Ghana, wyjazd wolontariacki. Ja, Polka pełna energii, on, zamknięty w sobie Brazylijczyk. Poznaliśmy się w szpitalu po tym, jak zostaliśmy przypisani do jednej grupy. Wyglądał jak typowy Latynos, ale jego charakter bardzo różnił się od tego stereotypowego. Był cichy, nieśmiały, wręcz z nikim nie rozmawiał. Ale będąc osobą niezwykle otwartą, nie mogłam do niego po prostu nie zagadać. Po przedstawieniu się sobie, w sumie zaczął się mój monolog. Przerywałam w niektórych momentach, czując się głupio tak bez przerwy nadając, ale on uśmiechał się wtedy tylko i przekonywał mnie, że on uwielbia słuchać, więc cieszy się, że nie odstrasza mnie jego przeważnie milczenie. I tak się zaczęło.
Po moim powrocie do Polski, a jego do Brazylii, zaczęliśmy pisać do siebie na Skype. Mogliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, jakoś pomimo ewidentnych różnic między nami, nadawaliśmy na tych samych falach.
Pewnego dnia jednak spotkało mnie wydarzenie, które odmieniło mnie kompletnie. Zostałam zgwałcona.
Miałam w tym okresie chłopaka, ale ciężko mi było się przed nim otworzyć. Ciężko było mi się otworzyć przed kimkolwiek. Jednak chcąc w końcu wyrzucić to z siebie powiedziałam mu o tym... A on mnie rzucił. Bo nie chce dziewczyny, którą "pieprzył" już ktoś inny.
To zdołowało mnie jeszcze bardziej, chciałam przestać istnieć. Myśli samobójcze towarzyszyły mi non stop. Ale on wciąż do mnie pisał. Powiedziałam mu wszystko, otworzyłam przed nim kompletnie siebie i moje serce, a on jak zawsze mnie wysłuchał. I wygłosił wtedy najdłuższy monolog, jaki kiedykolwiek od niego słyszałam. Gdzieś w jego wypowiedź wkradły się słowa "Miłość do ciebie sprawiła, że teraz cierpię razem z tobą". Płakaliśmy razem. Z jego pomocą z czasem pokonałam lęk i wróciłam do bycia dawną sobą.
Ale nie, nie jesteśmy razem... On mieszka dosłownie na drugim końcu świata i choć ja wątpię, że kiedykolwiek coś z tej miłości wyjdzie, on mnie zapewnia, że nadejdzie ten dzień, kiedy będziemy razem. Na złość losowi, który postanowił rozmieścić nas tak daleko od siebie.
Wracałem dzisiaj busem. Razem ze mną jechała typowa, młoda blachara z dzieckiem w wózku. Bawiła się z nim dosyć głośno, dzięki czemu mogłem usłyszeć:
- Ty mój tyci, tyci Albańczyku!
Żałowałem, że muszę już wysiadać, z chęcią posłuchałbym kolejnych pieszczotliwych zwrotów do dzieci.
A mały, kto wie... może prawdziwy, nie żaden podrabianiec ;)
Miałam kiedyś przyjaciela ze stażem ponad siedemnastoletnim, który posiadał psa.
Pies ten nie lubił być dotykany przez kogoś innego niż mojego przyjaciela. Bal się.
Więc jakim sposobem mogę to teraz bez problemu głaskać lub iść z nim na smyczy?
Otóż mój przyjaciel przed przegraną w walce z rakiem, poprosił, że w razie jego śmierci mam oswoić Bietka (imię psa).
Umarł.
A ja po trzech tygodniach oswoiłam Bietka tak, że nie boi się tylko mnie, ale także nie ucieka przed moimi najbliższymi.
Teraz mam nowego najlepszego przyjaciela.
I chociaż kiedy płaczę, gdy wspominam tego, który umarł, i chociaż zgniata mnie swoim ciężarem, to nie wyobrażam sobie lepszego kompana.
Jeśli ktoś oglądając reklamy myślał sobie "tylko głupi w to uwierzy", to pewnie miał rację. Ale ja jako dziecko 5- czy tam 6-letnie inteligencją nie grzeszyłam, no i wiek też mi nie sprzyjał, by być odporną na takie rzeczy.
Wyobraźcie sobie małe dziecko, uroczą dziewczynkę, siedzącą przed telewizorem i oglądającą reklamę jak to bóbr myje zęby pastą i dzięki temu ma super mocne zęby i dzięki temu bez problemu może gryźć drewno. No a że to był mój szczęśliwy dzień, to w domu nawet miałam tę pastę, tak że jak tylko reklama się skończyła, to pobiegłam do łazienki na odświeżenie jamy ustnej. No i wyobraźcie sobie minę mojej mamy, która wchodząc do pokoju widzi swoją córkę gryzącą stół :D
Dla tych ciekawskich: pasta nie działała :P
Otóż spotkało mnie ostatnio bardzo coś bardzo pozytywnego. Zacznijmy więc od początku. Ranek, przystanek, tramwaj i ja. Jak zwykle ubrana zwyczajnie, na luzie, książki pod pachą. No i wsiadam do tego tramwaju, jedziemy jeden przystanek, drugi, trzeci... i wsiada mały uroczy chłopczyk. Nawet nie zauważyłam, że za mną siedział drugi uroczy blondynek.
I ten mały urwis, który wchodził właśnie do tramwaju, zaczął krzyczeć:
- Hejo, Seba! Mój kumplu, co tam u ciebie!?
I po chwili oboje rozprawiali nad wszelkim niewiadomym tego świata.
- Sebek, ale super, mój kumplu, że tak jedziemy i jedziemy, uwielbiam tramwaje!
Przysłuchiwałam się temu z coraz większym uśmiechem. Byli cudowni. I nagle któryś się poprawiał, zahaczył o moje włosy i lekko je pociągnął. Nie odwróciłam się, lecz z tyłu usłyszałam szept:
- Ty, dotknąłem ładnej dziewczyny, yeah! Nie umyję już tej ręki.
A ja tylko śmiałam się sama do siebie. Miło usłyszeć komplementy od 8-latków.
Nie będzie to wyznanie ani anonimowe, ani o gównie, ani też o wielkiej miłości. Raczej takie, które powinni przeczytać wszyscy stali bywalcy anonimowych. Czy raczej Anonimowych. Dążę do tego, jak ta strona na nas wpływa.
Wydaje mi się, że niedługo będziemy świętować rocznicę? Chyba tak, ta strona ma około roku! Przez ten czas przewinęły się tu wyznania o WSZYSTKIM. Jedne wyciskały z nas łzy smutku i współczucia, przez inne robiliśmy z siebie idiotów, śmiejąc się do telefonu w autobusie. Pisali rodzice, nastolatkowie, samotne matki, lekarze, emeryci, żołnierze... O szczęściu, gównie, imprezach, odbiciu się od dna, patologicznych rodzinach, spełnianiu marzeń, pomocy, którą piszącym okazano.
Tak różni ludzie, anonimowi dla siebie, tworzą tak wspaniałą społeczność! Pomimo kłótni w komentarzach, odmiennych zdań, a nawet innego podejścia i wymagań co do tej strony, jesteśmy Wielką Anonimową Rodziną. Kojarzymy siebie po nickach, podejrzewamy, co kto może na dany temat napisać. Tęsknimy za tymi, którzy przestali komentować wyznania.
Tak jak legendarny Kevin czy Cane. Dawno chciałam coś takiego napisać, jednak ostatecznie skłoniło mnie do tego wyznanie o związku ludzi, którzy poznali się dzięki Anonimowych (vPzu4). Może i nie umiem pisać, wzruszać czy coś, ale naprawdę czuję więź ze wszystkimi tutaj. Dziękuję, Anonimowi Kuzyni, za to, że jesteście.
Ja trochę powspominałam, pora na was.
PS. Jestem tu od kilku miesięcy, ale mam nadzieję być zaakceptowana jak inni "nowi" np. Obito :)
Jeden jedyny raz byłam pijana. Na kameralnej 18 mojej koleżanki.
Rano dowiedziałam się, że wyszłam w połowie imprezy, by uwolnić dwie kury, które zaklinowały się w płocie, a przy ich wypuszczaniu krzyczałam na całą wieś "free the nipples". Zaraz po tym ukradłam parasolkę z przedpokoju i rozkładając ją na zewnątrz w niewiadomym celu, zahaczyłam o wyżej wspomniany płot, lekko ją uszkadzając. Jednak gdy w progu drzwi stanęła matka koleżanki, wręczyłam jej parasolkę i z olśniewającym uśmiechem rzekłam na jej wymowną ciszę "spier*liło się na amen", biegnąc po kolejny kawałek tortu i zrzucając po drodze praktycznie wszystkie swoje ubrania.
Nikt mnie nie uprzedzał, że nie wolno mieszać trunków.
Z moją przyjaciółką jesteśmy dosyć blisko. Mamy mniej więcej te same zainteresowania, jesteśmy w tym samym kółku w szkole, mamy tych samych znajomych.
Obie jesteśmy singielkami, jednak ona narzeka jak to fajnie by było mieć kogoś, no a znalezienie sobie chłopaka jest jednym z częściej poruszanych tematów naszych konwersacji.
Nasi znajomi, oczywiście na żarty, zachowują się tak jakbyśmy były razem. Np. kiedy przytulę się do kumpla, ten od razu mówi: żeby tylko X nie była zazdrosna.
My same również się z tego nabijamy, dobrze znając jaka jest rzeczywistość.
Nigdy nie powiem jej, że chciałabym właśnie taką rzeczywistość.
Ostatni weekend spędziłam na wsi u babci. Jako że jestem dosyć nieogarnięta, zapomniałam skarpetek.
Nie mając innego wyjścia poprosiłam dziadka (babcia poszła do sklepu), aby wskazał mi miejsce, gdzie znajdę jakieś podkolanówki. Powiedział, że znajdę je w szafce w pokoju obok.
Podziękowałam grzecznie i poszłam na poszukiwanie. Skarpetek nie znalazłam. Zamiast nich moim oczom ukazały się prezerwatywy, wibrator, dildo i kulki waginalne...
Babciu…
Będąc dzieckiem, byłam straszną łamagą, a to przebita noga gwoździem, a to potrącił mnie samochód i wiele innych zdarzeń, które utkwiły mi w pamięci... Taka trochę ofiara losu.
Przejdźmy do sedna: mam 18 lat i leżę w szpitalu, ponieważ wracając wieczorem rowerem od koleżanki, uderzyła we mnie sarna ;')
Tak, urodziłam się 13, i tak, był to piątek.
Dodaj anonimowe wyznanie