodach i przez 15 min nie mogłam złapać oddechu, miałam wrażenie, że w płucach mam lód. Po analizie całego zdarzenia przypomniałam sobie, że ten sam samochód mijał mnie kilka razy, czasem już zwalniał, ale jednak nadjeżdżało inne auto. Gdyby facet zaczął mnie gonić wcześniej, jedynym ratunkiem byłoby uciekać do rzeki, bo nie dałabym rady takim tempem biec ponad 1 km.

Efekt: tygodniowe wrażenie, że ten koleś nocą stoi przed moim domem i mnie obserwuje, przeziębienie, nerwowość. I ludzie się dziwią, że zawsze mam nóż przy sobie...

#7NS0C

Czas matur.

3 miesiące wcześniej odrzucacie kogoś, kogo kochacie.
Miesiąc wcześniej umiera ktoś, kogo kochacie najmocniej na świecie.
Dzień wcześniej odrzuca was ktoś, kogo chcieliście pokochać.

Temat na maturze: "Czy warto kochać, jeżeli miłość może być źródłem cierpienia".
Dodaj anonimowe wyznanie